Wiosną 1956 r., już wtedy, tak samo jak dzisiaj, na ulice wyjeżdżali motocykliści, którzy rykiem swoich maszyn łamali zasady „bezdźwięcznego ruchu kołowego w Trójmieście”.
czasami, ale nie za często
46%
nie, miasto jest dla wszystkich
17%
Dzisiejszą podróż po Trójmieście zaczynamy na „placu przed Wyższą Szkołą Ekonomiczną w Sopocie”, skąd – wraz z „barwnym pochodem studentów uczelni Wybrzeża” – wyruszamy na powitanie wiosny roku 1956. Wprawdzie wkrótce nadejdzie lato (i „w związku z piękną pogodą, jaką mamy na Wybrzeżu, Okręgowy Zarząd Kin w Gdańsku uruchamia (…) kino „Letnie” na kortach tenisowych w Sopocie”), to przecież na świętowanie wiosny nigdy nie jest za późno. Nie dziwi więc wcale, że „impreza cieszy się niezwykłą popularnością” i zostaje przyjęta przez widzów „bardzo życzliwie”: „ze wszystkich zakątków Trójmiasta ciągną do Sopotu na Studenckie Święto Wiosny ludzie w granicy wieku od 4 do 100 lat.” To zrozumiałe, bo przecież „takiej imprezy u nas jeszcze nie było.”
Niestety, wiosna „to nie tylko jaskółki i zielone pąki na drzewach”, to również „zieleń w głowach niektórych motocyklistów, z „fasonem” pędzących na ryczących motorach z „rozbebeszonym” tłumikiem”. To „przy ich czynnym współudziale” zasady „bezdźwięcznego ruchu kołowego w Trójmieście” stają się fikcją.
W „wiosennym” nastroju jest też kierowca Chevroleta nr A 06390, jeżdżącego po Nowym Porcie. Pojazd ten nie dość, że porusza się „z urwanym zderzakiem”, hałasuje „wyjącym na najwyższych obrotach silnikiem” i „piekielnymi strzałami z rury wydechowej”. A o godz. 5 rano „w niefrasobliwy sposób oznajmia swą obecność” „przeraźliwym klaksonem”. Sporo w tym racji, by „kandydaci na szoferów” byli „badani nie tylko przez lekarzy”.
Na szczęście trójmiejska wiosna napełnia ulice nie tylko hałasem, dając wszystkim wiele sposobności do wypoczynku na świeżym powietrzu. Wszak miejsc do spacerów nad morzem nie brakuje, choć gdzie się trafi, „u nas (…) nigdy nie wiadomo”. Nie zawsze jest tak, „jak sobie planujemy”, bo… „wszystkiemu winna pogoda”. Dobrze więc, że „jest [tak] wiele możliwości miłego spędzenia świątecznego dnia”, iż nawet „trudno wymieniać wszystkie”.
Nie ulega wątpliwości, że „najmilszą rzeczą pod słońcem” jest spacer, szczególnie „w Parku Oliwskim” – cóż jednak zrobić, jeśli słońca nie ma w ogóle? W deszczu nawet znane z „najliczniejszych i najmilszych wycieczek i spacerów” oliwskie zoo (gdzie „pan lew bardzo lubi gości”) przestaje być atrakcyjną miejscówką.
Ale nad morzem „każdy zresztą da sobie radę” – „byle pogoda dopisała”. Lecz jeśli nie dopisze, nawet wtedy „polecamy czytelnikom kina Trójmiasta, teatry i kawiarnie”, choć „o tej porze roku to już naprawdę ostateczność”. Tyle że kawa z kawiarni może być tańsza od tej z domowego młynka.
Jednak najlepiej relaksować się wśród zieleni – tymczasem z tą też nie dzieje się najlepiej. Mnożą się wypadki „przechodzenia przez ulicę w miejscu wysadzonym krzewami”, nie brakuje też osób sprzedających na „pęki gałązek brzozy i modrzewia”. Najczęściej zerwanych w miejscach publicznych… A przecież „tego rodzaju niszczenie roślinności w najbliższym otoczeniu miasta (…) jest również szkodnictwem”! Tylko „pięknie utrzymane łaciate krowy, rozkosznie się pasące w centrum Wrzeszcza, w pobliżu Teatru Wybrzeże”, zdają się być z całej tej sytuacji zadowolone…
Nie jest jednak łatwo „na utrzymanie zieleni przeznaczać rokrocznie ogromne sumy” w sytuacji, gdy z samym też budżetem nie zawsze jest najlepiej. W Gdańsku, gdzie „ojcowie miasta” uchwalają go dopiero „po dwudniowych obradach”, już wiadomo, że na wszystko pieniędzy nie starczy.
Nie ma środków na odbudowę teatru na Targu Węglowym (nadal też nie wiadomo, czy go „zburzyć zupełnie, czy też zostawić resztki wypalonych kikutów?” oraz czy „odbudować takim, jaki był, czy przebudowywać?”). Tymczasem nie jest to jedyny gdański teatr „w planach budowy”: „drugi planowany jest na 1000 miejsc (na razie nie ma lokalizacji)”, a ponadto „w mieście (…) powinno być więcej teatrów mniejszych”. Ministerstwo Kultury powinno „zrozumieć rzeczywiste potrzeby Wybrzeża i nareszcie przestać lekceważyć Gdańsk i jego mieszkańców.”
Podobnie jak Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych, która kolejny już raz przystępuje do „jakichś tam robót torowych”. I kolejny też raz – „jak to zwykle bywa” – zaplanowane roboty przewlekają się w nieskończoność i trudno się pogodzić z „bagatelizowaniem pasażerów” (nawet jeśli są „dziwakami”) i nieustannym „narażaniem ich na nieoczekiwane oczekiwanie na pociąg”.
Tym bardziej że w Gdańsku z czekaniem na pociąg też kicha… No bo jak tu czekać, skoro nawet gazety nie można poczytać, bo kiosk na peronie należy do Przedsiębiorstwa… Unikania Książki i Prasy. Trzeba jednak przyznać, że gdański dworzec oferuje wiele innych udogodnień dla podróżnych, choć „warto zwrócić uwagę na jeden brak, który można bardzo łatwo usunąć”. Mowa tu o „otwarciu punktu aptecznego z gotowymi lekami” – „pomysł to zresztą nienowy, tego rodzaju placówki już dawno pracują na dworcach warszawskich i m.in. w Poznaniu.”
„Śladem innych miast” można by też pomyśleć o innych, niż tylko dworcowych, udogodnieniach dla mieszkańców Gdańska i gości, nawet – „idąc za przykładem Poznania” – o telewizji! Może jednak, zwłaszcza w obliczu nadchodzących wakacji, warto najpierw zadbać o „stan sanitarny Gdańska”, który „mimo pewnej poprawy od ub. r.”, wciąż „daleki jest od ideału”. I o prawdę zawartą na szyldach…
Źródło: „Dziennik Bałtycki” nr 118 z 18 maja 1956 r., nr 119 z 19 maja 1956 r., nr 121 z 22 maja 1956 r., nr 125 z 27 maja 1956 r., nr 126 z 28 maja 1956 r., nr 127 z 29 maja 1956 r., nr 128 z 30 maja 1956 r. i nr 129 z 31 maja 1956 r. Skany pochodzą z Bałtyckiej Biblioteki Cyfrowej.