W mieszkaniu podpalił ciało i uciekł. Współlokatorów nie było akurat w domu. Jedna z sąsiadek zauważyła dym wydoby­wający się spod drzwi i wezwała strażaków. To oni dokonali makabrycznego odkrycia. Zaczęło się śledztwo i poszukiwania. Kajetan P. zniknął. Prokuratura szybko wydała za nim list gończy.

Tymczasem na jaw wychodziło coraz więcej szcze­gółów z życia Kajetana P. Studiował filologię klasyczną i dziennikarstwo. Udzielał się aktywnie w pracach kultu­ralnego koła naukowego, prowadził portal „Książę i że­brak”, zamieszczał swoje teksty w roczniku „Meander” Polskiej Akademii Nauk. Pisał m.in. recenzje filmów kryminalnych oraz wiersze. Fascynowała go postać Hannibala Lectera, bohatera książki „Milczenie owiec” Thomasa Harrisa oraz filmu pod tym samym tytułem. Stąd jego przydomek nadany przez media — „Hannibal z Żoliborza” lub „Polski Hannibal Lec­ter”.

Za sprawą europejskiego nakazu aresztowania wize­runek Kajetana P. pojawił się na liście najbardziej nie­bezpiecznych przestępców. Wystawiono za nim także czerwoną notę Interpolu. W poszukiwania Kajetana P. zaangażowało się także FBI. Był ścigany w 190 kra­jach. Ruszyły za nim dwie wyspecjalizowane grupy polskich śledczych — „łowcy cieni”, czyli funkcjonariusze z Wydziału Operacji Pościgowych CBŚP oraz ich koledzy z Ze­społu Poszukiwań Celowych z Poznania, czyli „łowcy głów”.

Tomasz, łowca cieni: Dowiedziałem się, że zaczynamy akcję, kiedy by­łem na urlopie i oglądałem główne wydanie jednego z pro­gramów informacyjnych. Usłyszałem tam, że Kajetan uciekł za granicę i sprawę przejmują łowcy cieni. Wróciłem z urlopu i wzięliśmy się do roboty. To było tydzień po zbrodni. Z monitoringu wiadomo było, że z Warszawy pojechał pociągiem do Poznania, a stamtąd do Berlina. Poszukiwa­nia zaczęliśmy od przeglądania monitoringu na Dworcu Cen­tralnym w Warszawie. Nagrania naprowadziły nas na pociąg, którym poszukiwany udał się do Poznania. W tym mieście również przejrzeliśmy monitoring z dworca i ustaliliśmy, że wyjechał do Berlina.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Pojechaliśmy więc do Niemiec. Oficer łącznikowy polskiej policji skontaktował nas z miejscową po­licją. Pojawił się pewien problem — wspominałem wcześniej o policji landowej: nie wiadomo było, który land miał się tym zająć. Mówili, że się zajmą, ale pociąg jechał do Hamburga, więc pytali, skąd wiemy, że wysiadł w Berlinie. Cały dzień przeglądaliśmy więc nagrania z monitoringu dworca w sto­licy Niemiec. Jakość była tragiczna, ale widać było, że wysiadł z pociągu w Berlinie.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kulisy działania łowców cieni. „Zawsze coś pozostawia ślad”

Anna, łowczyni cieni: Po przeanalizowaniu kilku godzin nagrań wiedzie­liśmy, jak się porusza, w jaki sposób się zachowuje i na co zwraca uwagę. Dziwnie się zachowywał, bo podszedł do schodów ruchomych, które jechały do góry, zatrzymał się, popatrzył, jakby się na parę chwil zawiesił. Nie wszedł na nie, poszedł w inną stronę, zjechał innymi schodami na dół i znik­nął. Te kamery nie były ustawione na ciągi komunikacyjne, tylko na sklepy, więc mieliśmy problem z ustaleniem kierunku, w którym się udał. Takie ustawienie kamer spowodowało, że na jakiś czas go zgubiliśmy. Potem docierało mnóstwo infor­macji w związku z tym, że sprawa była medialna. Przyszedł donos, że był widziany w Monachium, więc tam pojechaliśmy. Spotkania z miejscową policją, ustalenia, ale nic z tego.

