Do kwietnia 2026 r. administracja Donalda Trumpa pobiła kolejny ponury rekord: obecny rok fiskalny już stał się najbardziej śmiercionośnym w historii amerykańskich ośrodków detencyjnych dla migrantów. Od października 2025 r. w takich placówkach zmarło już 29 osób.

Brud, fatalne warunki sanitarne, brak dostępu do opieki medycznej, głód oraz brutalność strażników — to codzienność w wielu amerykańskich ośrodkach dla migrantów. Sytuację dodatkowo pogarsza przewlekłość postępowań sądowych, przez co ludzie miesiącami czekają na decyzje w zamknięciu.

Znaczna część tych ośrodków należy do prywatnych firm, które zamieniły migracyjną detencję w niezwykle dochodowy biznes. W praktyce oznacza to jedno: na cierpieniu zatrzymanych ktoś zarabia ogromne pieniądze. A za wysokimi płotami i kamerami nadzoru zatrzymani często znikają w rzeczywistości pełnej strachu, przemocy i bezsilności.

Administracja Trumpa nazywa to walką z kryzysem migracyjnym. Krytycy mówią raczej o systemie, w którym człowiek staje się numerem, a jego cierpienie — częścią dobrze działającego biznesu.

Od października w amerykańskich ośrodkach migracyjnych zmarło już 29 osób. Ostatni taki przypadek ujawniono 16 kwietnia. Z raportu opublikowanego przez amerykańską Służbę Imigracyjną i Celną wynika, że 27-letni obywatel Kuby, Aled Damien Carbonell-Betancourt, został znaleziony nieprzytomny w swojej celi. Jako przyczynę śmierci podano „domniemane samobójstwo”, jednak śledztwo nadal trwa.

Skargi dotyczące warunków panujących w tym miejscu pojawiły się już wcześniej w piśmie skierowanym do administracji Donalda Trumpa przez Amerykańską Unię Swobód Obywatelskich w maju 2025 r. Według relacji migrantów część zatrzymanych przez ponad trzy dni nie była wypuszczana z cel z powodu braków kadrowych. Utrudniony był również dostęp do lekarzy. Pojawiały się też informacje o fatalnym stanie sanitarnym placówki.

Obrońcy praw człowieka zwracali również uwagę, że zatrzymanym ograniczano kontakt zarówno z prawnikami, jak i rodzinami — w niektórych przypadkach nie mieli oni dostępu ani do korespondencji, ani do telefonu.

Obecny rok fiskalny w Stanach Zjednoczonych — trwający od 1 października 2025 r. do 30 września 2026 r. — już stał się najbardziej tragiczny w historii Służby Imigracyjnej i Celnej, bijąc rekord z 2004 r., kiedy zmarło 28 zatrzymanych.

Ośrodek detencyjnym dla migrantów „Alligator Alcatraz”, położony na terenie lotniska szkoleniowo-przejściowego Dade-Collier w Ochopee na Florydzie, 4 lipca 2025 r.

Ośrodek detencyjnym dla migrantów „Alligator Alcatraz”, położony na terenie lotniska szkoleniowo-przejściowego Dade-Collier w Ochopee na Florydzie, 4 lipca 2025 r.Miami Herald / Contributor / Getty Images

W 2025 r. liczba osób przebywających w ośrodkach migracyjnych wzrosła o ponad 74 proc. w porównaniu z pierwszym rokiem prezydentury Joego Bidena. Na polecenie Białego Domu funkcjonariusze masowo zatrzymują zarówno osoby naruszające przepisy migracyjne, jak i ludzi bez wyroków oraz posiadających tymczasową ochronę.

Formalnie miejsca, do których trafiają zatrzymani, nie są uznawane za więzienia. Według amerykańskiego prawa nie pełnią funkcji resocjalizacyjnej — mają jedynie zapewnić obecność migrantów na rozprawach dotyczących ich spraw. Dlatego instytucje państwowe i większość mediów określają je mianem „ośrodków detencyjnych dla migrantów”.

