Osiem lat orzekania w SN, z czego sześć na stanowisku I Prezesa. Łącznie 36 lat w sądownictwie — taki dorobek ma Małgorzata Manowska, której 26 maja skończyła się kadencja I Prezesa Sądu Najwyższego.

— Nie ma takiego bezpośredniego kontaktu z Nawrockim, jaki chciałaby mieć, to spora różnica kultur — tak o relacji Manowskiej z prezydentem mówi nam jeden z polityków obozu rządzącego, znający realia w SN.

— Jakieś tam przeloty jednak u niego ma, Nawrocki jest skłonny jej słuchać w kluczowych sprawach związanych z prawem, bo sam ani nie ma od tego ludzi, ani bladego pojęcia. Sprawa Kapińskiego dobitnie to pokazała — dodaje.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo — Jakby miała zdolność honorową, to by odeszła w stan spoczynku. Tak robili chyba wszyscy inni I Prezesi SN. Ale cóż, widocznie rachunek jej się nie bilansuje — dodaje nie bez ironii sędzia, który zgodził się z nami porozmawiać. — To nie znaczy jednak, że nie będzie próbować dalej rządzić, tyle że z tylnego siedzenia. Czyli sterować Kapińskim. Po to go przecież popierała, ale on może ją niemile zaskoczyć. To taka trochę cicha woda jest — podkreśla nasz rozmówca. „Jest fotel do wzięcia, ale trzeba chwilę poczekać”

Sędziowie Sądu Najwyższego zaznaczają, że Manowska może mieć ochotę zająć kolejne eksponowane stanowisko w tym sądzie. — Do wzięcia jest fotel prezeski Izby Cywilnej, z której jest Manowska — mówi nam jeden z sędziów. — Tyle że trzeba poczekać, bo kadencja obecnej prezeski, Joanny Misztal-Koneckiej, kończy się za rok. A przecież pani Manowska może sobie w SN siedzieć jeszcze co najmniej trzy lata — wskazuje.

Inny rozmówca dodaje, że gdyby do tego doszło, to nie wróży to nic dobrego dla Izby Cywilnej. — Za czasów, gdy pani Manowska była I Prezes, to we wszystkich izbach narosły straszne opóźnienia. Ona po prostu średnio umiała zarządzać — twierdzi i dodaje, że Manowska stawiała na „swoich” i bała się, że „stara gwardia” może sabotować jej decyzje.

„Dwa plemiona” w Sądzie Najwyższym

Za czasów Małgorzaty Manowskiej w Sądzie Najwyższym doszło do podziału na „starych” sędziów oraz tzw. neosędziów z upolitycznionej Krajowej Rady Sądownictwa. — Jesteśmy jak dwa plemiona. Nie ma nic, co mogłoby nas łączyć, my z nimi w ogóle nie rozmawiamy — słyszymy.

Jako że nowy I Prezes Zbigniew Kapiński to także neosędzia, podział najpewniej okaże się trwały. Przynajmniej do czasu, aż możliwe stanie się przywrócenie standardów w SN, czyli uregulowanie statusu neosędziów. Do tego niezbędna jest ustawa, a prezydent Nawrocki nie podpisze żadnych przepisów, które uderzałyby w status „neonów”, choć oba europejskie trybunały uznały ich powołania za z gruntu wadliwe.