Jak wynik referendum w Krakowie wpłynął na lokalną i krajową politykę.
Dlaczego progi frekwencyjne w referendach lokalnych budzą kontrowersje.
Które miasta są potencjalnie kolejnymi celami referendów odwoławczych.
Co oznaczają zmiany w przepisach dotyczących kadencji samorządowców.
Nie milkną komentarze po ostatnim referendum odwoławczym w
Krakowie, w którym niespełna 30 proc. mieszkańców miasta doprowadziło do zakończenia krótkiej prezydenckiej kariery Aleksandra Miszalskiego z Koalicji Obywatelskiej. Jedni mówią o sile oddolnej mobilizacji, inni podkreślają, że formalno-prawna konstrukcja takiego
referendum jest zaprzeczeniem demokracji i zielonym światłem dla garstki krzykaczy, którzy dostają skuteczne narzędzie do wywracania sytuacji w samorządzie do góry nogami. Po odwołaniu Miszalskiego w mieście muszą się odbyć przyspieszone wybory. Niewykluczone, że zakończą się one ponowną wygraną kandydata związanego z KO lub inną partią z obecnego układu władzy w kraju. W praktyce chwila euforii opozycji może za kilka tygodni całkowicie obrócić się przeciwko niej.
Krakowskie referendum dodało wiatru w żagle ugrupowaniom walczącym w Warszawie z
Donaldem Tuskiem i koalicją rządzącą. PiS ogłosiło, że porażka Aleksandra Miszalskiego to pierwszy krok do klęski obecnego premiera jesienią 2027 roku. Na tym jednak nie koniec, bo już teraz pojawiają się zapowiedzi zorganizowania referendów odwoławczych w innych miastach, gdzie rządzą samorządowcy związani z KO. W tym kontekście wymienia się Wrocław, Lublin, Rzeszów czy Białystok, ale lista może jeszcze się wydłużyć.
Kolejne referendum w Radomiu? Już zbierają podpisy
W Radomiu trwa już zbiórka podpisów za odwołaniem prezydenta Radosława Witkowskiego. Wśród organizatorów akcji referendalnej jest Marek Woch, były kandydat na prezydenta Polski i szef Bezpartyjnych Samorządowców. W rozmowie z naszym portalem przypomina, że referendum w sprawie odwołania włodarza Radomia będzie ważne, jeżeli weźmie w nim udział ok. 37 tys. mieszkańców.
To właśnie przepisy, szczególnie te dotyczące wymaganej frekwencji, budzą największe emocje. Referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta, burmistrza lub wójta jest ważne, jeśli weźmie w nim udział co najmniej 3/5 liczby wyborców uczestniczących w wyborach, w których został wybrany, a większość głosujących poprze jego odwołanie. To dlatego tak wiele wątpliwości pojawiło się po referendum krakowskim.
W ostatnich wyborach samorządowych w Krakowie zagłosowało ponad 264 tys. mieszkańców, co oznacza, że do ważności referendum potrzebne było 158 tys. oddanych głosów. Do urn poszli jednak niemal wyłącznie przeciwnicy KO i Miszalskiego. Jego zwolennicy referendum zbojkotowali. Robiąc inaczej podwyższaliby frekwencję, a to działałby na niekorzyść urzędującego prezydenta. W Krakowie bojkot jednak nie pomógł.
„To patologia. Trzeba to odwrócić”
Sprawa progu frekwencyjnego wywołuje spore kontrowersje. Dla jednych jest on zbyt niski, dla innych za wysoki. W praktyce w referendach lokalnych biorą udział tylko zwolennicy jednej strony, a głosowanie zamienia się w konfrontację między tymi, którzy idą do lokali wyborczych, a tymi, którzy zostają w domach.
Socjolog dr Jan Śpiewak ze stowarzyszenia Wolne Miasto Warszawa uważa, że w przypadku referendum odwoławczego nie powinno być żadnego progu frekwencyjnego. – Powinno się go znieść całkowicie. Jedna strona walczy o frekwencję, a druga strona o demobilizację. To patologia. Trzeba to odwrócić i sprawić, aby te referenda działały tak, żeby obie strony mobilizowały się i przekonywały do swoich programów – ocenia.