Wielu dziennikarzy i obrońców praw człowieka podkreśla jednak, że warunki panujące w tych placówkach coraz bardziej przypominają klasyczne więzienia. Istnieje jednak jedna zasadnicza różnica: podczas gdy zwykłe zakłady karne są zarządzane głównie przez władze federalne lub lokalne, nawet 90 proc. ośrodków dla migrantów należy do prywatnych firm. Obecnie przebywa w nich ok. 60 tys. osób.

„Tutaj umrzesz, bo po to tu przyjechałaś”

Najwięcej zgonów — po trzy w każdej placówce — odnotowano w obozie East Montana w Teksasie oraz w centrum Adelanto w Kalifornii. Oba miejsca są prowadzone przez prywatne firmy i w obu wielokrotnie dochodziło do naruszeń prawa oraz podstawowych praw człowieka.

Obóz East Montana otwarto latem 2025 r. na terenie działającej bazy wojskowej Fort Bliss. Budowę sfinansowano z budżetu państwa: przyjęta tego samego lata „Wielka Piękna Ustawa” Donalda Trumpa przewidywała przeznaczenie 45 mld dol. (ok. 180 mld zł) na zwiększenie liczby miejsc w ośrodkach dla migrantów do 100 tys. łóżek.

Aby pomieścić tak ogromną liczbę ludzi, planowano budowę kilku gigantycznych kompleksów, mogących jednocześnie przetrzymywać od trzech do siedmiu tysięcy migrantów. East Montana stała się jednym z prototypów takich placówek.

Centrum Przetwarzania Imigracyjnego w California City, najnowszego i największego więzienia ICE w tym stanie, 25 marca 2026 r.

Centrum Przetwarzania Imigracyjnego w California City, najnowszego i największego więzienia ICE w tym stanie, 25 marca 2026 r.David McNew / Contributor / Getty Images

Obecnie przebywa tam od tysiąca do trzech tysięcy zatrzymanych, jednak docelowo ośrodek ma pomieścić 5 tys. osób. Zarządza nim firma Acquisition Logistics LLC, która otrzymała od rządu kontrakt wart 1 mld 200 mln dol. (ok. 4 mld 800 mln zł).

Pierwszych migrantów przywieziono tam jeszcze przed oficjalnym otwarciem, gdy obóz nadal był w budowie. Początkowo zakładano, że będzie to jedynie punkt tymczasowego pobytu, gdzie ludzie mieli spędzać maksymalnie dwa tygodnie. Już miesiąc po otwarciu zaczęły jednak pojawiać się świadectwa osób przetrzymywanych tam znacznie dłużej.

W ciągu pierwszych trzech miesięcy funkcjonowania East Montany służby ratunkowe odebrały 90 zgłoszeń z obozu. Najczęściej dotyczyły one bólów w klatce piersiowej i brzuchu, drgawek, problemów z oddychaniem oraz omdleń. Pięć zgłoszeń związanych było z próbami samobójczymi. W obozie odnotowano także ogniska COVID-19, odry oraz kilka przypadków gruźlicy.

Pierwszy więzień zmarł tam 3 grudnia. Jak podał „El Paso Times”, 47-letni Francisco Gaspar Cristobal Andres zmarł na niewydolność wątroby i nerek.

Przedstawiciele Służby Imigracyjnej i Celnej twierdzili, że możliwą przyczyną śmierci był zespół odstawienia alkoholu. Żona mężczyzny, Lucia Pedro Juan, mówiła jednak dziennikarzom, że jej mąż przed zatrzymaniem nie miał problemu z alkoholizmem, a jego stan zdrowia dramatycznie pogorszył się właśnie w obozie.

Samą Lucię zatrzymano razem z mężem we wrześniu 2025 r. Trafili do tego samego obozu, ale nie mogli się kontaktować, ponieważ kobiety i mężczyzn przetrzymywano osobno.

Lucia była jedną z pierwszych 36 kobiet umieszczonych w East Montanie. Przywieziono je w kajdankach. Spędziła tam około trzech miesięcy, po czym zdecydowała się sama opłacić własną deportację do Gwatemali, ponieważ bała się, że umrze w obozie.

Według jej relacji kobiety mdlały z głodu i pragnienia. Z leków dostawały sporadycznie jedynie paracetamol. Jedzenie było często zepsute i praktycznie niejadalne, a papier toaletowy kończył się już ok. 8:00 rano.

