Po pierwszej części dwumeczu o awans na Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej w 2027 roku z Austrią można było być w naprawdę dobrych nastrojach, bo już dawno Reprezentacja Polski nie grała tak dobrze i tak skutecznie z rywalem na takim poziomie jak właśnie Austria, która ugruntowała swoją pozycję w Europie i na wielkich turniejach ostatnio wypadała lepiej niż „Biało-Czerwoni”.

W Grazu udało się zaskoczyć Austriaków i wygrać dość niespodziewanie 26:25. To jednak dopiero pierwsza część roboty, bo rewanż w Olsztynie zapowiadał się niesamowicie ciekawie, ale i nerwowo, bo w ciemno można było przewidywać, że wszystko będzie decydowało się w końcówce. Jednobramkowa przewaga była pewnym komfortem, ale głównie psychicznym, bo rewanż i tak trzeba było po prostu wygrać.

ZOBACZ WIDEO: Oto Piłkarz Sezonu? „Oglądanie go jest absolutną przyjemnością”

A o tym, że Reprezentacja Austrii tak szybko się nie podda, pokazały już pierwsze minuty, w których to oni dyktowali warunki i w 5. minucie prowadzili 4:2. Taki był cały pierwszy kwadrans, czyli minimalne prowadzenie rywali, którzy tym razem grali już znacznie lepiej niż w Grazu. Były bramki z rozegrania, była gra z kołem i był pomysł, który było widać.

Polacy starali się odpowiadać i to się udawało dość szybko, bez jakichś męczarni w ataku pozycyjnym. Z naszej strony też były elementy zaskoczenia, jak częste wbiegnięcia skrzydeł na koło, z których bramki zdobywał Arkadiusz Moryto. I to mniej więcej działało, bo po 15 minutach było 9:10 dla Austrii. Wciąż było wszystko otwarte, zwłaszcza że ten mecz toczył się w bardzo szybkim tempie.

Groźnie zrobiło się w 20. minucie, gdy Austria wyszła na prowadzenie 13:10. Polacy zablokowali się w ataku. Oprócz Piotra Jędraszczyka, kombinującego i wchodzącego w defensywę rywali, brakowało pomocy ze strony innych, żeby trochę rozszarpać Austriaków, którzy czuli się coraz pewniej. Wynikało to z tego, że nie czuli zagrożenia ze strony Polaków, bo jeśli Jędraszczyk nie brał piłki, to nic się nie działo w ataku „Biało-Czerwonych”.

Doszło nawet do momentu, w którym Austria wyszła na bardzo groźne pięciobramkowe prowadzenie. Na szczęście tuż przed przerwą udało się nieco podreperować ten wynik i do przerwy schodzić z rezultatem 13:17. Wiele rzeczy było do poprawy, bo gra Polaków nie wyglądała tak, jak życzyłby sobie tego Jota Gonzalez oraz kibice w Olsztynie. Z taką grą w defensywie ciężko było o powstrzymanie Austriaków, którzy grali z dużą swobodę. Za to w ataku brakowało najzwyczajniej ruchu, gdy tylko było trochę przyspieszenia, to od razu robiła się przestrzeń.

Ta przerwa chyba była potrzebna Polakom, którzy na drugą połowę wyszli nieco odmienieni, z powiewem nowych sił i pomysłów, a to błyskawicznie zaprocentowało, bo w 36. minucie udało się doprowadzić do wyniku 18:19, a zatem remisu w dwumeczu. Wystarczyło naprawdę niewiele, bo nieco więcej ruchu i aktywności w obronie przełożyło się na proste bramki. Pojawiła się nawet gra z obrotowym, czego w pierwszej części gry zupełnie brakowało.

Powoli zaczynało wszystko wychodzić Polakom, którzy wprowadzili masę zamieszania po stronie Austriaków, wymuszając na nich błędy, które skrzętnie „Biało-Czerwoni” wykorzystywali. W 46. minucie po kolejnej interwencji Marcela Jastrzębskiego, który dograł do Arkadiusza Moryty, zespół Joty Gonzaleza wyszedł na prowadzenie 24:23. Zrobiło się naprawdę pięknie, a Austriacy zaczęli grać swój antyhandball z Grazu.

Wciąż jednak trzeba było mieć się na baczności, żeby przypadkiem nie wypuścić z rąk w końcówce tego awansu. Tu wystarczył chwilowy słabszy moment. Wciąż dużo krzywdy robił Polakom Lukas Herburger, który często znajdował się na kole niepilnowany, zwłaszcza gdy Austriacy grali siódemką w polu, co im dobrze wychodziło. Mimo wszystko przed ostatnimi pięcioma minutami to „Biało-Czerwoni” mieli minimalną jednobramkową przewagę w dwumeczu.

Końcówka potoczyła się jednak nie tak, jakby tego Polacy oczekiwali. Najpierw Austriacy wykorzystali warunki fizyczne Tobiasa Wagnera, który rzucił dwie ważne bramki. Reprezentacja Polski miała jednak świetnego Piotra Jędraszczyka, który robił kawał roboty i wywalczył rzut karny. Nie wykorzystał go jednak na minutę przed końcem Kamil Syprzak. I to wszystko przy remisie w dwumeczu.

Na szczęście Austria nie wykorzystała swojej szansy i nie ułożyła się akcja po jej myśli. Polakom zostało 14 sekund przy remisie w dwumeczu. Jota Gonzalez wziął czas, który poskutkował, bo Szymon Sićko wykazał się dużą przytomnością umysłu i dograł piłkę do niepilnowanego Michała Daszka, który na trzy sekundy przed końcem dał awans Polakom na mistrzostwa świata w 2027 roku. Niesamowite emocje zakończone happy endem, ale zwrotów akcji było co niemiara.

Eliminacje do Mistrzostw Świata 2027:

Polska – Austria 30:30 (13:17)

Polska: Wałach, Jastrzębski – Daszek 4, Jędraszczyk 7, Olejniczak 1, Sićko 5, Pietrasik 1, Widomski 4, Syprzak 3, Moryto 4, Jarosiewicz, M. Gębala, Tomczak, Czapliński 1, T. Gębala, Jankowski.

Austria: Bergmann, Mostl – Mahr, Sager, Frimmel 4, Belos 2, Herburger 7, Zivković 2, Fritsch, Bilyk 4, Wagner 4, Nigg 4, Kofler 3, Hutecek, Lastro, Miskovez.