— Cały rok przygotowywaliśmy się do tego święta, cały rok! — wspomina w rozmowie z „Uwagą TVN” pani Anna, mama Laury, która tego dnia przystępowała do sakramentu komunii. Zamiast radości pojawiły się jednak nerwy, płacz i wstyd. Tak wspomina ten dzień nie tylko ona — podobne emocje towarzyszyły także innym rodzinom.

9 maja w jednej z restauracji pod Warszawą odbyło się aż 10 przyjęć komunijnych jednocześnie. Na sali znalazło się ponad trzysta osób, a obsługą całego wydarzenia zajmowały się zaledwie trzy kelnerki. Chaos, zamieszanie i „walka o jedzenie” — tak uczestnicy podsumowują tamto popołudnie.

Obietnice kontra rzeczywistość

Rodzice wspominają, że właścicielka lokalu roztaczała przed nimi wizję idealnej komunii: parawany oddzielające grupy, osobny stół na kawę, herbatę i ciasta. — Pytałam o ciasta, usłyszałam: proszę pani, osiem rodzajów ciast to jest minimum, ja mam takie kucharki, że jak polecą, to i 12 zrobią — relacjonuje pani Katarzyna.

Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

Rosół się skończył, krem z białych warzyw też się skończył, wciśnięto nam flaki, które już były niesmaczne, wielokrotnie podgrzewane. Drugiego dania, które zamawialiśmy, w ogóle nie dostaliśmy

— opowiada pan Dawid.

Po trzech godzinach dzieci otrzymały jedynie miskę frytek do podziału. Zamawianych polędwiczek z kluskami nie było, bo „się skończyły”. Nieprzyjemne niespodzianki czekały gości także w toaletach.

Było mi tak wstyd, że sama ją posprzątałam. Powycierałam krany i ogarnęłam to, bo było mi wstyd, że moi goście przyszli w takie warunki

— mówi pani Anna.

O „komunijnym armagedonie”, który pokazano w „Uwadze TVN” szybko zrobiło się głośno także w mediach społecznościowych.