Książka Piotra Halickiego pt. „Łowcy cieni. Kulisy działania najbardziej tajemniczej jednostki policji” będzie miała premierę 17 czerwca br., ale już teraz można zamówić ją tutaj! "Łowcy cieni" - okładka książki

Partner Wydawnictwo Otwarte

„Łowcy cieni” – okładka książki

Tomasz: Pamiętam, że wpłynęła do policji ciekawa informa­cja od Polki, która na stałe mieszkała we Włoszech. Kobieta je­chała autobusem rejsowym do Bolonii i była pewna, że Kajetan również nim jechał. Zwróciła uwagę, że mówił po włosku tak, jak osoba, która zna łacinę. On akurat znał. Zaczęli rozmawiać, a on się pytał, co ciekawego do zwiedzenia jest w Bolonii. Ona powiedziała mu, że na przykład Teatr Anatomiczny, czyli miej­sce, gdzie przeprowadzane były publiczne sekcje zwłok. Za­uważyła u niego wtedy dziwny entuzjazm, ożywienie, jakby nie­naturalne zainteresowanie. Zapamiętała to. Zapewniała, że to był Kajetan, choć rozpoznała jego twarz dopiero później w me­diach.

Kajetan P. konwojowany do Polski

www.policja.pl

Kajetan P. konwojowany do Polski

„W hotelu szybka przepierka bielizny. Jeden w zlewie, drugi w bidecie”

Tomasz: Z Monachium pojechaliśmy więc do Bolonii. Mieliśmy tam spotkanie z włoską policją kryminalną z wydziału zabójstw. Przyjechaliśmy w sobotę, spotkanie umówili na niedzielę. Co mogli, to nam na miejscu posprawdzali, ale powiedzieli, że prio­rytetowo zajmą się tym od poniedziałku. Wiadomo, jak to jest z południowcami, oni się nigdy nigdzie nie spieszą. A przecież chodziło o czas…

Dostaliśmy wtedy informację, że lektorka, którą zamor­dował Kajetan P., miała partnera mieszkającego w Rzymie. Żeby więc tych włoskich policjantów zmobilizować i wzbudzić u nich jakąś chęć przyspieszenia pracy, podrzuciliśmy zagadkę: dziwne, że ten, który zabił, przyjeżdża do Włoch, a jej chłopak mieszka we Włoszech. Dlaczego? Podaliśmy im nazwę miej­scowości pod Rzymem, w której ten mężczyzna mieszkał, su­gerując, że może też chcieć mu zrobić krzywdę. We Włoszech każdy, kto melduje się w hotelach czy apartamentach, musi podać swoje dane, do których dostęp ma policja. Sprawdzili. „O mama mia!” — okazało się, że nocował w Rzymie, więc od razu zapalili się do pracy. Mieliby problem, gdyby nie zapo­biegli kolejnemu morderstwu.

Anna: Kiedy byliśmy w Bolonii, już po tym spotkaniu w wy­dziale zabójstw, w poniedziałek dotarła do nas informacja od kolegów pracujących nad sprawą w Warszawie, że prawdo­podobnie poszukiwany udał się na Maltę. Odpuściliśmy więc Rzym i pojechaliśmy od razu na wyspę.

Tomasz: Pamiętam, że jak wyjeżdżaliśmy, to dostałem pole­cenie spakować się na cztery dni. Już zapowiadało się, że będzie dużo więcej, więc skoczyliśmy na szybko do supermarketu po proszek do prania. W hotelu szybka przepierka bielizny. Jeden w zlewie, drugi w bidecie. Nie wyschło przez noc, więc dosu­szaliśmy na siedzeniach podczas jazdy samochodem.

