Do finału zostało półtorej godziny, gdy jeden ze stewardów w korytarzu stadionu w Budapeszcie otworzył drzwi trochę za szeroko i trochę na zbyt długo. Mógł się zamyślić, od dłuższej chwili sam próbował podpatrzeć, co się za tymi drzwiami dzieje.
Piłkarze PSG mieli tam swój pokój do rozgrzewki. Rezerwowi właśnie zabijali czas, podbijając do siebie piłkę, ktoś kręcił na rowerku stacjonarnym, słychać było śmiech. Z pokoju na korytarz wyszedł prezes Nasser Al-Khelaifi, bo już był ten moment, kiedy trzeba było zamienić bycie z drużyną na bycie w loży.
Wyszedł uśmiechnięty, uprzedzająco grzeczny. Za 90 minut jego piłkarze zaczynali trzeci finał Ligi Mistrzów w historii klubu. Trzeci w siedem lat. Ale pierwszy, przed którym mogli powiedzieć: to my tu jesteśmy u siebie.
ZOBACZ WIDEO: Race, fajerwerki, gaz i policja. Zobacz, co się działo w Paryżu po finale LM
PSG, definicja aury
Gdy grali pierwszy raz, z Bayernem w finale pandemicznego sezonu w Lizbonie w 2020, byli jeszcze rozedrganym klubem, w którym Liga Mistrzów nie była planem, a obsesją. W którym nad każdym nowym trenerem wisiał znak zapytania, jak ułoży się z piłkarzami, a prezes Al-Khelaifi był jeszcze traktowany jak papuga szejków z Kataru, a poza tym były tenisista, a tu jest futbol.
Gdy PSG wróciło do finału rok temu, by zagrać z Interem, słychać było głosy, że to będzie mecz bez aury, i bez Barcelony to się właściwie nie liczy. A oni wyszli i zagrali koncert, który zamknął usta wszystkim wybrzydzającym.
Drużyna, która miała nie dźwigać presji wielkich meczów, dała popis młodości, szybkości, nowoczesnej gry. Strzeliła pięć goli, w tym jednego – wychowanek, Senny Mayulu. Kibice PSG z łuku Auteil wycisnęli sporo łez, rozwijając oprawę na cześć Xany, córki trenera Louisa Enrique, która zmarła sześć lat wcześniej.
A sam Luis Enrique, od lat na wojnie ze światem (zwłaszcza światem madryckim, ale przecież za stołem konferencyjnym w Barcelonie też bywał zwyczajnie niegrzeczny), po niedawnej trudnej kadencji w reprezentacji Hiszpanii stał się tym, którego każde słowo przyjmuje się za pewnik. Powiedział o Kylianie Mbappe „bez niego będziemy lepsi”, bez niego byli lepsi, dziękujemy za uwagę.
Czy PSG uprawia ten sam sport?
To rok temu, w tym finale, który miał nie mieć aury, PSG stało się dosłownie definicją aury w europejskich pucharach. Gabriel Hanot, dziennikarz “L’Equipe”, gdy te puchary wymyślał, zupełnie serio się zastanawiał, jak je zaklasyfikować. To znaczy: czy mecze grane wieczorem przy sztucznym oświetleniu to jest ten sam futbol co przy świetle dziennym.
Czasem patrząc na to, co pokazuje PSG Luisa Enrique w te wieczory, gdy stawka rośnie, też można było się zastanawiać, czy oni na pewno uprawiają ten sam sport co reszta. I nawet gdy w finale w Budapeszcie byli inni, długo bardzo przyziemni i zestresowani, to jednak sympatia widzów była raczej po ich stronie.
To Arsenalowi wypominamy, że chciał tylko wygrać, a nie grać w piłkę (też przesadnie, bo i gra w obronie potrafi być zachwycająca i u nich długimi momentami w sobotę była), to PSG było tu od atrakcji i zabawiania, a nie mistrz Anglii.
Swoje musieli w PSG wydać, na wiele odcisków nadepnąć, żeby wreszcie zacząć po korytarzach wielkiej piłki chodzić pewnym krokiem. Pomogło na pewno to, że ktoś wreszcie dojrzał do tego, by to z trenera zrobić główną postać klubu.
Pomogło pożegnanie wielkich nazwisk i wielkich ego, stawianie na młodych. Na pewno też nie przeszkadza to, że Katar się ostatnio mocno wyciszył, jeśli chodzi o przepalanie pieniędzy na sport, to raczej Arabia Saudyjska wychodzi tu regularnie przed szereg.
Zobaczymy za pięćset lat
Trener Ralf Rangnick, swego czasu odpowiedzialny za nowe piłkarskie projekty Red Bulla, odpowiedział kiedyś krytykom takich wynalazków, że każdy klub musi kiedyś powstać i że za pięćset lat dzisiejsze spory, kto ma tradycję, a kto nie, będą się wydawać śmieszne. Pożyjemy, zobaczymy.
