Przedstawiciel inwestora tłumaczył się „pośpiechem”, a miasto przez wiele miesięcy inwestycji nie dostrzegało. Cezary Krzysik, dyrektor techniczny Oktan Energy, przekonywał, że prace ruszyły bez zezwoleń, bo spółce „zależało na czasie”.

Dopiero protesty mieszkańców i nagłośnienie sprawy przez media sprawiło, że wszelkie decyzje wstrzymane zostały na 18 miesięcy. Sprawą zajęła się też prokuratura. To jednak niejedyna inwestycja spółki, która budzi zainteresowanie służb.

Oktan Energy ma też problemy z inną istniejącą już bazą paliw na terenie szczecińskiego portu. Według ustaleń „Wyborczej” część instalacji mogła powstać na gruncie, do którego spółka nie miała tytułu prawnego.

Sprawa trafiła do sądu, a dziś analizuje ją Naczelny Sąd Administracyjny. Równolegle nadzór budowlany ponownie bada inwestycję, a w grę wchodzą decyzje dotyczące już istniejącej infrastruktury — włącznie z możliwością jej rozbiórki.

To właśnie ten powtarzający się schemat — od sporów o legalność inwestycji, przez działania organów nadzoru, po wieloletnie postępowania sądowe — sprawia, że działalność spółek powiązanych z rodziną Bobrków przestaje być wyłącznie prywatnym biznesem.

Dlatego w Onecie ujawniamy tajemnice rodziny Bobrków. W tle jest rodzinny biznes, afera paliwowa i tajemniczy wypadek motorówki, w którym zginęła 10-letnia dziewczynka.

Zacznijmy jednak od początku. Jest maj 1999 r. 37-letnia Iwona Bobrek zaczyna właśnie pracę w szczecińskim urzędzie. Składa w magistracie informacje do akt osobowych w sprawie prowadzenia działalności gospodarczej. Wymagają tego przepisy. Branża: doradztwo ekonomiczne.

Przez ponad 25 lat pracy nigdy jednak tych informacji nie aktualizuje. Szczeciński magistrat nie wie więc — przynajmniej oficjalnie — np. o spółkach, których udziały przejęła, a które stopniowo doprowadziły ją na listę najbogatszych Polek.

Iwona Bobrek w szczecińskim magistracie przepracowała 26 lat (zdjęcie z 2010 r.)

Cezary Aszkiewłowicz / Agencja Gazeta

Iwona Bobrek w szczecińskim magistracie przepracowała 26 lat (zdjęcie z 2010 r.)

Nie wie też o tym, że przez kilka miesięcy była wiceprezesem spółki BGM Petrotrade Poland. Tej samej, która pojawiała się w tym czasie w kontekście głośnej afery paliwowej, a której prezesem dotąd był Jan Bobrek — medialny „baron paliwowy”, a prywatnie mąż urzędniczki.

Baronowie, alchemicy, sądy

Iwona Bobrek do zarządu BGM wchodzi dokładnie w tym momencie, w którym znika z niego jej mąż. Jest październik 2002 r. Kilka miesięcy po wybuchu tzw. afery paliwowej, w której jednym z głównych „baronów” jest właśnie Jan Bobrek.

W internecie o aferze paliwowej można przeczytać wiele. O tym, że podczas komisji sejmowej Jan Bobrek nie był zbyt rozmowny, albo o tym, jak po półtora roku w areszcie zaczął sypać pozostałych „alchemików”. Opowiadał o wpłatach na partie polityczne i konkretnych polityków. Można przeczytać też o tym, że 20 czerwca 2018 r. został uniewinniony przez krakowski sąd.

18 czerwca „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że Bobrek domaga się nawet wielomilionowego odszkodowania za areszt, cierpienia i straty finansowe. Proces toczy się przed krakowskim sądem.

Jan Bobrek w 2005 r. podczas komisji śledczej ds. Orlenu

Andrzej Rybczynski /bp/ / PAP

Jan Bobrek w 2005 r. podczas komisji śledczej ds. Orlenu

Tyle tylko, że dokładnie miesiąc po tym, jak krakowski sąd uniewinnił „szczecińskiego barona”, całkiem odmienny wyrok zapada w Szczecinie. Bobrek zostaje skazany za przestępstwa związane z branżą paliwową w spółce BGM.

Tych informacji próżno szukać w prasie. Onet dociera jednak do treści wyroku skazującego.

20 lipca 2018 r. sąd w Szczecinie uznaje, że Jan Bobrek senior (syn nosi to samo imię) winny jest kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, która miała na celu przejęcie należnych Skarbowi Państwa świadczeń w postaci podatków: od towarów i usług oraz akcyzowego. Straty szacowane są na miliony zł.

