Śmieci były problemem od lat.

Maj 1956 r. na Wybrzeżu miał smak nadchodzącego lata, zapach świeżo drukowanych książek i… całkiem przyziemne problemy codzienności. Mieszkańcy Gdańska, Gdyni i Sopotu żyli nie tylko przygotowaniami do sezonu i wydarzeniami kulturalnymi, ale też narzekali na bałagan w przestrzeni miejskiej, błotniste chodniki, przepełnione śmietniska i brak miejsca, by spokojnie zjeść sałatkę śledziową. Z kart ówczesnej prasy wyłania się zaskakująco aktualny obraz Trójmiasta – pełnego ambicji, ale też niedoskonałości, które potrafiły rozpalać emocje równie mocno, jak dziś.

Gdy nastaje maj, wiosna jest w pełni, na zewnątrz coraz lepsza pogoda i można już przypłynąć do Gdańska Wisłą. A przypłynąć warto, bo można się załapać na jedną z wielu imprez, których nad morzem nie brakuje.

Podobno w roku 1956 „warto i trzeba obejrzeć w Domu Oficera Marynarki Wojennej w Gdyni” „wystawę dywersyjnych balonów amerykańskich”, choć majowym hitem staje się raczej… dobra książka. Wprawdzie „popularność książki, gazety czy czasopisma kulturalnego jest równie wielka w styczniu, czerwcu czy listopadzie”, to „sprawie tej poświęca się szczególną uwagę właśnie” w maju, głównie „przez coroczną organizację „Dni Oświaty, Książki i Prasy”. Ponieważ ludzie lubią czytać i lubią też „niecodzienną, „odświętną” atmosferę.” Gdańsk „zapowiada bogaty program „Dni””, proponując zainteresowanym „bardzo różnorodne formy” świętowania, takie jak: „kiermasze, festyny, wystawy, prelekcje, pokazowe lekcje księgarsko-bibliotekarskie.” „Ciekawą imprezę rozrywkową”, „z konkursami i atrakcyjnymi nagrodami”, organizuje na Oruni Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku oraz Dom Książki. A w Gdyni – w świetlicy Prezydium MRN (…) przy ul. Bema” – zaplanowano otwarcie Centralnej Wystawy Książki, „ilustrującej specyfikę środowiska Gdyni, a więc portów, stoczni, rybołówstwa morskiego, Marynarki Wojennej, komunikacji morskiej” oraz prezentującej „książki popularno-naukowe z różnych dziedzin wiedzy”.

Warto przy tej okazji wspomnieć słowa pisarza Józefa Ignacego Kraszewskiego, który twierdził, że „z każdą zniszczoną książką ginie część jakaś żywota ludzkiego na ziemi”. To dobry powód, by wspomnieć o „problemie szerzącego się szkodnictwa bibliotecznego, z którym trzeba walczyć i przed którym należy chronić księgozbiory naszych bibliotek”. Także nad morzem „praktyka biblioteczna wykazuje, że większość zniszczeń, dokonanych przez czytelników, jest wynikiem nieznajomości podstawowych zasad obchodzenia się z książką”, czego dowodzą liczne przypadki z życia tutejszych bibliotek i bibliotekarzy. W 1956 r. maj dostarcza okazji nie tylko do dobrej lektury, lecz daje czas na zadbanie o własne zdrowie, bo trwa również Tydzień Zdrowia.

Wiadomo jednak, że dla mieszkańców Wybrzeża maj to dopiero rozgrzewka przed nadchodzącym latem. „W Sopocie przy molo (…) wre gorączkowa praca przygotowawcza do sezonu” i choć „odnowiono [już] muszlę koncertową”, wygląda na to, „że gdy nadejdzie lato, okolice mola znów, jak co roku, zeszpecone zostaną transparentami i innymi ozdobami wątpliwej jakości.” Najwyraźniej, „nawet nie trzeba się wielce fatygować, by pod adresem grubych tysięcy mieszkańców Trójmiasta postawić zarzut niedbalstwa i niechlujstwa, bezmyślności i rozmyślnej dewastacji, braku poszanowania własności społecznej i braku poszanowania własnej osoby”. Trudno więc dziwić się, że Sopot staje się tylko „żałosnym „kurortem””, a Wrzeszcz…, a Wrzeszcz zawiera się w słowach: „nie wiem, kim są mieszkańcy, ale wiem jacy” – „podwórze wystawia im świadectwo”. I nawet jest coś, co łączy Sopot z Wrzeszczem – skwery.

