15 maja na blogu Kaycee pojawiło się zdjęcie róży i lakoniczne pożegnanie napisane przez jej bliskich: „dziękujemy za miłość, radość, śmiech i łzy. Będziemy cię kochać zawsze i na zawsze.” Dla setek osób, które nigdy nie spotkały dziewczyny osobiście, jej śmierć była ciosem — wielu wierzyło, że chorobę mimo wszystko uda się pokonać.

„Tak wiele osób wyciągnęło rękę do tej pięknej dziewczyny, tak pozytywnej w obliczu przeciwności” — wspomina Saundra Mitchell, blogerka z Indianapolis. To właśnie Mitchell, jako jedna z pierwszych, zaczęła wątpić w oficjalną wersję wydarzeń.

„Rozmawiałem z nimi jednocześnie”

Internet zna wiele oszustw, ale „Kaycee” była wyjątkowa. Jej historia była tak przekonująca i emocjonalna, że nawet ci ostrożni internauci porzucili sceptycyzm. Wielu z nich, w tym Randall van der Woning, pisarz z Hongkongu, angażowało się w życie Kaycee, współprowadziło jej bloga, rozmawiało z nią codziennie przez komunikatory, a nawet pokrywało koszty utrzymania strony internetowej.

„Czasem rozmawiałem jednocześnie z Kaycee i z jej matką, Debbie. Rozgryź to” — wspomina van der Woning, który sam padł ofiarą oszustwa. Współtworzył bloga, publikował poezję i relacje z „walki” Kaycee z chorobą, nie podejrzewając, że wszystko to fikcja.

Podobnie John Halcyon Styn, założyciel CitizenX.com, gdzie Kaycee zaczęła swoją internetową aktywność, przez długi czas nie miał wątpliwości. „To było znacznie bardziej złożone niż cokolwiek, z czym miałem do czynienia” — przyznaje.

Blogowały matka z córką?Kaycee Nicole pojawiła się w serwisie CollegeClub.com w 1999 r. i jako „świetlista blondynka”, rzekoma nastoletnia gwiazda koszykówki z Kansas szybko zyskała sympatię zarówno użytkowników, jak i pracowników serwisu. Zgłaszała się nawet do pomocy administracyjnej i wysyłała prezenty członkom zespołu CollegeClub. Na platformie publikowała swoje przemyślenia i zdjęcia, a w końcu ujawniła w sieci, że cierpi na białaczkę.

Dziewczyna wyznała swojemu internetowemu znajomemu, Randallowi van der Woningowi, że choroba była w remisji, jednak nastąpiła wznowa. Współczujący kolega zaproponował założenie i współprowadzenie bloga, dla którego mogłaby opisywać swoje zmagania; Kaycee przyjęła ofertę i w sierpniu 2000 r. razem stworzyli „Living Colours”.

Blog stał się tak popularny, że Kaycee nawet udzieliła telefonicznego wywiadu „The New York Times”. W gazecie przedstawiono ją jako uczennicę ostatniej klasy liceum, która równolegle uczęszczała na zajęcia akademickie i planowała rozpocząć pełnoetatowe studia w kolejnym roku.

Blog Kaycee opisywał ze szczegółami jej zmagania z chorobą, w tym wielokrotne hospitalizacje. Wpisy miała publikować sama Kaycee, a gdy była zbyt słaba lub chora, za komputerem zasiadała jej matka, Debbie.

Wpisy były bardzo pogodne — już pierwszy brzmiał: „zaczynam nową, ekscytującą podróż… mojego przetrwania. Chcę wygrać! Będę walczyć do do końca!”, a czytelnicy jej bloga poddali się urokowi inspirującej młodej dziewczyny.

W tamtych latach blogowanie stawało się popularne, a stronę Kaycee w ciągu dwóch lat odwiedziły miliony czytelników. Internauci polecali blog własnym znajomym i tym samym dodatkowo napędzali jego popularność. Niektórzy chcieli wspierać młodą pacjentkę też w bardziej praktycznym wymiarze: wysyłali kartki, prezenty i życzenia. Jeszcze inni rozmawiali z nią przez telefon, część z nich, w tym administrator jej bloga, wielokrotnie.

W kwietniu 2001 r. na blogu pojawiła się informacja, że wątroba Kaycee przestaje działać. Zaniepokojony samą myślą o utracie przyjaciółki jeszcze przed pierwszym spotkaniem „w realu”, Van der Woning nalegał, by ta pozwoliła mu się odwiedzić; Kaycee powiedziała mu, że jest mile widziany, ale dopiero po powrocie z podróży za ocean, którą ją czekała.Jednak zanim Van der Woning zdążył odwiedzić Kaycee, 15 maja 2001 r. zadzwoniła do niego jej matka. Szlochając, poinformowała go, że Kaycee zmarła niespodziewanie dzień wcześniej — zabił ją nie nowotwór, a tętniak. Internetowa społeczność pogrążyła się w żałobie. Ludzie z całego świata opłakiwali dziewczynę, której tak naprawdę nie poznali, a której los tak bardzo ich poruszył. Coś tu przestaje pasować