Szczeciński sąd uznaje, że grupa kierowana przez Bobrka m.in. importuje do Polski olej ciężki bazowy, a następnie sprzedaje go jako olej napędowy. Do tego dochodzi pranie pieniędzy, wystawianie lewych faktur, fałszowanie dokumentów. Wyrok: 3,5 roku bezwzględnego więzienia.

To o tyle sensacyjne, że większość aktów oskarżenia w tzw. aferze paliwowej na etapie rozpraw sądowych się nie utrzymała — przynajmniej dla tych na szczycie drabiny. Sądy zarzucały prokuraturom rażące błędy.

Mimo apelacji, 23 stycznia 2020 r. wyrok zostaje utrzymany. Jan Bobrek powinien trafić do więzienia, ale nigdy tam nie dociera.

Tragedia na wodzie

Nie pozwala na to jego stan zdrowia. Sąd przekonać o tym mają liczne zaświadczenia lekarskie. Ze względu na szczególną wrażliwość danych medycznych nie będziemy podawać dokładnych schorzeń. Dość jednak powiedzieć, że chodziło zarówno o sferę fizyczną, jak i psychiczną.

Przez kolejne miesiące sąd odracza wykonanie kary. Powód cały czas jest ten sam: Bobrek jest zbyt chory, by trafić do zakładu karnego. Jednocześnie na tyle zdrowy, że wsiada za stery swojej nowej łodzi motorowej i powoduje śmiertelny wypadek.

Łódź kupił rok wcześniej. Nowoczesna, z mocnym silnikiem. Część tych, którzy z nim pływali, zezna później w prokuraturze, że „zawsze lubił prędkość” i że chwalił się, że przepłynięcie ze Stepnicy do Trzebieży zajęło mu mniej niż 10 min. Średnio ta trasa to od 20 do 40 min rejsu.

Feralnego dnia na pokładzie poza Janem Bobrkiem jest siedem osób: to najbliżsi współpracownicy Bobrka z dziećmi. W sumie dwie rodziny.

Wypadkiem na Jeziorze Dąbskim żyje cała Polska. 2020 r., pandemia. W Szczecinie przewraca się motorówka. Ginie 10-letnia dziewczynka, która utknęła w kabinie dziobowej jednostki.

Ci, którzy próbowali dziewczynkę wydobyć, opowiedzą później, że początkowo odpowiada na ich wezwania. Kiedy łódź zaczyna się przewracać, w kabinie wytwarza się śluza powietrzna. Dziewczynka stuka w ściany kabiny. Przez jakiś czas słychać też jej nawoływanie. Muł, przewrócona łódź i przedłużająca się akcja ratunkowa, nie dają jej jednak szans na przeżycie. 10-latka tonie.

Kiedy prokuratura występuje do sądu z wnioskiem o areszt dla sternika, jego obrońcy znów podnoszą argument dotyczący stanu zdrowia. Sąd do tej argumentacji się przychyla. Zaznacza dodatkowo, że Jan Bobrek ma stabilne życie i prowadzi biznes, więc nie ma obaw o ucieczkę.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Dwie bitwy Jana Bobrka. W tle „kryzys zdrowotny” i opinie biegłych

Faktycznie, Bobrek nie ucieka. Walczy jednak teraz na dwóch frontach: z sądem o kolejne odroczenia kary za kierowanie grupą przestępczą i z prokuraturą, która stawia mu zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym.

W tej drugiej batalii prawnicy dawnego „barona paliwowego” sięgają po różne techniki procesowe: próbują odsunąć prokuratora od śledztwa, zarzucają prokuraturze „medialny lincz”.

W jednym z pism ówczesna pełnomocniczka biznesmena przekonuje, że prokurator „naraził życie i zdrowie podejrzanego osadzeniem w izbie zatrzymań i wnioskiem o areszt”.

W piśmie do Zbigniewa Ziobry (który był wtedy ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym) wnioskuje o przeniesie sprawy ze względu na „brak bezstronności”. Pełnomocniczka Bobrka pisze nawet do Sądu Najwyższego w sprawie zgody na pociągnięcie prokuratora prowadzącego sprawę do odpowiedzialności karnej. To wciąż etap śledztwa.

W dokumentacji, z którą zapoznał się Onet, pojawiają się również informacje o poważnym kryzysie zdrowotnym, do którego miało dojść w listopadzie 2020 r. — tuż po tym, jak sąd tym razem nie zgodził się na kolejne odroczenie kary więzienia. Nie uwzględnił opinii lekarza, którą dostarczył Bobrek.