Sensacyjne ustalenia Onetu i Gońca: gangsterzy od afery podkarpackiej byli tajnymi współpracownikami polskiego państwa „Był tutaj, wymeldował się dziś rano — usłyszeliśmy od właścicielki pensjonatu”

Przejechaliśmy z Bolonii przez całe Włochy, potem pro­mem na Sycylię, a stamtąd też promem na Maltę. Anna od razu wykonała telefon do policjanta Joe’go pracującego w ENFAST, który był na Malcie: „Jest u ciebie na wyspie nasz poszukiwany, blokujcie porty, lotnisko, roześlij list goń­czy do wszystkich, żeby nikt go nie wypuścił. My już do was jedziemy. Będziemy promem o 22.30”. Trochę się baliśmy, że przy tej całej długiej trasie, przy tych ograniczeniach pręd­kości, nie zdążymy na prom. Ale jakoś się udało. Joe już na nas czekał, odebrał nas z portu, zarezerwował hotel w do­brej cenie, gdzie brat jego szwagra był menedżerem. Byli­śmy potwornie zmęczeni, więc wszędzie na ulicy widzieliśmy Kajetana.

— Był, był, wsiadł do tego autobusu — krzyknął mój kolega.

— Joe, widzieliśmy go, wsiadł do tego autobusu nr 10, je­dziemy za nim! — krzyczeliśmy przez telefon do tego miejsco­wego policjanta.

Dogoniliśmy autobus, Joe zajechał mu drogę, zablokował przejazd. Wskoczyli we dwóch do autobusu, sprawdzili tego pasażera, ale okazało się, że to jednak nie on.

Anna: Joe zorganizował nam na rano spotkanie w komen­dzie głównej. Rzeczywiście nieźle zadziałał, bo mieliśmy do dyspozycji praktycznie wszystkich policjantów na Malcie: kry­minalnych, antynarkotykowych, cyber, ekonomię — wszyst­kich. Przekazaliśmy im nasze informacje i w ciągu dwóch godzin wytypowali hotel, w którym Kajetan mógłby być. Po­jechaliśmy tam.

— Tak, był tutaj, wymeldował się dziś rano — usłyszeliśmy od właścicielki pensjonatu. — Powiedział, że przez te kilka dni zobaczył już wszystko na Malcie, więc teraz chce jechać gdzieś dalej.

Tomasz: Czuliśmy, że jesteśmy tuż za nim. Joe zapewnił, że lotnisko ogarnięte i na pewno tą drogą się nie wydostanie. W ta­kim razie uznaliśmy, że jedziemy do portów i na dworce. We dwóch pojechaliśmy taksówką, żeby nie pokazywać radiowozu na polskich numerach, do terminalu promowego. Dwóch poli­cjantów z Poznania pojechało do polskiej ambasady, bo pojawiły się też ustalenia, że będzie chciał wyjechać do Maroka albo do Tunezji, ale nie ma paszportu. Rzeczywiście okazało się, że był w polskiej ambasadzie — dwie godziny wcześniej. Próbował wy­robić paszport, bo chciał dotrzeć do Tunezji. Stwierdził, że zgu­bił albo że mu skradziono. Nie udało się jednak, bo trzeba mieć zaświadczenie z policji, że się utraciło dokument.

Nie wiem, dlaczego nikt go tam nie rozpoznał. Może nie oglądali telewizji. W tej polskiej ambasadzie powiedzieli mu, chyba tak na odczepnego, żeby spróbował jeszcze w tunezyj­skiej. Policjanci maltańscy pojechali z dwójką naszych do am­basady Tunezji. I okazało się, że pół godziny przed nimi wyszedł.

— Zwróciłem na niego uwagę, bo dziwnie się zachowywał, jakoś tak nerwowo — powiedział nam ochroniarz z ambasady. — Obserwowałem go, bo zastanawiałem się, czy czegoś nie od­wali. Ale wyszedł — dodał.

Pokój po nim nie był jeszcze posprzątany, więc chłopaki przegrzebali cały kosz na śmieci. Znaleźli paragony na bilety komunikacyjne, więc wiadomo było, że jeździ busikami. Na Malcie jest ciekawy układ transportu publicznego: jest cen­tralny dworzec autobusowy, do którego zjeżdżają się wszyst­kie linie. Jak promienie słońca. Wiadomo więc było, że musi jechać na ten główny dworzec, żeby się gdziekolwiek ruszyć. To my biegiem i od razu chłopakom z Poznania daliśmy znać, żeby udali się na ten dworzec.

