Warszawa dołącza do miast, które ograniczają nocną sprzedaż alkoholu. Samorządy przekonują, że chodzi o bezpieczeństwo i porządek, jednak lekarze studzą oczekiwania. Medonet zapytał prof. Leszka Czupryniaka o to, co naprawdę zmienia nocna prohibicja — i czego absolutnie nie zmieni.

Magdalena Żmudziak, Medonet.pl: Warszawa od 1 czerwca ogranicza nocną sprzedaż alkoholu. Czy według pana to faktyczna walka z problemem, czy raczej ruch pod publiczkę?

Prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak: Na pierwszy rzut oka to rozwiązanie jest po prostu korzystne. Ograniczamy dostęp do substancji, której nadużywanie generuje realne problemy. I to ma bardzo konkretne przełożenie na porządek publiczny. Ktoś, kto nie kupi alkoholu o północy — zwyczajnie go nie wypije. A ci, którzy kupują alkohol w nocy, robią to najczęściej po to, żeby wypić go od razu, często poza domem. I wtedy zaczynają się kłopoty.

Dlatego takie ograniczenia mogą zmniejszyć liczbę incydentów w przestrzeni publicznej czy liczbę pijanych pacjentów trafiających na SOR. W tym sensie — to działa.

Czyli mniej nocnych burd, mniej chaosu, więcej spokoju pod oknami w środku nocy. A co z szerszym efektem — czy ta nocna prohibicja coś powie społeczeństwu?

Tak, i to jest drugi ważny element, bardzo wyraźny sygnał. Państwo czy samorząd komunikuje: picie alkoholu to nie jest neutralna sprawa. Wprowadzamy ograniczenia, więc pokazujemy, że to coś, co wymaga kontroli. I co istotne — takie działania są społecznie akceptowane, czyli wpisują się w pewien kierunek myślenia o zdrowiu publicznym.

To jest odwrót od podejścia „róbcie, co chcecie”. Wolność? Oczywiście. Ale nie wtedy, kiedy zaczyna kosztować innych — choćby w postaci problemów w szpitalach czy zakłócania porządku. Więc to działa na poziomie norm: pokazuje, co jest w porządku, a co już nie bardzo.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

No dobrze, ale najważniejsze pytanie brzmi: czy to ograniczy picie Polaków?

Nie. I tu trzeba to powiedzieć bardzo jasno — to nie jest narzędzie do walki z alkoholizmem. Osoba, która chce pić, po prostu kupi alkohol wcześniej. Dokładnie tak samo, jak było z zakazem handlu w niedzielę — ludzie nie przestali kupować, tylko zmienili dzień zakupów. Z alkoholem jest tak samo. Kto pije okazjonalnie, zaopatrzy się wcześniej. Kto jest uzależniony i wypija codziennie pół litra, zrobi dokładnie to samo, tylko przed godziną zamknięcia sklepu.

Dlatego nie łudźmy się: skala alkoholizmu od tego nie spadnie ani trochę. To jest raczej działanie porządkowe i edukacyjne, ale jako realne narzędzie walki z uzależnieniem to po prostu nie zadziała.

Nocna prohibicja nie uleczy alkoholizmu. W takim razie, po co ją wprowadzać? Czy chodzi tylko o to, żeby pod oknem nie było imprezy w środku nocy, żeby było ciszej i bezpieczniej na ulicach?

Też, ale jest jeszcze jeden element: polityczny. To jest wygodne do pokazania — można powiedzieć: „Działamy, walczymy z problemem”. Taki trochę listek figowy. Tylko byłoby dużym błędem myślenie, że to dotyka sedna problemu. Bo nie dotyka.

Gdzie w takim razie leży sedno? Co naprawdę ogranicza używanie alkoholu?

Po pierwsze — edukacja od najmłodszych lat. I to nie straszenie, tylko tłumaczenie. Medycyna dziś mówi jasno: nie ma bezpiecznej dawki alkoholu, kropka. Dlatego najlepiej nie pić w ogóle. Druga rzecz to ograniczanie dostępności w sensowny sposób. Nie przez zakazy totalne — bo to już było i wiemy, czym się kończy — tylko na przykład przez całkowity zakaz reklamy alkoholu.