Po tym kryzysie do sądu spływają kolejne zaświadczenia. Stan biznesmena lekarze określają jako fatalny. Piszą, że z całą pewnością nie może on trafić do zakładu karnego, bo zagrażałoby to jego życiu i zdrowiu.

Z tymi opiniami nie zgadzają się jednak biegli lekarze sądowi, których do oceny stanu zdrowia Bobrka powołuje prokurator. Zwracają uwagę, że mimo tak trudnego stanu zdrowia Jan Bobrek nie trafił do szpitala, więc nie wymagał hospitalizacji, a pomoc udzielana była mu ambulatoryjnie jakiś czas po zdarzeniu.

Jan Bobrek w 2005 r.

Jacek Bednarczyk / PAP

Jan Bobrek w 2005 r.

Wskazują, że zarówno w aresztach śledczych, jak i zakładach karnych przebywają osadzeni z różnymi chorobami, w różnym stanie oraz że część zakładów penitencjarnych jest przystosowana właśnie dla schorowanych więźniów.

W tej opinii padają jeszcze dwa kluczowe zdania. Pierwsze mówi o tym, że biznesmen może uczestniczyć w postępowaniu oraz prowadzić obronę w sposób samodzielny i rozsądny. Drugie, że może przebywać w areszcie i odbyć karę więzienia.

Wcześniej pracownicy Bobrka (sami się tak określają, choć w tym czasie Jan Bobrek nie posiada już żadnych udziałów, ani nie zasiada w zarządzie żadnej ze spółek) zeznają, że był w dobrej kondycji i zachowywał się normalnie. Żadnych schorzeń u niego nie zauważyli.

„Zawsze pływał szybko”

Matka 10-latki, która zginęła, zezna później, że z Bobrkiem pływała już kilka razy. – Przez maksymalnie 10 minut płynęliśmy spokojnie. Później sternik dał gaz do oporu i płynęliśmy z maksymalną prędkością — opowiada.

Łódź wywraca się gwałtownie, gdy nagle skręca w prawo. Sternik nie zwalnia, więc siła jest tak duża, że tych, którzy są na pokładzie, wręcz wyrzuca do wody.

Jan Bobrek nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że płynął wolno, a łódź przewróciła się, bo trafiła w „podwodną przeszkodę”. Obwinia sitowie.

Rok 2020. Kilka dni po tragicznym wypadku. Ojciec 10-latki, która zginęła, w prokuraturze zeznaje: — Pracuję u Bobrka 12 lat (…). Są trzy spółki zależne od siebie: Oktan Energy, Arcturus oraz Arcturus Bunker. Ja pracuję we wszystkich trzech.

Po chwili dodaje: — Te firmy, o których mówiłem, są przepisane na dzieci Bobrka, ale on nimi nieoficjalnie zarządza.

— On trzyma wszystko, decyduje. Mnie zrekrutował, bo szukał ludzi, którzy będą pracować za standardową wypłatę, a jednocześnie podpisywać dokumenty. W końcu odszedłem. Oddałem wtedy wszystkie udziały — mówi Onetowi jeden z byłych „wspólników” jednej ze spółek. — To nie jest tak, że jesteś typowym „słupem”. Pracujesz normalnie. Ale wszelkie decyzje podejmuje Bobrek senior — dodaje.

W sprawie pojawia się jeszcze jeden wątek. Mąż kobiety, która zeznaje przeciwko Bobrkowi, cały czas pracuje w jego firmie. Do dziś zajmuje w niej wysokie stanowisko. To ojciec 10-latki, która zginęła.

— Mąż dalej pracuje dla pana Bobrka, ja nie utrzymuję z nimi kontaktu. Nie zależy mi, żeby trafił do więzienia. Jest mi tylko przykro, jak pan Bobrek kłamie, że było najechanie na coś, że on wtedy płynął wolno. To wszystko są kłamstwa. To jest żałosne — mówi w sądzie matka dziewczynki.

Zdanie dotyczące więzienia kobieta wypowiada nie bez powodu. To część ugody, którą wraz z mężem zawarła z Janem Bobrkiem. Zapłacił w sumie cztery mln zł zadośćuczynienia, a w zamian oboje zobowiązali się, że złożą stosowne oświadczenia, iż nie będą domagać się dla niego kary więzienia i nie będą mieli dalszych roszczeń.

Kogo Jan Bobrek zabierał na wakacje

W sądzie Bobrek nie pamięta, ile zapłacił. Może dwa, a może cztery mln zł? Mówi, że mu przykro, a wspomnienia tego dnia wciąż wracają. Przekonuje, że to jego najbliżsi współpracownicy. Ich dzieci były mu bliskie.