„Żałoba” nie trwała jednak długo, bo zaczęły pojawiać się pierwsze wątpliwości. Co bardziej dociekliwi internauci dostrzegali niespójności w opowieściach, zwrócili uwagę na podejrzanie szybką kremację i pogrzeb, brak możliwości wysłania kondolencji, a także fakt, że nikt z internetowych przyjaciół nigdy nie spotkał Kaycee osobiście. Niektórzy wskazywali na podobieństwo błędów ortograficznych Kaycee i Debbie, inni byli zaskoczeni, że 19-latka cytuje teksty popularne w latach 60. i 70. i pisząc, używa języka, który bardziej pasowałby 40-latce.

To wtedy internetowi „detektywi” — skupieni wokół bloga Metafilter — rozpoczęli własne śledztwo. Okazało się, że konto Kaycee na CollegeClub.com powiązane jest z kontem prawdziwej córki kobiety nazwiskiem Debbie Swenson, a zdjęcie „Kaycee” w stroju sportowym przedstawiało w rzeczywistości inną osobę, Julie Fullbright z Oklahomy, która nie miała pojęcia, że jej wizerunek został skradziony.

Kilka dni po ogłoszeniu „śmierci” prawda wyszła na jaw — Kaycee Nicole Swenson nigdy nie istniała. Jej historię, chorobę, osobowość i śmierć wymyśliła Debbie Swenson, 40-letnia gospodyni domowa z Peabody w stanie Kansas, matka dwójki nastolatków. To ona przez cały czas podszywała się pod Kaycee i jej matkę, prowadziła bloga i rozmawiała z internautami. Jej prawdziwa córka nie miała nic wspólnego z postacią Kaycee — była okazem zdrowia i w ogóle nie przypominała dziewczyny ze zdjęć.

W rozmowie z dziennikarzami Swenson ostatecznie przyznała się do mistyfikacji, tłumacząc, że nie chciała nikogo skrzywdzić. Nie umiała jednak przekonująco wytłumaczyć, dlaczego przez dwa lata nabierała pełnych jak najlepszych intencji ludzi i odgrywała kogoś, kto nawet nigdy nie istniał. „Chciałam, żeby to było coś pozytywnego” — mówiła, wyraźnie zawstydzona i skruszona. Zdaniem psychologów komentujących tę sprawę, najprawdopodobniej w grę wchodził zastępczy zespół Münchausena, jeden z pierwszych przypadków, gdy osoba dotknięta tym zaburzeniem wykorzystała Internet i fikcyjną personę. „Wiem, że pomogłam”

W oświadczeniu Debbie napisała: „to, co zrobiłam, było złe i przepraszam za to. Żałuję każdego bólu, który spowodowałam.” Twierdziła, że postać Kaycee była inspirowana trzema znanymi jej osobami, które zmarły na raka.

FBI nie zdecydowało się wszcząć śledztwa — Swenson nie założyła zbiórki i nie wyłudzała pieniędzy, a straty, jakie poniosły osoby przesyłające jej prezenty, nie były wystarczająco duże, by można było oskarżyć ją o cokolwiek. Jednak sama Swenson zatrudniła prawnika z powodu licznych pogróżek, gniewnych wiadomości i telefonów, które otrzymywała.

Czy „Kaycee” była tylko szkodliwym oszustwem? Swenson twierdziła, że tworząc ten profil wręcz przysłużyła się innym. „Wiem, że pomogłam wielu ludziom na różne sposoby” — mówiła po ujawnieniu prawdy. Internauci są innego zdania — uważają, że oszustka podkopała wiarę w uczciwość prawdziwych pacjentów opisujących w sieci swoje przeżycia.

Tysiące ludzi potrafiło okazać wsparcie

Internetowa tragedia Kaycee Nicole Swenson stała się jedną z wczesnych lekcji dla całej blogującej społeczności online. Pokazała, jak łatwo uwierzyć w czyjąś konsekwentnie budowaną narrację, jak silne mogą być więzi wirtualne — i jak bolesne może być rozczarowanie. „To, że Kaycee tak naprawdę tam nie było, nie znaczy, że tysiące ludzi nie potrafiło zaufać i okazać miłości obcemu” — podsumował sprawę znany bloger, John Halcyon Styn, wskazując, że empatyczne zachowanie internautów świadczyło o nich jak najlepiej. „Fakt, że Internet jest medium, gdzie ludzie mogą to poczuć, jest budujący” — stwierdził.

Treści z serwisu Medonet mają na celu polepszenie, a nie zastąpienie, kontaktu pomiędzy Użytkownikiem a jego lekarzem. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjno-edukacyjny. Przed zastosowaniem się do porad z zakresu wiedzy specjalistycznej, w szczególności medycznych, zawartych w Serwisie należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.