Bartosz Zmarzlik po dwudniowym finale w Manchesterze tracił do pierwszego Brady’ego Kurtza trzy punkty. System jest tak skonstruowany, że jeszcze przed pierwszym wyścigiem we Wrocławiu mógł odzyskać plastron lidera, punktując w wyścigu sprinterskim. Tak się jednak nie stało, więc Polak był zdany na to, co wydarzy się wieczorem.
Zmarzlik zdobył 11 punktów i awansował bezpośrednio do finału. W nim wybrał czwarte pole i wygrał z dużą przewagą. Co więcej, Kurtz przyjechał czwarty, co oznaczało, że 6-krotny mistrz świata nie tylko odrobił stratę trzech punktów, ale jeszcze wywiózł taką samą zaliczkę. – To bardzo ważne zwycięstwo, bo ciśnienie rosło z dnia na dzień – przyznaje Stanisław Chomski w rozmowie z WP SportoweFakty.
OBEJRZYJ WIDEO: Pawlicki dostał pytanie o Unię Leszno. Tak zareagował
Wszystko zaczęło się właśnie w Manchesterze. – Ta wygrana wiele dla niego znaczy. Bardzo pechowo ułożyły się zawody w Manchesterze. Gdyby wypalił plan A, byłby w zupełnie innej sytuacji. Bartek musiał się położyć, gdzie dość mocno ucierpiała ręka i zajął czwarte miejsce. Drugiego dnia nie wytrzymał trudów finału. Prowadził zdecydowanie, ale później musiał jechać asekuracyjnie i stało się tak, jak się stało. Dziś udało mu się to odrobić. Dlatego o złocie zadecydują najmniejsze detale – podkreśla trener reprezentacji Polski na żużlu.
Zmarzlik w finale wybierał jako drugi. Do tej pory z uporem maniaka najczęściej stawiał na czwarte pole, co niejednokrotnie nie zdawało egzaminu. Kiedy Kurtz stanął na polu A, Zmarzlik nie miał wyjścia i musiał pójść pod płot. – Wiedział, że Brady weźmie pierwszy tor i jemu zostanie czwarty. Miał w głowie gotowy plan. Cieszymy się, że na terenie Brady’ego, na jego domowym torze, udało się wygrać i ponownie objąć prowadzenie w klasyfikacji – zaznacza Chomski.
– Pierwsze pole było bardzo dobre, tylko Bartek dużo lepiej wystartował z czwartego. To był klucz do sukcesu. Tym razem zdążył dojechać do płotu. To inna sytuacja, bo w Manchesterze spadł deszcz i wahał się czy nie wziąć pierwszego pola. Wydawało się, że nawierzchnia pod bandą będzie wystarczająca śliska. To są pewne wybory i odczucia zawodników, które później składają się na wynik – zauważa.
Dla Zmarzlika to nie tylko walka z Kurtzem, ale również z matematyką. Ta okazała się we Wrocławiu bardzo łaskawa. Kurtz początkowo jechał drugi, a finalnie skończył czwarty. To dla sytuacji w tabeli miało ogromne znaczenie. – Gdyby Bartek wygrał, a Brady był drugi, to odrobiłby tylko dwa punkty. Tak udało się nie tylko odrobić, ale nawet zbudować przewagę trzech punktów nad Kurtzem – dostrzega.
31-latek tak naprawdę uratował honor Biało-Czerwonych. Spośród reszty kadrowiczów brakowało choćby jednego kandydata do udziału w finale. Patryk Dudek i Maciej Janowski odpadli w niemrawym stylu w wyścigu ostatniej szansy, a Kacper Woryna oraz Dominik Kubera nawet się do niego nie zakwalifikowali.
– Wynik Bartka jest idealny, choć szkoda, że reszcie chłopaków nie poszło. Po kwalifikacjach i pierwszym wyścigu liczyłem na dużo więcej w wykonaniu Macieja Janowskiego. Po Patryku Dudku i Kacprze Worynie kibice pewnie też spodziewali się nieco więcej. Szczególnie Kacper miał taki bieg, gdzie prowadził, a finalnie przyjechał na czwartym miejscu. Tak wygląda jednak Grand Prix, gdzie każdy najmniejszy błąd jest wykorzystywany – kończy.