Byli nawet na wspólnych zagranicznych wakacjach. Dwóm czteroosobowym rodzinom zasponsorował je, mimo że — jak mówi — jego dochód miesięczny wynosi między 10 a 12 (tak zeznawał w prokuraturze) lub 15 (tak wyjaśniał w sądzie) tys. zł., sam Bobrek. To te same rodziny, które płynęły z nim motorówką.

Co ciekawe, na etapie zeznań w prokuraturze Jan Bobrek też zeznaje, że jest współwłaścicielem spółki Oktan, która zajmuje się handlem paliwami. W sądzie mówi już tylko o prowadzeniu działalności gospodarczej.

Dwa sądy, dwie decyzje

Sąd w pierwszej instancji przyznaje rację biegłym, którzy twierdzą, że biznesmen może trafić za kraty. Wymierza Bobrkowi karę dwóch lat bezwzględnego więzienia za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Jednocześnie uniewinnia go od zarzutu nieudzielenia pomocy dziewczynce.

Jest 16 października 2024 r. To o tyle ciekawe, że pół roku wcześniej inny sąd podejmuje całkowicie odmienną decyzję. Z kary 3,5 roku więzienia Bobrek zostaje warunkowo zwolniony z okresem próby do 2027 r.

To jednak nie koniec tej historii. Kiedy od wyroku w sprawie wypadku odwołują się obie strony — prokurator chciał dla Bobrka trzech lat więzienia — do Sądu Okręgowego w Szczecinie wpływa list.

Nadawcą jest ks. prałat Józef Roman Maj. Kartki z zeszytu wielkości A4, w kratkę, odręczne pismo. Swoje testimonium (z łac. świadectwo) duchowny zaczyna od tego, że rozmawiał zarówno ze skazanym Bobrkiem, osobami z jego otoczenia, jak i osobami ze świata nauki Uniwersytetu Warszawskiego.

Duchowny pisze, że apelacja prokuratury robi na nim „wrażenie bezdusznej i całkowicie niespójnej z posiadaną przez niego wiedzą”. W wyroku sądu I instancji dostrzega natomiast „jakby brak staranności, może pośpiech”.

Dodaje jeszcze, że wyrok uderza nie tylko w Jana Bobrka, ale też w osoby przez niego zatrudnione, choć, przypomnijmy, w tym czasie oficjalnie Bobrek nie jest udziałowcem, ani prezesem żadnej ze spółek. Oficjalnie prowadzi jedynie jednoosobową działalność gospodarczą.

Ks. Józef Roman Maj to postać nieprzypadkowa. Emerytowany już duchowny wciąż jest kapelanem krajowym Stronnictwa Pracy. To ugrupowanie polityczne, które jako jedyne ma własnego kapelana.

Stronnictwo Pracy to historyczna partia o profilu prawicowym i centroprawicowym, która w ubiegłym roku połączyła się z Bezpartyjnymi i Samorządowcami, Obozem Narodowym, Instytutem Myśli Kornela Morawieckiego oraz Republikanami.

Urzędniczka, której nikt nie zauważał

Wróćmy jeszcze do Iwony Bobrek. Próbowaliśmy czegokolwiek dowiedzieć się o „tajemniczej miliarderce”, ale zarówno wieloletni radni miejscy, jak i sami urzędnicy wydają się zaskoczeni jej nagłą karierą.

— Myślę, że większość radnych nie rozpoznałaby jej, nawet gdyby podsunąć im zdjęcie — mówią o Iwonie Bobrek radni, z którymi rozmawiamy.

Opisują ją jako rzeczową i profesjonalną. Taką, która nie budzi kontrowersji, nie wyróżnia się z tłumu. Na tyle, że przez ponad 25 lat jej pracy w magistracie nikt z nich nie zorientował się, że jest związana z Janem Bobrkiem, którego w 2002 r. media nazwały „baronem paliwowym”. Bobrkowie są małżeństwem od 1981 r.

— Taki typ księgowej. Schludnie, ale skromnie ubrana, zawsze lekko z tyłu. Nawet na oficjalnych wydarzeniach, jeśli była, to nigdy nie pojawiała się w pierwszym rzędzie — mówi nam wieloletni radny Szczecina.

Inny dodaje: — Była profesjonalna i rzeczowa. To dziwne, że przez tyle lat nawet w kategorii plotek nie pojawił się temat jej męża i majątku. Być może dlatego starała się nie rzucać w oczy?

Podobnie wśród samych urzędników. W magistracie słyszymy, że o powiązaniach Iwony Bobrek ze słynną „rodziną od paliw” dowiedzieli się dopiero, gdy Wprost opublikował najnowszą listę najbogatszych Polek.

Chcesz porozmawiać z autorką tekstu? Napisz: alicja.wirwicka@redakcjaonet.pl