Strażnicy wyzywali więźniów od zwierząt.

Tak się kończy, kiedy jesteś osłem. Przekraczacie granicę, łapią was, a wy dalej próbujecie

— mieli mówić.

Jednej z kobiet strażnik powiedział wprost: „Tutaj umrzesz, bo po to tu przyjechałaś”.

Śmierć pod nadzorem

W związku z drugą śmiercią w East Montanie wszczęto śledztwo w sprawie zabójstwa. Obywatel Kuby, Geraldo Lunas Campos, zmarł 3 stycznia po starciu ze strażnikami.

Służba Imigracyjna i Celna utrzymywała, że 55-letni ojciec czwórki dzieci próbował popełnić samobójstwo, a personel chciał go uratować. Jeden ze świadków twierdzi jednak, że Campos był zakuty w kajdanki, a co najmniej pięciu pracowników przygniatało go do podłogi chwytem duszącym, dopóki nie stracił przytomności. Sekcja zwłok potwierdziła, że zmarł wskutek uduszenia.

Trzecia ofiara — 36-letni Nikaraguańczyk Victor Manuel Diaz — zmarła kilka dni później, również przez uduszenie. Według służb było to samobójstwo, jednak rodzina nie wierzy w tę wersję wydarzeń.

Do grudnia 2025 r. Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich odnotowała co najmniej 45 skarg od osób przetrzymywanych w East Montanie dotyczących poważnych obrażeń. Dwóch mężczyzn zgłosiło przemoc seksualną.

Jeden z Kubańczyków, występujący pod pseudonimem Isaac, twierdził, że po odmowie podpisania dokumentów dotyczących dobrowolnej deportacji strażnicy wielokrotnie uderzali jego głową o ścianę, a następnie jeden z nich ścisnął mu genitalia.

Podobne oskarżenia wysunął również nastolatek występujący pod pseudonimem Samuel. Według jego relacji po przemocy seksualnej został pobity do nieprzytomności tylko dlatego, że wyłączył światło w swoim sektorze mieszkalnym. Trafił do szpitala ze złamanymi zębami i obrażeniami narządów płciowych, a później wystawiono mu rachunek za wezwanie pogotowia.

Irlandczyk Seamus Culleton, który przebywał w East Montanie, opisywał ten ośrodek w wywiadzie dla irlandzkiej telewizji jako „nowoczesny obóz koncentracyjny”. Mówił, że regularnie dochodziło tam do bójek o jedzenie, a kobietom czasami przez wiele tygodni nie pozwalano prać ubrań.

Podobne nadużycia od 2025 r. pojawiają się w większości amerykańskich ośrodków dla migrantów. Z różnych placówek napływają relacje o braku pomocy medycznej, niedoborach jedzenia, a nawet braku podstawowych miejsc do spania.

Latem w jednym z ośrodków migranci ustawili się w napis SOS, próbując zwrócić uwagę świata na swoje dramatyczne warunki.

Im więcej więźniów, tym lepiej

Prywatyzacja więzień w Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się w latach 80., kiedy grupa przedsiębiorców — między innymi Thomas Beasley, założyciel jednej z największych obecnie firm zarządzających ośrodkami migracyjnymi — przekonywała rząd federalny, że prywatne firmy potrafią prowadzić więzienia skuteczniej niż państwo.

Beasley twierdził nawet, że „sprzedawanie prywatnych więzień jest jak sprzedaż samochodów, nieruchomości czy hamburgerów”.

Choć prywatny biznes nie zdobył dominującej pozycji w klasycznym systemie penitencjarnym — dziś prywatne więzienia stanowią jedynie ok. 8–10 proc. wszystkich zakładów karnych w USA — firmy takie jak CoreCivic znalazły swoją niszę właśnie w systemie migracyjnym.

Obecnie sektor prywatny kontroluje około 85–90 proc. wszystkich ośrodków dla migrantów.

Większość takich placówek należy do dwóch gigantów: CoreCivic oraz Geo Group. Obie firmy zarządzają także innymi więzieniami, jednak to właśnie ośrodki migracyjne są ich głównym źródłem dochodu.