A co z osobami, które już są uzależnione?

To jest ciężka choroba, z której człowiek sam się nie wygrzebie. A systemowo właściwie nie mamy dla takich osób realnego wsparcia, miejsc, gdzie można się leczyć, jest za mało i nie działają na wystarczającą skalę. Do tego dochodzi chaos w szpitalach. Pacjenci trafiają na zwykłe oddziały, po kilku dniach wchodzą w zespół odstawienny i zaczynają zagrażać innym. Tego problemu w ogóle się nie widzi. Powinny istnieć wyspecjalizowane miejsca — coś w rodzaju „izb wytrzeźwień plus” — gdzie pacjent jest pod opieką medyczną, w odpowiednich warunkach. I trzeci element: systemowe, dostępne leczenie uzależnienia. To byłaby realna walka z alkoholizmem.

Czyli nocna prohibicja to…?

Drobny ruch, który poprawi komfort życia mieszkańców. Ale to jest troska o spokój w mieście, a nie o zmniejszenie skali alkoholizmu. I tak to trzeba uczciwie nazwać.

Upraszczając: problem nie zniknie, ale przynajmniej zamkniemy pijanych w domach?

Trochę tak to wygląda. Tylko że z drugiej strony — jeśli ktoś już ma być pijany, to lepiej, żeby był pijany w domu niż na ulicy. To nie rozwiązuje problemu, ale ogranicza jego skutki dla innych ludzi.

Tydzień przed Warszawą nocną prohibicję wprowadził Lublin. Tuż po weekendzie pojawiły się statystyki mówiące o tym, że pijanych pacjentów przyjętych na SOR było znacznie mniej niż chociażby tydzień przed wprowadzeniem ograniczeń. Myśli pan, że nocna prohibicja uspokoi także sytuację w szpitalach?

Tak, ale nie dlatego, że ludzie nagle przestaną pić alkohol. Oni go przestaną pić w przestrzeni publicznej, a to właśnie tacy pacjenci najczęściej trafiają na SOR: nie ci, którzy upiją się w domu, ale ci, którzy „odpadną” na ulicy.

Po wprowadzeniu nocnej prohibicji w Lublinie znacząco spadła liczba mandatów za picie alkoholu w przestrzeni publicznej — w weekend odnotowano ponad trzykrotnie mniej wykroczeń niż tydzień wcześniej. Zakaz sprzedaży alkoholu obowiązuje od godz. 23. do 6. w sklepach i na stacjach paliw, ale nie dotyczy lokali gastronomicznych. Służby i szpital zauważyły też mniej interwencji oraz pacjentów pod wpływem alkoholu, co potwierdza pierwsze efekty nowych przepisów.

Jak duży jest dziś problem alkoholu w Polsce?

Gigantyczny. Mówimy o milionach ludzi, którzy piją systemowo. To widać codziennie w szpitalach, bo trafiają do nas pacjenci z konsekwencjami zarówno ostrego, jak i przewlekłego picia: marskość wątroby, uszkodzenia wątroby, ostre zapalenia trzustki. Na moim oddziale, gdzie jest prawie 40 łóżek, zawsze mam kilku takich pacjentów. Część z nich już nawet nie pije od lat, ale choroby zostały. Kardiomiopatia alkoholowa, niewydolność wątroby — to są trwałe skutki (TUTAJ przeczytasz więcej o objawach chorej wątroby).

Gdzie w tym wszystkim jest odpowiedzialność? Bo często słyszymy: „Moja sprawa, moje zdrowie”.

Tak, tylko że skutki picia alkoholu ponosimy wszyscy. Leczymy przecież tych pacjentów w publicznym systemie. I oczywiście — leczymy też palaczy, nikt tego nie kwestionuje. Ale powinniśmy jednak mówić o odpowiedzialności, bo nie da się jednocześnie mówić „piję, bo to moja wolność” i ignorować fakt, że koszty tego ponosi całe społeczeństwo.

