Paulina Wójtowicz, Medonet.pl: 23 lata pracy w dwóch krajach, 18 wyjazdów do różnych państw Afryki i… prawie zero urlopu. Proszę się wytłumaczyć.
Dr n. med. Marcin Bierć: Nie tak zupełnie zero (śmiech), ale faktycznie moje urlopy wyglądają nieco inaczej niż u kolegów i koleżanek lekarzy. Od 12 lat regularnie spędzam je na statku, który można określić jako pływający szpital. Należy do Mercy Ships, międzynarodowej organizacji charytatywnej, i oferuje bezpłatną opiekę chirurgiczną oraz edukację medyczną w najuboższych krajach, głównie Afryki. Skupia medyków z całego świata.
Skąd pomysł na udział w tym projekcie?
Nie stoi za tym żadna większa historia. Usłyszałem, gdy ktoś o tym mówił i po powrocie do domu po prostu sprawdziłem w internecie, o co chodzi. Po lekturze strony organizacji uznałem, że to coś dla mnie. Uwielbiam podróżować i poznawać nowe miejsca, do tego mogłem się do czegoś przydać — same plusy. Wypełniłem dokumenty, wysłałem i wróciłem do swojego życia, nie myśląc już o tym.
Szanse oceniałem jako niskie — szukali przede wszystkim specjalistów, i to z co najmniej dwuletnim doświadczeniem, a ja byłem dopiero na trzecim roku specjalizacji. Tym bardziej zdziwiłem się więc, gdy zobaczyłem, że dzwoni jakiś obcy numer. „Może to ojciec?”, pomyślałem, bo mój tata mieszkał w Stanach Zjednoczonych. A to było Mercy Ships z zaproszeniem do współpracy. I tak się zaczęło.
Jak zareagowali bliscy, znajomi?
Pukali się w czoło. Mówili: „Zabiją cię tam. Nie wrócisz”.
Gdzie udał się pan za pierwszym razem?
Do Kongo. Statek cumował u wybrzeży Pointe Noire. Nasze przybycie poprzedził screening, podczas którego specjalni wysłannicy Mercy Ships zbierają chętnych i wyznaczają im termin, kiedy mają się stawić na badania i zabiegi. Teraz taka „preselekcja” odbywa się o wiele wcześniej i na nasz przyjazd wszystko jest już gotowe.
STEN / Wikipedia Commmons
Mercy Ships u wybrzeży Rotterdamu
Ile osób zgłasza się na taki screening?
Wtedy, w Kongu, to było od 8 tys. do 10 tys. osób. Dziś jest ich mniej, bo do wielu krajów wracamy, więc część pacjentów już nie potrzebuje wsparcia, część przychodzi, ale na przykład tylko na kontrole.
Czytałam, że taki statek to supernowoczesny szpital — i to zarówno pod względem infrastruktury, jak i personelu.
To prawda. Jest tu wszystko, czego potrzebujemy do diagnostyki i leczenia pacjentów: intensywna terapia, sale operacyjne, pomieszczenia, w których pacjenci odpoczywają po zabiegach i pozostają pod obserwacją, laboratorium, tomograf komputerowy, rentgen, apteka. Jest też kuchnia, administracja, ochrona. Na zewnątrz stoją namioty; działają tam izba przyjęć, poradnia, gdzie pacjenci przychodzą do kontroli, gabinety stomatologiczne, rehabilitacja. Jest też miejsce, gdzie pacjenci mogą przebywać z bliskimi w oczekiwaniu na kontrole — mają za daleko do domu, by wracać po kilku dniach. Na statek ściągają specjaliści z całego świata, często wybitni w swojej dziedzinie.
Tak zwani zabiegowcy?
Tak, z obszaru chirurgii ogólnej, chirurgii dziecięcej, chirurgii plastycznej, ginekologii, okulistyki, ortopedii i chirurgii szczękowej. Są też przedstawiciele innych zawodów medycznych, np. pielęgniarki, fizjoterapeuci, dietetycy, farmaceuci.
Archiwum prywatne
Dr Marcin Bierć ze współpracownikami podczas pracy na statku
Ile zabiegów jesteście w stanie wykonać w trakcie jednego „sezonu”?
Nawet 1,8 tys. Dużo zależy od tego, jak liczny jest personel w danym momencie. Zdarzało się, że wykonywaliśmy po trzy albo cztery operacje dziennie, ale jeśli zabieg był skomplikowany, trwający do czterech godzin, to poprzestawaliśmy na nim. Nie chodzi przecież o to, by personel znokautować pracą.