Historia głosowań w Polsce potwierdza jednak, że odwołanie włodarza w referendum jest bardzo trudne i najczęściej kończy się fiaskiem, właśnie z powodu nieosiągnięcia i tak stosunkowo niskiego progu frekwencyjnego. W 2025 roku udało się to w Zabrzu. Po niespełna roku sprawowania funkcji popierana przez KO Agnieszka Rupniewska straciła stanowisko prezydenta miasta. Mieszkańcy zdecydowali o jej odwołaniu w referendum, w którym frekwencja wyniosła zaledwie 25,22 proc. Triumf PiS był jednak krótki, bo w przyspieszonych wyborach ich kandydat nie wszedł nawet do drugiej tury.
Jedno z najgłośniejszych referendów odwoławczych odbyło się w 2013 roku w Warszawie. Choć wyniki głosowania były jednoznaczne, ówczesną prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz uratowała zbyt niska frekwencja, która wyniosła 25,66 proc. przy wymaganym progu 29,07 proc. Z kolei najsłynniejsze udane referendum odbyło się w 2010 roku w Łodzi. Związanego z PiS prezydenta Jerzego Kropiwnickiego odwołano ze stanowiska przy frekwencji niewiele przekraczającej 22 proc.
We Wrocławiu nie udało się zebrać podpisów
Sama frekwencja w referendum to jednak nie wszystko, bo najpierw inicjatorzy muszą zebrać odpowiednią liczbę podpisów pod wnioskiem, a to często okazuje się najtrudniejsze. Aby zainicjować referendum w sprawie odwołania wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, trzeba zebrać podpisy co najmniej 10 proc. mieszkańców uprawnionych do głosowania w danej gminie. Wynika to z ustawy. W 2025 roku dwukrotnie próbowano odwołać prezydenta Jacka Sutryka, ale w obu przypadkach nie zdołano nawet zwołać referendum. – Przypomnę, że we Wrocławiu nie udało się zebrać podpisów, a przecież Jacek Sutryk był zatrzymany przez CBA i ma zarzuty korupcyjne – komentuje Jan Śpiewak.
W wyborach samorządowych w 2024 roku z Jackiem Sutrykiem rywalizowała posłanka Izabela Bodnar i choć przez chwilę wskazywana była jako faworytka, to ostatecznie przegrała z dotychczasowym prezydentem w drugiej turze głosowania. W rozmowie z naszym portalem Bodnar przekonuje, że referenda powinny być traktowane poważnie przez rządzących. – W bieżącej kadencji zorganizowano 36 takich referendów, ale tylko trzy zakończyły się skutecznie, w tym właśnie referendum w Krakowie. To pokazuje, że mieszkańcy nie sięgają po ten instrument pochopnie, ani pod wpływem chwilowych emocji – ocenia.
Izabela Bodnar podkreśla, że wynik każdego takiego referendum nie jest dziełem przypadku i trzeba ten rezultat uszanować. – Żeby referendum było ważne, konieczna jest mobilizacja społeczna i udział co najmniej 3/5 liczby wyborców uczestniczących w poprzednich wyborach. Jeżeli lokalna społeczność potrafi osiągnąć taki poziom mobilizacji, to jest to wyraźny sygnał, że w mieście narosły emocje i trzeba je skonfrontować. Wynik referendum odwoławczego zawsze jest formą społecznej oceny dotychczasowych rządów. To mieszkańcy najlepiej wiedzą, czy czują się wysłuchani, czy widzą rozwój swojego miasta, czy mają poczucie sprawczości i dialogu z samorządem. Jeżeli większość obywateli decyduje się powiedzieć „dość”, politycy mają obowiązek ten sygnał przyjąć z pokorą i wyciągnąć z niego wnioski – dodaje.
Wotum zaufania w samorządzie? „Jest czysto polityczne”
Podobnego zdania jest burmistrz Przasnysza, Łukasz Chrostowski. W jego ocenie obecne przepisy dotyczące wymaganych progów są prawidłowe, a ostateczny wynik takiego głosowania, dzięki konieczności uzyskania wspomnianych 3/5 głosów, oddaje obiektywizm całego procesu. Samorządowiec z Mazowsza zwraca jednak uwagę na inny element prawa, który może wpływać negatywnie na sprawne działanie władz lokalnych. Chodzi o wotum zaufania. – Jest ono czysto polityczne. Jeśli burmistrz nie chce współpracować z radą miejską, która ma większość, to jest to skrzętnie wykorzystywane, aby zastraszyć wójta, burmistrza czy prezydenta. Takie przypadki są praktykowane nawet w naszym lokalnym środowisku. Przynajmniej raz w długiej kadencji są wójtowie i burmistrzowie, którzy tego wotum nie otrzymali. Tak być nie powinno – podkreśla.
