Dziewczyna od wielu lat mieszka na krakowskim Kazimierzu przy ulicy Brzozowej, która łączy niejako Kazimierz ze Starym Miastem. Jest to ścisłe centrum, które w ciągu dnia stanowi atrakcję turystyczną, a nocą zmienia się w imprezownię.

Jeszcze przed pandemią podczas studiów pracowała w hotelu na recepcji. — W Krakowie sezon turystyczny zaczynał się w okolicach kwietnia i trwał do listopada. W tym czasie rotacja turystów była ciągła. Jeżeli chodzi o długość pobytów, to nie było reguły. Przeważały pobyty kilkudniowe. Najbardziej oblegane były weekendy — mówi. Po czasie koronawirusowego zamknięcia zmieniła pracę, więc nie orientuje się, jak sytuacja wygląda teraz, ale widzi, że w kamienicy naprzeciwko, gdzie znajdują się mieszkania wynajmowane na krótki termin, nie brakuje polskich turystów.

— Życie w centrum jest męczące. W ciągu dnia czasem irytujące są tłumy ludzi. Zdarza się, że ciężko jest przejść przez zatłoczone wąskie uliczki, bo ktoś postanowi zrobić sobie zdjęcie i po prostu stanie nagle na środku chodnika — opowiada.

— Irytujące bywają też rodziny z małymi dziećmi. Brzozowa jest boczną uliczką, a chodnik od ulicy dzieli wąski pas zieleni i czasem można zobaczyć, jak rodzice traktują tę zieleń jako toaletę dla swoich dzieci — mówi Ola i dodaje.

„Widziałam i słyszałam już chyba wszystko”

Jak opowiada, wieczorami bywa zdecydowanie gorzej. — Osoba, która lubi ciszę i spokój, raczej długo nie zagrzałaby tu miejsca. Zdecydowanie gorzej zachowują się turyści zagraniczni (prym wiodą Anglicy, według mnie prawdziwa plaga Krakowa). Szalona noc w obcym mieście sprawia, że całkowicie puszczają im hamulce. Przez te lata widziałam i słyszałam już chyba wszystko — przyznaje.

Wspomina, że w jej ostatnim miejscu pracy, wynajmowali turystom mieszkania na krótki termin na całym Starym Mieście i Kazimierzu. Biuro znajdowało się dosłownie pięć minut piechotą od jej domu, zlokalizowane w kamienicy z samymi lokalami użytkowymi.

— W niedzielny poranek, wchodząc do pracy, zauważyłam, że na dziedzińcu leży stanik, zużyta prezerwatywa, a obok plama wymiocin. Kogoś poniosła magia nocy — wspomina.

Kraków nocą

Karolina Walczowska / Onet

Kraków nocą

Cisza? Zapomnij

Jak podkreśla, hałas jest zdecydowanie największym problemem. — Często spotykam się ze stwierdzeniem, że w centrum już nikt nie mieszka. To jest bzdura. Mam bardzo dużo sąsiadów, którzy mieszkają tam od wielu lat. Wszyscy liczymy się z tym, że życie w centrum miasta nie będzie przypominać życia na wsi i nie będzie cicho. Mnie osobiście nie przeszkadzają normalne rozmowy pod oknami, śmiechy. Jednak w zdecydowanej większości ludzi alkohol wyzwala jakieś zwierzęce instynkty i nie wyobrażasz sobie, ile ludzi w nocy potrafi iść i po prostu krzyczeć, bez artykułowania jakichkolwiek słów lub śpiewać na całe gardło — opowiada.

Na koniec zwraca uwagę na śmieci. — W niedzielny poranek czasem ciężko wyjść mi z psem, bo wszędzie leży porozbijane szkło — kwituje.

„Każdy weekend to był dramat”

Podobne doświadczenia ma Asia, która na wyprowadzkę z poprzedniego mieszkania miała zaledwie kilka dni. Jedna ze znajomych szukała współlokatorek, więc bez większego namysłu klepnęła pokój przy ruchliwej ul. Wielopole w centrum Krakowa i odetchnęła z ulgą. — Co złego może się wydarzyć w jednej z najlepszych możliwych dla mnie lokalizacji, ze świetnym połączeniem komunikacyjnym dosłownie wszędzie, w otoczeniu sklepów i starej części miasta, które, mimo że to moje miasto rodzinne, codziennie mnie zachwycało? — wspomina.