W 2025 r. zyski tych przedsiębiorstw wyniosły odpowiednio 2 mld 200 mln dol. (ok. 8 mld 800 mln zł) oraz 2 mld 600 mln dol. (ok. 10 mld 400 mln zł), co oznacza wzrost o 8 proc. i 13 proc.

Obie firmy otrzymały od Służby Imigracyjnej i Celnej wielomilionowe kontrakty bez przetargów. W czasie kampanii wyborczej w 2024 r. Geo Group i CoreCivic przekazały łącznie około 2 mln 800 tys. dol. (ok. 11 mln 200 tys. zł) na kampanię Donalda Trumpa.

Niektórzy inwestorzy tych firm na początku 2026 r. wyrażali nawet niezadowolenie z „niewystarczającej skuteczności” służb migracyjnych, twierdząc, że liczyli na większy napływ więźniów.

Za utrzymanie jednego migranta firmy otrzymują od 70–110 dol. do 130–165 dol. dziennie (ok. 280–660 zł dziennie). Wysokość stawki zależy od rodzaju placówki — największe obozy, takie jak East Montana, przynoszą większe zyski.

Co więcej, rząd federalny dopłaca także za puste miejsca, gwarantując firmom minimalne przychody zapisane w kontraktach. Takie rekompensaty mogą sięgać kilku milionów dolarów miesięcznie.

Dodatkowe pieniądze firmy zarabiają na płatnych rozmowach telefonicznych i sprzedaży produktów w więziennych sklepikach.

Do 2023 r. część przedsiębiorstw wykorzystywała również pracę zatrzymanych — płacono im 1 dol. dziennie (ok. 4 zł) za najcięższe prace związane z utrzymaniem ośrodków. Formalnie miała to być praca dobrowolna, jednak dla wielu migrantów był to jedyny sposób, by zdobyć pieniądze na telefon lub podstawowe produkty.

Sąd w Waszyngtonie uznał później, że praktyki te naruszały przepisy prawa pracy i nakazał zakończenie takiego wykorzystywania ludzi. W 2025 r. Geo Group złożyło jednak pozew mający uchylić tę decyzję.

Większość operatorów takich ośrodków kieruje się dwoma prostymi zasadami biznesowymi:

  1. 1

    im więcej ludzi uda się zamknąć — tym lepiej,

  2. 2

    a im mniej będzie to kosztować firmę — tym większy będzie zysk.

Dlatego największym problemem tych placówek są przepełnienie, dramatyczne braki kadrowe oraz skrajne zaniedbania warunków życia.

Ponieważ większość ośrodków znajduje się na terenach wiejskich, problem pogłębia brak odpowiednio wykwalifikowanego personelu, co z kolei prowadzi do jeszcze większej przemocy wobec zatrzymanych.

Wszystkie te problemy istniały jeszcze przed obecną kampanią antyimigracyjną Białego Domu. W ośrodkach wielokrotnie wybuchały bunty związane z tragicznymi warunkami życia. W ciągu ostatnich dziesięciu lat kilka takich placówek zamknięto właśnie z tego powodu.

Teraz jednak, z powodu braku miejsc, administracja Trumpa postanowiła ponownie je otworzyć — i ponownie przekazać zarządzanie tym samym firmom, których działania wcześniej doprowadzały do zamieszek.

Sytuację dodatkowo pogarsza przewlekłość postępowań sądowych. W 2025 r. rząd przeznaczył 170 mld dol. (ok. 680 mld zł) na egzekwowanie prawa migracyjnego, jednak jedynie 8 proc. tej kwoty trafiło do sądów.

W efekcie zalega tam ok. 3 mln 400 tys. nierozpatrzonych spraw.

Równocześnie administracja Trumpa zwolniła dziesiątki sędziów oraz zmniejszyła skład Rady Odwoławczej ds. Imigracyjnych z 28 do 15 osób, mimo że liczba odwołań podwoiła się.

Większość migrantów zmuszona jest oczekiwać na decyzje właśnie w ośrodkach detencyjnych.