„Był bardzo zaskoczony, zwłaszcza, jak usłyszał: na ziemię, k***a!”

No i się pojawił. Zauważyliśmy go, jak wysiadł z autobusu. Rozpoznaliśmy go bez problemu, bo nie dość, że i tak był charakterystyczny z twarzy i postury, to jeszcze był w takiej rzucającej się w oczy kurtce — parce z futrzanym kołnierzem i pomarańczową podpinką. Na Malcie było ciepło, jakieś 18–19 stopni, więc w tej typowo polskiej zimowej kurtce rzu­cał się w oczy. A pomarańczowa podpinka to była jak latarnia w tym tłumie ludzi. Formalnie zatrzymali go policjanci mal­tańscy. Bardzo był zaskoczony, zwłaszcza jak usłyszał z naszej strony „na ziemię, k….”. Był w szoku.

— Skąd wy jesteście? — zapytał.

— Przyjechaliśmy za tobą — odpowiedzieliśmy.

Kajetan P. konwojowany do Polski

www.policja.pl

Kajetan P. konwojowany do Polski

Nie był agresywny, nie stawiał oporu, ale miał dziwny wzrok, więc musieliśmy go tam jeszcze trochę popilnować. Myślę, że gdyby miał możliwość, to podjąłby próbę ucieczki z dworca. Widziałem to w jego oczach. Tak się rozglądał, nie patrzył na nas, tylko w te luki między nami, jakby sprawdzał, gdzie tu się można wyrwać. Kiedy już miał kajdanki, chyba zrezygnował z próby ucieczki.

Anna: Wyjeżdżając z Polski, byliśmy tydzień za Kajeta­nem P. Podobnie w Berlinie. Ale to się cały czas zmieniało. We Włoszech ten dystans skrócił się do trzech dni. Na Maltę przy­jechał już dwa dni przed nami. Kiedy pojawiliśmy się w hotelu, w którym nocował, spóźniliśmy się trzy godziny — o godzinie 11 wymeldował się, a my byliśmy tam o 14. Potem, jak wypły­nęła informacja, że był w konsulacie tunezyjskim, okazało się, że wyszedł 20 minut przed nami. Ten dystans zmniejszał się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, a później już z minuty na minutę. Kiedy okazało się, że jesteśmy tak blisko, to były już ogromne emocje i adrenalina.

„Złapaliśmy go w ostatniej chwili”

Tomasz: Teoretycznie kiedy policjanci z Malty zatrzymali Kajetana P., nasza misja się skończyła. Zabójca trafił do aresztu, gdzie miał czekać na zakończenie procesu ekstradycji. Ale tro­chę jeszcze zostaliśmy na wyspie. Na przykład po to, by spraw­dzić w prokuraturze, czy możemy zabezpieczyć nóż, który miał przy sobie, bo może to narzędzie zbrodni. Potrzebny też był europejski nakaz dochodzeniowy, żeby wykonać pewne czyn­ności, bo okazało się, że wydana na szybko ENA zawierała błąd. Zostaliśmy więc jeszcze dzień, żeby dopilnować, czy na pewno nie zostanie wypuszczony. Baliśmy się, że wyjdzie jakieś małe formalne niedopatrzenie i sędzia go wypuści. Na szybko wy­dawany był więc ten nowy ENA. Zabezpieczyliśmy też ubrania i wszystkie przedmioty, które Kajetan P. miał przy sobie.

Zastanawialiśmy się, jaki miał plan. Bo bez paszportu nie mógł legalnie dostać się do Afryki. Mógł próbować uciec jedną z tych łodzi, które nielegalnie przewożą migrantów. Bo prze­cież jak przypływa łódka z 10 osobami na wyspę, to z powro­tem jednego za opłatą nie zabiorą? Później już się dowiedzie­liśmy, co chciał zrobić. Jeżeli jego planem była ucieczka do Tunezji, to złapaliśmy go w ostatniej chwili.

Zadaj pytanie Piotrowi Halickiemu o łowców cieni, i nie tylko, w serii Q&A