Ile to wszystko kosztuje?

Za dużo. W jednym z raportów roczne koszty picia alkoholu w Polsce oszacowano na około 160 mld zł.

To są kwoty porównywalne z budżetem NFZ. Co kryje się za tą kwotą z perspektywy szpitala?

Bardzo konkretne rzeczy. Mam pacjentów, którzy, mówiąc brutalnie, zajmują łóżka, które mogłyby służyć innym chorym, wymagającym leczenia szpitalnego i dobrze rokującym. Oczywiście ich też leczymy, to nie podlega dyskusji. Ale problem polega na tym, że nie mamy odpowiednich miejsc do leczenia choroby alkoholowej. I to jest systemowy brak.

Czyli z jednej strony mówimy o kosztach liczonych w miliardach, a z drugiej — o bardzo konkretnym „zablokowanym” łóżku tu i teraz?

Właśnie. To się przekłada bezpośrednio na funkcjonowanie całego systemu ochrony zdrowia. I dlatego bez stworzenia wyspecjalizowanych miejsc leczenia uzależnień ten problem będzie się tylko przenosił — z ulicy do szpitala, ze szpitala z powrotem do domu.

Panie profesorze, jacy pacjenci trafiają do pana na oddział? Jak wygląda ta rzeczywistość „od środka”?

Trafiają do nas ludzie w bardzo różnym stanie. Część jest po prostu pijana, z wysokimi promilami. Ale są też tacy, którzy pili kilka dni wcześniej i przychodzą już z powikłaniami — często bardzo ciężkimi. Najgorsze są dwa stany: ostre zapalenie trzustki i ostre, toksyczne uszkodzenie wątroby. W obu przypadkach można umrzeć.

Jak często się to zdarza?

To kilka zgonów rocznie na oddziale.

A jeśli ktoś nie trafia z ostrym stanem, tylko z wieloletnimi skutkami picia alkoholu?

To są dramatyczne obrazy. Wczoraj wypisywaliśmy pacjenta z zaawansowaną marskością wątroby: 68 lat, ogromne wodobrzusze, praktycznie się nie porusza. Upuściliśmy około 15 litrów płynu z jamy brzusznej. Nie kwalifikuje się do przeszczepu, to właściwie nie jest życie. Trafił do szpitala drugi raz w ciągu miesiąca. Opiekuje się nim żona. Gdyby nie ona, pewnie już by nie żył.

Mówimy o liczbach, kosztach, systemie. A co alkohol robi z człowiekiem na najprostszym, fizycznym poziomie?

To działa bardzo prosto: najpierw jest chwila przyjemności, a potem trzeba za tę przyjemność zapłacić. I ta cena bywa straszna. Najbardziej widać to u pacjentów w zespole odstawiennym. Człowiek po alkoholu trafia do szpitala i nagle zaczyna się dramat. Jest pobudzony, agresywny, nie czuje bólu. Trzeba go czasem przywiązać do łóżka za cztery kończyny, bo inaczej zagraża sobie i innym. Czasem pięciu dorosłych mężczyzn nie jest w stanie takiego pacjenta opanować.

Mocny przekaz.

Mam mocniejszy. Jeśli ktoś chce umrzeć młodo, to droga jest bardzo prosta: pić dużo. Można umrzeć, mając 40-45 lat, na przykład na ostre zapalenie trzustki, i „ominąć” wszystkie inne choroby przewlekłe. Tylko że to nie jest szybka, „łatwa” śmierć. To jest śmierć w niewyobrażalnym bólu.

Prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak — specjalista chorób wewnętrznych i diabetologii, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak

Treści z serwisu Medonet mają na celu polepszenie, a nie zastąpienie, kontaktu pomiędzy Użytkownikiem a jego lekarzem. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjno-edukacyjny. Przed zastosowaniem się do porad z zakresu wiedzy specjalistycznej, w szczególności medycznych, zawartych w Serwisie należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.