Nocna prohibicja w całej Warszawie obowiązuje od 1 czerwca. Zakaz sprzedaży alkoholu jest teraz w całym mieście od godz. 22 do 6 rano.

Politycy Koalicji Obywatelskiej przekonują, że prohibicja spełnia swoje główne założenia: zmniejsza się liczba interwencji policyjnych i zwiększa bezpieczeństwo na drogach. Jak jednak opisuje „GW” jednocześnie spełniły się przewidywania przeciwników tej inicjatywy. Wystarczył zaledwie tydzień, by w Warszawie pojawił się drugi obieg sprzedaży alkoholu.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Skutki uboczne

W sieci zaroiło się od „e-melin”. To profile internetowe, które oferują usługę zakupu alkoholu z dowozem. Propozycje tego typu pojawiają się m.in. w mediach społecznościowych.

Mieszkańcy stolicy mogą zakupić pół litra wódki w cenie od 50 do 70 zł, w zależności od marki, piwo za co najmniej 7 zł czy różowe wino za 40 zł. Realizujący zamówienie dolicza do ceny trunku koszt dojazdu, który nie przekracza 15 zł. „GW” opisuje, że zainteresowanie jest naprawdę duże i zdarzają się wieczory, szczególnie w weekendy, kiedy dostawcom kończy się towar.

Na sprawie korzystają również dilerzy narkotyków, którzy handlują w internecie. W związku z coraz większą popularnością „e-melin” wielu z nich rozszerzyło swoją „ofertę” o napoje wyskokowe.

Stały kurs taksówkarzy

W nielegalną sprzedaż alkoholu wciągnięci zostali także taksówkarze. Nocnej prohibicji nie wprowadziły bowiem wszystkie gminy należące do aglomeracji warszawskiej. Alkohol po godz. 22 nadal można kupować m.in. w Starych Babicach, Piastowie czy Izabelinie. Popularnym punktem stała się stacja benzynowa przy ul. Estrady, która leży już na terenie Mościsk.

Jak opisuje „GW” taksówkarze coraz częściej proszeni są o kurs właśnie w to miejsce. — Co trzeci pasażer pytał o alkohol, żeby go zawieźć na stację albo żeby przywieźć alkohol. Najpierw jeździłem na Mościska albo do Babic. W piątek już miałem kilka swoich flaszek — mówi w rozmowie z dziennikiem jeden z kierowców jeżdżących samochodem na aplikację.