Kolejnym problemem jest praktyczny brak nadzoru. Wcześniej funkcjonowało kilka państwowych agencji kontrolujących takie placówki, także prywatne. Administracja Trumpa w ramach „optymalizacji wydatków” ograniczyła jednak ich działalność lub całkowicie je zlikwidowała.

Krytyka i alternatywyWraz z zaostrzeniem działań służb migracyjnych polityka antyimigracyjna Trumpa zaczyna tracić poparcie społeczne. Coraz więcej miast i lokalnych społeczności sprzeciwia się budowie nowych oraz ponownemu otwieraniu starych ośrodków dla migrantów.

Władze próbują przekonywać mieszkańców argumentami o nowych miejscach pracy i rozwoju gospodarczym, jednak przeciwnicy takich inwestycji coraz częściej wygrywają.

Kilka projektów budowy nowych ośrodków upadło właśnie dlatego, że lokalne społeczności stanowczo zaprotestowały.

Protest pod hasłem "ICE Out" w Pensylwanii, 2 maja 2026 r.

Protest pod hasłem „ICE Out” w Pensylwanii, 2 maja 2026 r.SOPA Images / Contributor / Getty Images

Nawet część Republikanów krytykuje działania służb migracyjnych. Senator Roger Wicker ze stanu Missisipi sprzeciwił się planom budowy ogromnego kompleksu dla migrantów w hrabstwie Marshall.

Całkowicie popieram egzekwowanie prawa migracyjnego, ale ten teren miał służyć rozwojowi gospodarczemu i tworzeniu miejsc pracy. Nie możemy dopuścić do nagłego napływu nawet 10 tys. zatrzymanych

— napisał w marcu w serwisie X.

Na świecie dominują obecnie dwa podejścia do nielegalnej migracji.

Pierwsze — najpowszechniejsze — opiera się na zamykaniu migrantów w ośrodkach i doprowadzaniu ich pod przymusem przed sąd.

Drugie zakłada dobrowolny udział migrantów w procedurach oraz pomoc w integracji.

Coraz więcej ekspertów uważa, że to właśnie ten drugi model pozwala ograniczyć skalę detencji i koszty całego systemu, nie zmniejszając przy tym skuteczności prawa.

W Hiszpanii migranci oczekujący na rozpatrzenie wniosków o azyl otrzymują pomoc w znalezieniu mieszkania, żywności, wsparcie prawne oraz możliwość nauki języka. Aż 86 proc. z nich pozostaje w systemie i bierze udział w postępowaniach.

Podobne programy działające w Bułgarii, na Cyprze i w Polsce przynoszą bardzo podobne efekty.

Co najważniejsze — hiszpański program legalizacji kosztuje ok. 40 dol. dziennie na rodzinę (ok. 160 zł), podczas gdy utrzymanie jednej osoby w amerykańskim ośrodku kosztuje ok. 142 dol. dziennie (ok. 570 zł).

Stany Zjednoczone przez krótki czas testowały podobne rozwiązanie. Program wsparcia rodzin ubiegających się o azyl, uruchomiony w 2016 r., przydzielał rodzinom pracowników socjalnych i nie wymagał zamykania ich w ośrodkach.

Program objął jedynie 952 rodziny, ale zapewnił aż 99 proc. stawiennictwa na rozprawach sądowych, przy kosztach wynoszących około 38 dol. dziennie (ok. 150 zł).

Mimo to administracja Trumpa zamknęła projekt już w 2017 r.

Obecny program nadzoru nad migrantami zobowiązuje dziesiątki tysięcy osób do noszenia elektronicznych opasek GPS lub instalowania specjalnych aplikacji w telefonach.

W 2025 r. służby migracyjne nakazały wszystkim uczestnikom programu noszenie bransoletek GPS. Prawnicy określali to rozwiązanie jako zamienianie dzielnic mieszkalnych w „cyfrowe klatki”.

Europejskie modele stawiają przede wszystkim na integrację i wolność migrantów. Pokazują one, że kwestie legalizacji pobytu oraz kontroli migracji można rozwiązywać bez zamykania ludzi w „więzieniach migracyjnych”, często funkcjonujących w nieludzkich warunkach.