Chrostowski przypomina, że istnieje inne narzędzie, które umożliwia rzetelną ocenę pracy rządzących. – Absolutorium jak najbardziej tak. Regionalna Izba Obrachunkowa, czyli eksperci, którzy znają się na tym, jak zarządzać budżetem, mogą taką opinię wydać – zauważa.
Marek Woch z Bezpartyjnych Samorządowców przekonuje, że największym problemem nie są same procedury i przepisy związane z organizacją referendów, ale próby ingerowania w sprawy lokalne przez polityków z ul. Wiejskiej. – Politycy z centrali mieszają się w samorządy, a one, zgodnie z rozdziałem w konstytucji i ustawami, mają się same rządzić. I o to chodzi, a nie o progi referendalne – stwierdza. I dodaje: – Pomieszano rolę parlamentarzystów z rolą wójta. Przyjeżdża poseł i mówi, gdzie w gminie ma być chodnik. On nie ma prawa w to ingerować, a przez czeki i różnego rodzaju instrumenty finansowe narzuca, co ma robić wójt czy burmistrz. Tak nie może być.
Kraków areną krajowego starcia
Przykład z Krakowa w dużej mierze potwierdza tę obserwację, bo po udanym odwołaniu w referendum Aleksandra Miszalskiego najważniejsi politycy z kraju prężą muskuły i przygotowują się do przyspieszonych wyborów w mieście, traktując je jako poligon eksperymentalny przed starciem w 2027 roku.
Pochodzący z Lublina kandydat PiS na premiera
Przemysław Czarnek już teraz apeluje do liderów Konfederacji o sojusz w walce o odbicie Krakowa z rąk koalicji Donalda Tuska. – Miasto musi być zarządzane tak, jak powinno być zarządzane. Żeby tak było, trzeba wybrać prezydenta. W imieniu Prawa i Sprawiedliwości, jako wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości, w uzgodnieniu z panem prezesem Jarosławem Kaczyńskim i panem Piotrem Milowańskim, sekretarzem generalnym naszych struktur, zwracam się do Krzysztofa i do Sławka – do Krzysztofa Bosaka i do Sławka Mentzena. Zwracam się do Konfederacji: Krzysiu, Sławku, wybierzmy wspólnego kandydata na prezydenta Krakowa – wzywał w piątek poseł PiS.
Po porażce Miszalskiego premier Tusk poinformował, że wyznaczył na funkcję komisarza Stanisława Kracika, dotychczasowego zastępcę prezydenta Krakowa. Przedterminowe wybory w mieście muszą odbyć się w ciągu 90 dni od referendum.
Wielka zmiana, ale dopiero w 2029 roku
Duża zmiana w samorządach nastąpiła w 2018 roku podczas rządów PiS. Przegłosowano wówczas przepisy, które wydłużyły czas rządów samorządowców z 4 do 5 lat, ale jednocześnie ograniczyły go do dwóch kadencji. Wcześniej wójt, burmistrz czy prezydent miasta mógł być wybierany przez mieszkańców niemal dożywotnio. Jacek Majchrowski, czyli poprzednik Aleksandra Miszalskiego w Krakowie, rządził miastem przez 22 lata. Poprzednik Konrada Fijołka w Rzeszowie, Tadeusz Ferenc, sprawował urząd przez 19 lat. Ze stanowiska prezydenta miasta zrezygnował, mając 81 lat. Jednym z rekordzistów był jednak Zygmunt Frankiewicz, który rządził Gliwicami przez 26 lat.
Teraz jest senatorem i liderem Nowej Polski.
Choć po sukcesie referendum krakowskiego PiS już teraz chce odwoływać wielu prezydentów związanych z Koalicją Obywatelską, to i tak w wielu przypadkach ich czas na stanowisku bezpowrotnie minie w 2029 roku. Jeżeli obecnej koalicji Donalda Tuska nie uda się zlikwidować obowiązującej dwukadencyjności w samorządach, to za trzy lata ze swoimi ratuszami pożegnają się Rafał Trzaskowski, Hanna Zdanowska, Aleksandra Dulkiewicz, Jacek Jaśkowiak czy Tadeusz Truskolaski. Taki sam los spotka dziesiątki wójtów i burmistrzów z mniejszych miejscowości. W praktyce oznacza to, że walka o samorządy będzie rozstrzygać się nie tylko przy okazji referendów, ale również poprzez obowiązkową wymianę części lokalnych elit politycznych. W wielu miastach wybory w 2029 roku otworzą nowy rozdział niezależnie od bieżących sporów między rządem a opozycją.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET