We Wrocławiu wszystko zaczęło się ponad 30 lat temu, w 1995 roku, kiedy pierwsze, historyczne żużlowe Grand Prix wygrywał Tomasz Gollob. Wówczas na świat przychodził Bartosz Zmarzlik Stadion Olimpijski wcześniej i później był areną wielkich wydarzeń, które wspominamy latami. 300. jubileuszowy turniej Grand Prix będziemy też pamiętać długie lata.

Było w nim wszystko. Scenariusza tego wieczoru nie wymyśliłby nawet sam mistrz dreszczowców, Alfred Hitchcock. Na koniec widok tak wzruszonego zwycięzcy, Bartosza Zmarzlika to obrazek, który przejdzie do annałów polskiego sportu. Mistrz nad mistrzami tak długo czekał na triumf, że podczas odgrywania Mazurka Dąbrowskiego nie krył wzruszenia. Emocje były tak duże, że łamał mu się głos.

ZOBACZ WIDEO: Falubaz rzucił się na ich zawodników. Jaki był efekt?

300. runda Grand Prix powinna mieć swoją niepowtarzalną oprawę. Już sam fakt, że odbywała się we Wrocławiu zwiastował wyjątkowość. Stolica Dolnego Śląska była w 1997 roku doświadczona przez powódź. W sobotnie wieczór wydawało się, że Wrocław nawiedził armageddon.

Według niektórych danych na terenie Wrocławia spadło średnio od 30 do 40 litrów wody na metr kwadratowy powierzchni, a lokalnie nawet więcej. Pogotowie energetyczne odnotowało kilkadziesiąt zgłoszeń dotyczących zerwanych przewodów oraz zalanych urządzeń energetycznych. W pewnym momencie wydawało się, że wszystkie te nieszczęścia skumulowały się nad Stadionem Olimpijskim.

Zalany park maszyn, zawodnicy i mechanicy brodzący po kostki w wodzie. Podobnie reporterzy. W końcu decyzja o tym, by jechać zawody, która spotkała się z protestem żużlowców. Kolejna ulewa. Przekładane decyzje odnośnie początku zawodów, a kiedy już zawodnicy wyjechali pod taśmę startową, okazało się, że szwankują urządzenia elektryczne i nie działa maszyna startowa. Do elektryków pofatygowała się nawet Krystyna Rusko. Determinacja władz WTS-u Wrocław, całego sztabu organizatorów oraz samego Phila Morrisa, żeby odjechać te zawody w sobotni wieczór była gigantyczna.

Po tym, jak służbom technicznym przypomniano krótki instruktaż startowania zawodów za pośrednictwem… chorągiewki, nagle zaczęła działać maszyna startowa i rozpoczęto turniej Grand Prix jak na XXI wiek przystało. Na zegarze była 21:49. Normalnie o tej porze byłoby już po zawodach.

Wrocławski park maszyn Wrocławski park maszyn

Kiedy próbowano odjechać Grand Prix w ekspresowym tempie, by zakończyć zmagania przed północą, wydarzyło się kilka karamboli. Najgorzej wyglądał ten z udziałem Jasona Doyle’a i Jacka Holdera. Przerwa na naprawdę bandy pneumatycznej i udzielenie pomocy poszkodowany zawodnikom trwała dobre 20 minut.

Sympatia publiczności była mocno podzielona. Miejscowi fani trzymali kciuki bardziej pod kątem przynależności klubowej niż narodowej. Wybuch radości podczas kwalifikacji, gdy Robert Lambert  pokonał Bartosza Zmarzlika, eliminując Polaka z udziału w finale sprintu, był znamienny. Podobnie zresztą, gdy australijski ulubieniec wrocławskiej publiczności, Brady Kurtz wyprzedzał Polaka na dystansie w 16. wyścigu.

Koniec końców, główni faworyci pojechali w wielkim finale, a decydujący wyścig był majstersztykiem sześciokrotnego mistrza świata. Bartosz Zmarzlik wygrał w fantastycznym stylu, a ambitnie walczący o drugie miejsce Kurtz, zamiast na podium, skończył ostatecznie na czwartym miejscu i musiał oddać polskiemu mistrzowi złoty plastron lidera cyklu mistrzostw świata.

Jeszcze tak wzruszonego Bartosza Zmarzlika na podium nie widzieliśmy chyba nigdy, choć przecież Polak dokonywał już w karierze rzeczy wielkich i historycznych. Na ten triumf czekał jednak ponad rok czasu, przegrywając momentami seryjnie ze swoim wielkim rywalem, Brady Kurtzem.

Zmarzlik wzrusza się, gdy mówi o rodzinie. Podkreśla, że to synowie są jego motorem napędowym w drodze po bicie kolejnych rekordów. I wreszcie, pierwszy raz w karierze Zmarzlik z dwójką swoich latorośli stanął na najwyższym stopniu podium. Widok piękny i wzruszający, a Mazurek Dąbrowskiego, w trakcie którego Polak łamał się głos jest dowodem, jak wiele dla Zmarzlika znaczy orzełek na plastronie czy kasku.

Jeśli 300. turniej Grand Prix na żużlu miał przejść do historii nie tylko z uwagi na okrągłą liczbę, to życie i aura napisała najlepszy z możliwych scenariuszy. Tej rundy po prostu nie da się zapomnieć. Wrocław po raz kolejny udowodnił, że niemożliwe nie istnieje, a w tym turnieju było wszystko, co piękne i jednocześnie dramatyczne w żużlu.

Krew, pot i łzy. Dramat i nieszczęście tych, którzy doznali kontuzji, tytaniczna praca organizatorów i mnóstwo przeciwności losu, a na koniec cudowny i wzruszający finał. Zmarzlik na metę wjechał tuż przed północą po swoje 30. zwycięstwo w karierze. Na podium wchodził już w pierwszych minutach niedzieli. Rozpoczęta późno wieczorem w sobotę, a zakończona dekoracją już po północy Grand Prix była po prostu niewiarygodnym wydarzeniem.

Z Wrocławia, Maciej Kmiecik, dziennikarz WP SportoweFakty