Ile jeszcze wypadków i potrąceń musi się wydarzyć, by system wreszcie dostrzegł problem? Nikt nie spodziewał się, że zwykły spacer stanie się sportem ekstremalnym, a chodnik – areną walki o zdrowie. Przez lata powrót do domu piechotą był raczej synonimem spokoju, tymczasem dziś piesi zostali bezpardonowo zepchnięci do defensywy. Staliśmy się „zwierzyną łowną” na płytach chodnikowych, które bezczelnie zaanektowały pędzące, kilkusetwatowe potwory. Ich użytkownicy, chronieni rajdowymi kaskami, denerwują przechodniów i robią sobie z nich pachołki do ominięcia podczas manewrów. Czas zapytać wprost: o co chodzi z tym brakiem odpowiedzialności, gdzie zakłada się kask, by chronić siebie, kompletnie ignorując tych dookoła?
To nie zielone „pchełki” na minuty nas terroryzują. Prawdziwy problem ma grube opony
nie, to nie miejsce dla nich
84%
tak, ale podlegając radykalnym ograniczeniom prędkości
12%
tak, nie dostrzegam tu problemu
4%
„Czy wyście wszyscy poszaleli?!” – to zdanie ciśnie się na usta każdemu, kto próbuje po prostu przejść sto metrów po chodniku w Gdańsku. Słowa te padają z bezsilności, kiedy zza pleców, bez żadnego ostrzeżenia, wyjeżdża obok nas cichy pocisk na dwóch kółkach, mijając nas i otaczających przechodniów jak słupki.
Zanim wylejemy wiadro pomyj na bogu ducha winnych studentów czy turystów, poruszających się na ogólnodostępnych hulajnogach z wypożyczalni – to nie systemy sharingowe są tu głównym katem pieszych. Korporacyjne maszyny na minuty są dziś cyfrowo „smyczowane”, bo są naszpikowane technologią GPS, która w strefach gęstego ruchu pieszego, na deptakach czy starówkach, automatycznie zwalnia je do tempa bezpiecznego truchtu.
Choćbyś dusił manetkę do oporu, system ci na to nie pozwoli. Prawdziwy horror na chodnikach ma zupełnie inne oblicze i są to potężne, prywatne „motohulajnogi” terenowe, które z delikatnym miejskim jednośladem mają wspólną już tylko nazwę. Mówimy o potworach o mocy zdecydowanie większej, wyposażonych w grube, szerokie koła, potężne amortyzatory i konstrukcję, która gabarytowo bardziej przypomina spalinowy skuter niż zabawkę.
Ich właściciele, nieobjęci żadnym centralnym cyfrowym ogranicznikiem prędkości, potrafią mknąć między pieszymi kilkadziesiąt kilometrów na godzinę. To nie jest mikromobilność. To ciężkie pojazdy mechaniczne, które bezczelnie wepchnęły się tam, gdzie ludzie próbują po prostu spacerować.Kaski na głowach, ale pieszy zostaje bezbronny
Miało być łatwiej niż rowerem – tyle że niewielu użytkowników miejskiej mikromobilności rozumie, że przestrzeń publiczna to nie ich prywatny plac wyścigowy i są miejsca, w których powinno się zwolnić. Najbardziej fascynuje ta absurdalna mentalność współczesnych „motohulajnogarzy”. Obwieszają się gadżetami jak na Rajd Dakar: profesjonalny kask, ochraniacze, rękawice, a niektórzy nawet głośnik w plecaku. No brawo, pełen profesjonalizm.
Tylko oni zabezpieczają wyłącznie siebie, zdejmując z siebie jakąkolwiek odpowiedzialność za ruch „chodnikowy”, jednocześnie nie zdejmując ręki z manetki przy mijaniu pieszych. To, że pan kierujący jednośladem nie rozbije sobie czaszki przy upadku, nie oznacza, że wszystko jest w porządku. Twój kask nie chroni starszej pani, którą właśnie ominąłeś o centymetry, ani dziecka, które nagle zmieniło kierunek marszu. Oni nie chodzą w kaskach.

Chodnik stał się strefą wojny nerwów. Ludzie na widok zbliżającej się hulajnogi dosłownie uciekają na boki, schodząc na trawniki. Nie ma w tym żadnej przesady, to czysty instynkt przetrwania. Pieszy, zamiast czuć się swobodnie, musi mieć oczy dookoła głowy i permanentnie kontrolować przestrzeń, jakby spacerował poboczem autostrady, a nie miejskim deptakiem.
Czas na kaski dla przechodniów? Paradoks
Jest w tym wszystkim jakieś totalne odwrócenie pojęć i upadek elementarnej empatii. Ustępując miejsca pędzącym maszynom, nie robimy tego z grzeczności. Przeciwnie – uciekamy w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości, oddając przestrzeń, która z definicji należy do wszystkich. Bo jest w tym coś, o czym rzadko się mówi wprost: motohulajnogi na chodnikach w obecnej formule to po prostu patologia. Zwykły, bezwzględny dyktat prędkości.
Poruszanie się po mieście przestało być bezpieczne, stało się kolejnym wyzwaniem. Czy zdążysz odskoczyć? Czy pan w kasku wyhamuje? Czy dziecko nie wpadnie pod koła? Chodnik, w tym układzie, to niebezpieczna strefa. A człowiek ma prawo zwyczajnie chcieć… przejść się po swoim mieście bez konieczności kalkulowania ryzyka wypadku.
Jednak czy domaganie się wyrzucenia hulajnóg z chodników to zacofanie i walka z postępem? A człowiek nowoczesny powinien akceptować nowe formy transportu, nie narzekać na drobne niedogodności, bo od tego jest dynamiczny rozwój metropolii? To pytania, które brzmią dumnie – dopóki nie zapyta się, czemu właściwie kosztem tego postępu ma być zdrowie najsłabszych. Bo postęp zakłada, że życie staje się lepsze, a nie bardziej stresujące. Tymczasem chodnik to nie ulica, to przestrzeń, która w teorii jest naszą wspólną, bezpieczną strefą, by właśnie uniknąć potencjalnego potrącenia. Jeśli zamieniła się w kolejny punkt zapalny na mapie miasta, to nie jest objaw nowoczesności. To objaw tego, że system poważnie rozminął się z celem.
Nieważne, czy poruszasz się o kulach, prowadzisz wózek, czy po prostu spacerujesz z psem – prawo do bezpiecznego chodnika nie jest przywilejem.
To nie brak kultury. System stworzył „potwora”?
Spojrzenie na ten chodnikowy klincz wyłącznie przez pryzmat braku kindersztuby i egoizmu młodych ludzi to publicystyczna łatwizna, która kompletnie ślizga się po powierzchni zjawiska. Człowiek w mieście nie funkcjonuje przecież w próżni moralnej – on po prostu, z czysto pragmatycznego punktu widzenia, kolonizuje wolne nisze, które zostawił mu bezwładny system. Skoro przez lata państwo i wielkomiejskie samorządy fundowały instytucjonalną anomię, abdykując z roli regulatora przestrzeni publicznej, to pretensje o to, że młodzi i dynamiczni tną po płytach chodnikowych ile fabryka dała, są ślepe.
Człowiek na „motohulajnodze” optymalizuje swój czas. Skoro sieć ścieżek rowerowych przypomina dość rzadki archipelag, a na ulicę nie może wjechać, to co ma zrobić? Brak twardych regulacji konstytuuje nową normalność. Efekt już znamy.