Polski rząd wpadł na genialny pomysł: skoro przez rok dopłacał do cen paliw półtora miliarda miesięcznie i teraz ma dziurę w budżecie, to niech zapłacą za to ci, którzy „zbyt dobrze” zarządzali swoimi firmami.

Wyobraźcie sobie następujący scenariusz. Przez lata macie sklep z parasolami. Większość czasu sprzedaż jest mierna, bo słońce świeci i nikt parasola nie potrzebuje. Inwestujecie w zapasy, logistykę, utrzymujecie magazyny. Ponosicie koszty stałe bez względu na pogodę. A potem przychodzi deszczowe lato i wreszcie zarabiacie. I właśnie wtedy pojawia się urzędnik z formularzem i mówi, że wasze zyski są „nadmiarowe”.

Witajcie w świecie windfall tax.

75 proc. Serio.

Rząd chce, aby stawka windfall tax wyniosła 75 procent „podstawy opodatkowania”, czyli tych nadmiarowych zysków firm paliwowych. Siedemdziesiąt pięć.

Dla porównania: standardowy CIT wynosi 19 proc.

Podatek bankowy, który przez lata był uznawany za jeden z bardziej inwazyjnych instrumentów fiskalnych w Polsce, nie dobija nawet do połowy tej stawki.

Ale spokojnie, bo to nie jest podatek. To jest, cytując projektodawcę, reakcja na fakt, że „znaczna część przedsiębiorstw, których działalność koncentruje się wokół ropy naftowej, czerpie bezpośrednie korzyści wynikające z nadzwyczajnie wysokich marż”. Brzmi jak prokuratura, nie jak ministerstwo finansów. I właściwie taka panuje atmosfera wokół całego pomysłu.

Logika zamkniętego kręgu

Zatrzymajmy się na chwilę przy samej konstrukcji intelektualnej tego podatku, bo jest naprawdę zachwycająca w swojej prostocie.

Rząd przez kilkanaście miesięcy dopłaca do cen paliw z programu „Ceny Paliw Niżej”. Kosztuje to 1,5 miliarda złotych miesięcznie. Czyli za pełen rok – około 18 miliardów. Teraz rząd orientuje się, że to kosztowne, i postanawia wyciągnąć te pieniądze od firm paliwowych. Wpływy z podatku od nadmiarowych zysków powinny przekroczyć 4 miliardy złotych.

Czyli: rząd sam stworzył problem fiskalny, sam go sfinansował i teraz za rachunek zapłaci ktoś inny. Politycy dostali popularność za tanie paliwo, a przedsiębiorcy dostaną rachunek za to, że zbyt dobrze zarządzali firmą w czasie, gdy ropa była droga. Zamknięty krąg. Brawurowe.

Zysk nadmiarowy – ale czyj i wobec czego?

Kluczowe pytanie, na które nikt nie umie odpowiedzieć precyzyjnie, brzmi: skąd wiadomo, ile zysku jest „w normie”, a ile jest „nadmiarowe”? Dobór metody lub jej parametrów, takich jak okres liczenia średniej, musi być do pewnego stopnia subiektywny. Przyznaje to wprost ekonomista Coface Mateusz Dadej, który odpowiada na pytania w omawianym artykule. Czyli podatek, którego podstawa jest z definicji subiektywna, wynosi 75 proc. To połączenie dowolności z brutalną stawką. W normalnych warunkach byłoby to materiałem na podręcznik złej polityki fiskalnej.

Dodajmy do tego, że w projekcie polskiego windfall tax brakuje ulg inwestycyjnych. Firma, która zarobiła więcej, bo Cieśnina Ormuz była zablokowana i ceny ropy wzrosły z powodów od niej absolutnie niezależnych, nie może nawet odliczyć wydatków na inwestycje w OZE. Zapłać 75 proc. i do widzenia.

Niepewność regulacyjna jako nowy standard

Inwestorzy przy ocenie projektów nie patrzą wyłącznie na średnią oczekiwaną stopę zwrotu, ale biorą pod uwagę cały rozkład możliwych wyników. Gdy państwo zabiera znaczną część zysków w najlepszych scenariuszach, spada oczekiwana wartość projektu. W efekcie wiele inwestycji, które byłyby społecznie opłacalne – w tym w badania i rozwój – po prostu nie dochodzi do skutku.

To ekonomista, nie dziennikarz. Innymi słowy: windfall tax nie tylko zabiera pieniądze dziś, ale niszczy decyzje inwestycyjne na lata. Firmy paliwowe, które miały inwestować w transformację energetyczną, magazyny energii, modernizację infrastruktury – teraz kalkulują, czy w Polsce w ogóle warto. Bo skoro w dobrym roku zabierają ci 75 proc. nadwyżki, to po co ryzykować?

Wielka Brytania wprowadziła podatek od niespodziewanych zysków dla sektora paliw kopalnych w 2022 roku i od tego czasu przedłużyła jego zastosowanie do 2030 roku. Jednak coraz więcej ewaluacji ex post wskazuje, że była to błędna decyzja – chociażby ze względu na spadek produkcji. Polska patrzy na ten eksperyment. W związku z tym mówi: chcemy tego samego.

Orlen jako kozioł ofiarny

Orlen jest w tej historii szczególnie interesującym przypadkiem. Akcje polskiego koncernu wzrosły o 24,4 proc., lepiej niż węgierski MOL, austriacki OMV, włoski ENI, hiszpański Repsol, brytyjskie BP i francuski Total. To sukces zarządczy i biznesowy. I właśnie za ten sukces Orlen zostaje teraz ukarany.

Co równie pikantne: analitycy uważają, że Orlen jest już zbyt drogi w stosunku do szacowanej wartości godziwej akcji. Czyli rynek i tak wyceni konsekwencje windfall tax w kursie akcji. Drobni akcjonariusze – emeryci, posiadacze IKE i IKZE, fundusze emerytalne – poczują to w portfelach. Efekt progresywny, który miał uderzyć w „wielki kapitał”, uderzy też w Kowalskiego. Chodzi o Kowalskiego, który kupił akcje Orlenu w programie Pracowniczego Planu Kapitałowego.

Najlepsze z najgorszych rozwiązań

Jedynym argumentem obronnym dla windfall tax jest ten, który pada wprost w artykule Subiektywnie o finansach: nie tylko zyski koncernów są nadmiarowe, ale również deficyt finansów publicznych. Rynek obligacji skarbowych zaczyna coraz silniej dyscyplinować rząd. Dodatkowo agencje ratingowe sygnalizują rosnące ryzyko obniżenia ratingu Polski. Innymi słowy: nie ma pieniędzy, trzeba wziąć skąd się da, a firmy paliwowe są politykami najłatwiejszym celem.

To uczciwe przyznanie. I zarazem najlepsza definicja windfall tax jaką można sobie wyobrazić: podatek, który istnieje nie dlatego, że jest dobry, ale dlatego, że łatwo go sprzedać wyborcom. Bo kto będzie bronił naftowego giganta?

Nikt. I właśnie na to liczą projektodawcy.

BA/S