W meczu z Resovią ekipie Macieja Tokarczyka wystarczył remis, jednak szło jej jak po grudzie i złotego gola na 2:2 zdobyła dopiero w 97. minucie. Stadion przy Drodze Dębińskiej oszalał. Gdyby ta bramka nie padła, „Zieloni” musieliby walczyć w barażach, a będąc tak blisko celu już w sezonie zasadniczym, na tę dogrywkę nikt nie był w Poznaniu gotowy.
To kolejny odcinek rollercoastera, jaki klub z Wildy przeżywa w ostatnich latach. Jeszcze rok temu drużyna była budowana praktycznie od zera. Po beznadziejnej rundzie wiosennej i spadku z zaplecza ekstraklasy, ze składem pożegnali się niemal wszyscy zawodnicy.
Z tamtej kadry pozostali tylko Leo Przybylak, Tomasz Wojcinowicz i Filip Waluś, a do nich dołączyła grupa zawodników wracających z wypożyczeń. Zatrudniony przed sezonem Maciej Tokarczyk montował zespół w zasadzie od nowa.
Podjęli ryzyko, ale trafili w dziesiątkę
Tak wiele odejść po poprzednich rozgrywkach budziło wśród kibiców Warty wątpliwości, lecz czas pokazał, że rewolucja była właściwym posunięciem. Wszystkie złe demony zostały przegnane, a nowa drużyna nawet nie pamiętała marnych „wyczynów” swoich poprzedników, którzy wiosną 2025 roku wywalczyli w Betclic I lidze zaledwie 5 pkt.
Pierwsze kolejki nie zapowiadały jednak sukcesu. Warta nie wygrała w nich ani razu, choć sama gra pozwalała patrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem.
Historyczna seria zwycięstw i niezłomny charakter
Gdy w 7. serii ekipa Macieja Tokarczyka pokonała Zagłębie Sosnowiec (1:0), „odpaliła” na dobre. Wygrała osiem spotkań z rzędu, przesuwając się z dolnych rejonów tabeli do ścisłej czołówki. Takiej serii przy Drodze Dębińskiej nie widziano nigdy wcześniej.
Dawno już także Warta nie miała zespołu z taką mocą mentalną jak obecnie. W całym sezonie aż w jedenastu ligowych meczach, musząc odrabiać straty, sięgała na finiszu po remis lub zwycięstwo.
Skalę tego wyczynu najlepiej obrazuje fakt, że w poprzednich edycjach – spadkowych z PKO Ekstraklasy i Betclic I ligi – zdarzyło się zaledwie po jednym razie.
Stadion Warty znów ożył
Poza kwestiami sportowymi, wielkim wydarzeniem dla Warty był powrót do Poznania po 6-letnich występach w Grodzisku Wlkp. Wszyscy w klubie mieli już dość gry poza miastem, a czas pokazał, że w „Ogródku” atut własnego boiska nabrał zupełnie innego znaczenia. „Zieloni” przegrali tam zaledwie dwa ligowe spotkania.
Ten powrót był możliwy dzięki wielkiemu zrywowi związanemu z rozbudową infrastruktury. Pierwszą część wziął na siebie właściciel klubu Bartłomiej Farjaszewski, kupując nową trybunę i zaplecze kontenerowe.
Już w trakcie rozgrywek okazało się, że 1 tys. miejsc to o wiele za mało. Wystartowała więc zbiórka na kolejną trybunę i zakończyła się pełnym sukcesem. Kibice wpłacili ok. 300 tys. zł, akcję zamknął sponsor – firma Mikstol – i dziś przy Drodze Dębińskiej frekwencja może być niemal dwukrotnie większa.
Bilety na wszystkie mecze Warty były towarem deficytowym. Przy okazji ostatniego starcia z Resovią rozeszły się kilkanaście dni przed pierwszym gwizdkiem sędziego.
Kolejna historia, której długo nie zapomną
Gdy sześć lat temu Warta wchodziła do PKO Ekstraklasy, przed finałem turnieju barażowego z Radomiakiem Radom (2:0), trener Piotr Tworek pokazał zawodnikom wzruszający film, na którym do walki zagrzewali ich najbliżsi. Podziałało znakomicie.
Teraz emocje były bardziej związane z boiskiem, lecz bramka zdobyta w doliczonym czasie wywołała nieprawdopodobny wybuch emocji, zwłaszcza że potyczka z Resovią wybitnie się Poznaniakom nie układała.
– Gdybym miał wskazać najtrudniejszy moment, to on był właśnie na końcu – podkreślał podczas fety kapitan warciarzy, Kamil Kumoch.
Gol z połowy boiska i cichy bohater
To był dla „Zielonych” także sezon momentów. W przedostatniej kolejce i spotkaniu z Podhalem Nowy Targ na wyjeździe (2:2), cudownego gola z własnej połowy zdobył Sebastian Steblecki, ściągnięty do Poznania już w trakcie rozgrywek.
Doświadczony piłkarz nie kryje, że gdy podpisywał kontrakt, marzenia o sukcesie wydawały mu się mrzonką.
– Po awansie z Polonią Bytom, przez dwa miesiące leżałem na kanapie. Byłem na Openerze, świetnie się bawiłem i było spoko. Miałem takie poczucie, że to chyba czas, gdy trzeba kończyć z piłką. Nagle dostaję telefon z Warty z pytaniem, czy nie chciałbym przyjechać. To było po sześciu kolejkach bez zwycięstwa, a trener mówi do mnie, że chcemy grać o awans. Gdy się rozłączyłem, zadzwoniłem do mojego najlepszego przyjaciela i powiedziałem mu, że gościowi chyba sufit spadł na głowę – wspominał rozbawiony w rozmowie z TVP Sport.
– Tym bardziej chapeau bas dla trenera, ale sam też później widziałem, obserwując z perspektywy bardziej doświadczonego zawodnika, jak chłopacy wyciskali te mecze, ambicja aż kipiała. Im dalej w las, tym bardziej wierzyłem, że sukces jest realny i się udało. Mamy super drużynę! – dodał 34-latek.
Steblecki wyrósł na osobowość w szatni, lecz na awans pracowali też inni. W przekroju całego sezonu chyba najmniej mówiło się o Dmytro Awdiejewie. Ukrainiec, pozyskany latem ubiegłego roku z Podlasia Biała Podlaska, zagrał w niemal wszystkich ligowych meczach (opuścił jeden z powodu pauzy za kartki), a na samym finiszu zdobył swojego pierwszego gola. Pierwszego, za to takiego, którego pewnie nigdy nie zapomni, bo w ostatniej minucie na wagę awansu.
– Wcześniej nie strzelałem bramek, bo trener mi po prostu nie pozwalał wbiegać w pole karne przeciwnika – śmiał się już zakończeniu rywalizacji.
W ostatniej dekadzie Warta przeżyła cztery awanse. Wszystkie rodziły się w bólach, przychodziły w dużej mierze niespodziewanie, ale właśnie dlatego ich smak był wyjątkowy.
Szymon Mierzyński, dziennikarz WP SportoweFakty
ZOBACZ WIDEO: Tam rozpoczęła się historia reprezentacji Polski. A potem Deyna zagrał z Sylwestrem Stallone