Na pewno śmieszne jest robienie z PSG drużyny bez historii, nawet jeśli jest młodsze o trzy miesiące od swojego trenera. Albo drużyny bez kibiców, bo im bliżej finału, tym mocniej tłumy ich kibiców rozlewały się po Budapeszcie i ci ludzie nie wyglądali na takich, co wygrali bilet w chipsach albo dostali od szefa w korporacji.
Od dawna, choćby przez uwielbianego swego czasu w Brazylii Thiago Silvę (tak, pamiętam że był też w PSG Rai, a nawet Neymar i zastępy innych, ale jednak uwielbianie środkowego obrońcy to jest coś innego), PSG ma też mnóstwo kibiców właśnie tam. Zresztą liczba kibiców, którzy co roku, również tym razem do Budapesztu, przylatują na finał LM z Brazylii i Argentyny, to jakiś fenomen.
Nie ma też sensu przypisywanie wszystkich paryskich błędów i wypaczeń temu, że weszli do klubu akurat nuworysze z Kataru. To nie był przecież przed ich wejściem szczęśliwy klub żyjący ideałami. Był własnością amerykańskiego funduszu, kibice tłukli się na trybunach i pod stadionem między sobą, łuk Auteil z łukiem Boulogne, były nawet ofiary śmiertelne, a drużyna gdzieś dryfowała.
Klub, który powstał dzięki obwodnicy
PSG zawsze było inne i z lekko zadartym nosem, nieważne czy szefem był tu dyktator mody Daniel Hechter, czy Canal Plus, czy Amerykanie, czy Katarczycy. Zawsze był tu dyskretny urok burżuazji z jednej strony, a z drugiej – to właśnie ten klub upodobała sobie młodzież podparyskich banlieues, trudnych dzielnic, które dziś są nie tylko kibicowską bazą PSG, ale też jedną z najlepszych na świecie fabryk młodych piłkarskich talentów.
Główna różnica za czasów Katarczyków jest taka, że trofeów przybyło, a problemów z kibicami ubyło. Nieźle, jak na ignorantów.
Katarskie pieniądze nie oderwały PSG od korzeni. Ten klub jest, jaki jest, bo jest paryski, a nie katarski. Czy klub ma przepraszać za to, że jego miasto przez lata nie umiało się zakochać w futbolu, wolało go wymyślać dla innych – tu padł pomysł mistrzostw świata, Europy, tu obmyślono europejskie puchary – niż się pasjonować swoim, a potem się nagle jednak trochę zakochało, ale nie wiedziało, jak zagadać?
To jest przecież klub, którego by nie było, gdyby nie budowa obwodnicy Paryża, tego Periferique, które odcięło centrum Paryża od wspomnianych banlieues, dzielnic podmiejskich, i na którym wczoraj policja rozganiała świętujących kibiców.
Trzecia Liga Mistrzów z rzędu? Tam dotarł tylko Real Madryt
Gdy planowano tę obwodnicę na przełomie lat 60. i 70., to trzeba było zdecydować, co zrobić z Parc des Princes, które leżało tam, gdzie miała być droga: zburzyć, czy przebudować. Ale jeśli przebudować, to kto tu będzie grać, jak my nie mamy w Paryżu mocnego klubu? Poszło więc zlecenie do lokalnych biznesmenów: zbudujcie klub.
Pomagała francuska federacja. A że to Paryż, to oprócz crowdfundingu (wtedy pewnie inaczej się nazywał, ale tak – w jakiejś części PSG powstało z kibicowskiej zrzutki) były tam też od razu znajomości i strefy wpływów, i Santiago Bernabeu, legendarny prezes Realu, służący radą.
Trudno winić Paryż, że ma taką moc. Jak się już zaczął zakochiwać w futbolu, to na tej samej obwodnicy – bo główne stadiony Paryża są przy niej – pojawili się ostatnio ze swoimi pieniędzmi Louis Vuitton z Red Bullem w Paris FC i Amerykanie w Red Star Paris.
Taki był i jest piłkarski Paryż: zawsze trochę na gotowe, zawsze trochę w budowie. Co teraz zbuduje Luis Enrique? Wczoraj na konferencji prasowej Vitinhi i Luisa Enrique padło już back-to-back-to-back, wygranie Ligi Mistrzów trzy razy z rzędu. To się kiedyś wydawało osiągnięciem kosmicznym. Ale gdy zrobił to akurat Real, to się nie zdziwiliśmy. PSG też nas powoli przyzwyczaja w pucharach, że niewyobrażalne jest normalne.
Paweł Wilkowicz z Budapesztu