Tylko że w Sopocie „Zarząd Zieleni zakłada skwery”, ale „te skwery w „mieście-ogrodzie”, do jakiego pretenduje Sopot, wyglądają jak złoty ząb w spróchniałej szczęce”. Natomiast we Wrzeszczu „sporo już dni mija od czasu, kiedy to obiecywano, że jeszcze w tym roku będzie urządzony skwer przy zbiegu ulic Grunwaldzkiej i Waryńskiego”. Tymczasem „jest już połowa maja” i „w dalszym ciągu nie widać tam ani źdźbła trawy czy innej zieleni”. „Czyżby skwer był planowany na… zimę”? Nie lepiej dzieje się też na Oruni, przy ulicy, która „nazywa się Ukośna”. Wprawdzie „nie jest ona taka krzywa, jak to nazwa wskazuje”, jest jednak… bardzo zaśmiecona, jako że „właśnie to miejsce wydało się GPZB idealne na wysypisko, inaczej mówiąc śmietnik”. „Czy nie lepiej by było zrobić wysypisko śmieci o kilometr dalej, na Maćkach, gdzie liczne dziury i doły aż proszą się o zasypanie?” Na innych ulicach też jest nie najlepiej: „wszystkie chodniki ziemne i żużlowe są błotniste w okresie wiosennych roztopów”, zwłaszcza po tym, jak zimą „mieszkańcy nic nie robią, by usunąć zwały śniegu, jak to było ostatnio”. A jak nie błoto, to śmierdząca maź, zalegająca na jezdniach wskutek niechlujnego czyszczenia studzienek kanalizacyjnych. Po deszczu „masa ta wydaje się o wiele większa”, zaś „odór z niej niesamowity, trujący – trwa od jednego opróżnienia do następnego”.

Może najwyższy już czas „zerwać z biernym tolerowaniem tego stanu rzeczy”? I ze śmieceniem na ulicach… I wcale nie chodzi tu tylko o papierki: ktoś gubi chociażby całkiem sporych rozmiarów rurę żeliwną: „i nie ma nikogo (poza dziećmi i… psami), kto by rurką tą się zainteresował i coś rozsądnego z nią zrobił”. Może powodem jest brak odpowiedniego miejsca na surowce wtórne? Niejeden obywatel zastanawia się zapewne, „czy w trójmieście istnieje jakaś instytucja (coś w rodzaju „złomowca”), która zajmuje się skupem”, nie tylko zresztą metali, ale i choćby używanych butów.

Podobnie, jak i niejeden mieszkaniec Gdańska zastanawia się, czy będzie można w końcu zjeść sałatkę śledziową w jakiś cywilizowany sposób? Pytanie jest szczególnie aktualne u progu sezonu wakacyjnego. Tymczasem, „aż przykro patrzeć na codzienne kłopoty klientów baru garmażeryjnego w domu „pod arkadami” przy ulicy Kołodziejskiej w Gdańsku”, którzy „po otrzymaniu zza lady sałatki lub innej potrawy, rozglądają się bezradnie w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca” do jej konsumpcji. A następnie, „z braku jednak jakiejkolwiek półeczki, papierek (talerzyków też brak) np. z sałatką śledziową umiejscawiają się przeważnie na kaloryferze” lub jedzą ją „na własnych kolanach”. Czy można jeszcze wierzyć, że przed wakacjami nastąpi tu jakaś poprawa? Zapewne tak, ale pamiętając, że „naiwność drogo kosztuje”…

Źródło: „Dziennik Bałtycki” nr 118 z 18 maja 1956 r., nr 119 z 19 maja 1956 r., nr 120 z 20/21 maja 1956 r., nr 121 z 22 maja 1956 r. i nr 123 z 24 maja 1956 r. Skany pochodzą z Bałtyckiej Biblioteki Cyfrowej.