Sielanka, jak opowiada, trwała do pierwszych cieplejszych dni i początku aktywności turystyczno-imprezowej. — Wiedziałam, że pokoje nad nami są przeznaczone na wynajem krótkoterminowy i zdarzają się tam imprezowicze, ale no przecież bez przesady! Jak ja się myliłam. Każdy weekend to był dramat — mówi wprost.

Kraków nocą

Karolina Walczowska / Onet

Kraków nocą

„Raz ktoś wywalił lodówkę przez okno”

— Gęsta mgła na klatce schodowej, która była mieszkanką oparów alkoholu i marihuany było najlżejszym przewinieniem przyjeżdżających. Wymiociny, walenie w drzwi w środku nocy, imprezy do białego rana. Raz ktoś wywalił lodówkę przez okno, ale to słyszałam tylko z zeznań świadków i miłego pana policjanta, który po zajściu pytał sąsiadów, czy czegoś akurat nie zarejestrowali. Na początku przychodzili często, wręcz z podejrzeniem, że maczałyśmy palce w tych imprezach, ale z biegiem czasu stwierdzili, że jesteśmy równie wkurzone co cała reszta mieszkańców — opowiada.

Jak wspomina, niektórzy sąsiedzi byli tak bardzo załamani sytuacją, że pewnego razu zaczepili ją i oskarżyli o współudział.

— Byłam w stanie zrozumieć bezsilność i poziom zdenerwowania sąsiada. Praktycznie cały czas było równo imprezowo i kolorowo. Powroty do domu w okolicy weekendów wiązały się z przebijaniem się przez patrol policji na sygnale — opowiada.

Widoki przez okno „fascynujące”

— Należę do sów, czyli najlepiej pracuje mi się w godzinach wieczorno-nocnych. O ile moja współlokatorka ubierała stopery i świat w nocy jej nie interesował, tak ja, mogłam zaobserwować fascynujące obrazy totalnie nawalonych ludzi wracających prosto z rynku na przystanek. Nie powiem, w pewnym momencie miałam ochotę zaproponować jakiemuś studentowi socjologii wynajęcie mojego okna, żeby biedak mógł prowadzić badana na temat zachowań stadnych homo sapiens. Oskarżenia o zdradę i okładanie torebką chłopaków próbujących odprowadzić swoje wybitnie upojone partnerki, walki w klimacie MMA, wyzywanie się na solo, ściąganie koszulek, „trzymajcie mnie, bo mu za**bię”, kontrola wyglądu koleżanki wracających z wieczoru panieńskiego, gdzie przyszła panna młoda z przekrzywioną koroną sika mi na wejście do klatki, a druhny próbują ją utrzymać w pionie… To tylko nieliczne z historii — wymienia i dodaje: — Szczerze mówiąc, z jednej strony mnie to bawiło, z drugiej zawsze trzymałam rękę na telefonie. Nigdy nie wiadomo, co komu do głowy wpadnie — przyznaje.

Słabość do miasta

— Im jestem starsza, tym coraz częściej myślę o wyprowadzce z centrum. Bywa to męczące, ale ma też swój niepowtarzalny klimat. Myślę, że niewiele ludzi może wyjść na szybki, poranny spacer z psem w okolicy Wawelu. Patrząc na betonozę polskich osiedli, ja naprawdę mieszkam w pięknym miejscu. Rzadko muszę korzystać z komunikacji miejskiej, bo na co dzień wszędzie dostaję się na piechotę. Coś za coś. Latem przy otwartym oknie ciężko jest się wyspać — mówi Ola.

Asia postanowiła się przeprowadzić. — Mieszkamy również w centrum, blisko najruchliwszych ulic Krakowa, jednak teraz sytuacja jest zupełnie odwrotna. Cisza, spokój, piękny ogród schowany między kamienicami. No i sąsiedzi, którzy są cudowni i pomocni, a i przymykają oko, jeśli sama robię imprezę — uśmiecha się.

Listy do redakcji. Wasze doświadczenia

Mieszkaliście w sąsiedztwie turystów? Macie podobne doświadczenia, co nasze rozmówczynie? A może zupełnie inne — nigdy nie mieliście problemu z turystami odwiedzającymi miasto? Na wasze relacje czekamy pod adresem: karolina.walczowska@redakcjaonet.pl