Model 970 pojawił się w naprawdę dużej przecenie. 2699 zł, gdzie normalnie trzeba było płacić 2999 zł.

To teraz sporo osób będzie miało zagwozdkę. Kupować przykładowo Venu 4, czy może jednak Forerunnera 970. Zegarki podobne, ale różnią się między innymi przeznaczenie. W 970 niezwykle mocno chwalę sobie pięć fizycznych przycisków, które sprawiają, że nie używam praktycznie dotyku. Wszyscy, którzy rzeczywiście startują w zawodach doskonale rozumieją, dlaczego bawienie się z dotykowym ekranem gdzieś w środku startu nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem.

I z tego typu powodu pewnie brałbym znowu 970. Oba mają latarkę, która działa cuda podczas biegania. Venu ma nieco inny interfejs, jakby starszy. 970 ma natomiast trochę dziwnych błędów. Niby są na bieżąco łatane, ale niekiedy coś losowo przestaje działać i trzeba czekać na „łatkę”.

W ciągu ostatnich 24 godzin dobre 40 osób dodało ten zegarek do koszyka i kompletnie się temu nie dziwię. Youtube jest pełen recenzji, lepszych, gorszych, ale większość pochodzi od osób, które niekoniecznie mają coś wspólnego ze sportem.

Nikt tam nie powie, że taki Forerunner 970 jest git w momencie, jak musicie siłować się z pianką. Jego „zwartość” obok przycisków i naprawdę mocnej latarki to zdecydowanie największe plusy, przynajmniej z mojej perspektywy.

Do tego te trzy lata gwarancji. Jeżeli nie robicie niczego naprawdę ekstermalnego, to nic z tym zegarkiem się nie stanie, ale to bardzo miły dodatek.