Szczególnie, że nie pobiera za nią wynagrodzenia. A podobno nawet do pracy dopłaca…
Przez lata płaciliśmy za loty i pobyt, później Mercy Ships opłacało nam dotarcie do celu, a koszt noclegów i wyżywienia ponosiliśmy samodzielnie. Teraz znów ponosimy wszystkie koszty, co oddaje całkowicie ideę wolontariatu.
Jakie to koszty?
W zależności od kierunku i czasu zakupu, bilet lotniczy w jedną stronę to około 800 euro. Jeśli chodzi o pobyt, to zależy od tego, kto i ile razy już był, bo za to są zniżki. Miesiąc na statku kosztuje mniej więcej 700 dol. Ja, lecąc na dwa tygodnie, płaciłem najpierw ok. 350 dol., teraz 100 dol., a przez dwa sezony byłem zwolniony z kosztów, bo znalazł się darczyńca, który opłacił pobyt całej załogi. Hojny gest, bo to ponad 400 osób.
Wiem, że niektórzy medycy organizują przed wyjazdami zbiórki, często w swoich parafiach — lokalna społeczność składa się na opłacenie pobytu na misji. Dzięki temu mogą pracować na statku nawet przez kilka miesięcy.
Skąd najczęściej przyjeżdżają lekarze?
Z całego świata. Jest mocna grupa z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, ale też sporo medyków z Australii, Szwajcarii, Holandii i Skandynawii.
Są wśród nich osoby, które zostają na dłużej?
Większość, tak jak ja, przyjeżdża na kilka tygodni. Zdarzały się przypadki, że ktoś został przez cały sezon, ale to wyjątki. Przez wiele lat był natomiast jeden lekarz, który właściwie mieszkał na statku, i to dosłownie, bo była z nim jego żona i dzieci, które na Mercy Ships spędziły całe dzieciństwo. Gary Parker spajał nasze działania i nam przewodził. Kiedy ktoś czegoś nie wiedział, szedł do Gary’ego, bo on był zawsze najlepiej poinformowany, miał największe doświadczenie — pracował jako wolontariusz na statku przez prawie 40 lat. A przy tym był wybitnym chirurgiem i niezwykle życzliwym, skromnym człowiekiem.
Pamiętam, że na początku mojej przygody z wolontariatem, zwrócił się do mnie i zapytał: „Marcin, a co ty myślisz? Jak byś to zrobił?”. Byłem w szoku, że interesuje go moje zdanie, takiego żółtodzioba. Wspaniale się z nim współpracowało. Dziś Gary jest już po siedemdziesiątce i przeszedł na emeryturę, bardzo go na statku brakuje. Są ludzie, których nie da się zastąpić.
Z jakimi problemami zgłaszają się do was pacjenci?
Jeśli chodzi o mój obszar, czyli chirurgię szczękowo-twarzową, najczęściej są to łagodne zmiany, np. tłuszczaki, torbiele czy gruczolaki, ale częsta jest też ameloblastoma. Poza tym jest sporo rozszczepów wargi i podniebienia, zdarzają się deformacje twarzy wynikłe z urazów, oparzeń albo ciężkich infekcji Noma, zwanej potocznie rakiem wodnym. Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Mówi pan o nowotworach łagodnych, ale te guzy potrafią być ogromne, deformować twarz, utrudniać jedzenie, mówienie.
I często takie są. Kiedyś przyszedł do nas mężczyzna, którego guz był wręcz monstrualnych rozmiarów — ważył prawie 8 kg. Operowaliśmy go 12 godz., a w zabieg zaangażowanych było aż 17 osób.
Dla pacjentów z tak widocznymi zmianami życie w małej społeczności potrafi być udręką.
Wielu jest po prostu z tych grup wykluczanych. Przyszła do nas niedawno pewna kobieta, matka trójki dzieci, z fatalną zmianą na twarzy. Mąż wypędził ją z domu przez to, jak wyglądała. Bezdomna, głodna, oddała się jakiemuś mężczyźnie za 15 dol., by mieć na jedzenie. Niestety, zaszła w ciążę. Dowiedziała się o niej dopiero od nas, ponieważ rutynowo wykonujemy pacjentom i pacjentkom różne testy — na HIV, Hib i także ciążowe. To są naprawdę ogromne ludzkie dramaty.
Wy sprawiacie, że w tych tragicznych historiach pojawia się światło, doświadczonych przez los ludzi spotyka wreszcie coś dobrego. Jak reagują, gdy widzą swoją twarz po operacji?
Na początku ten efekt na pewno nie jest spektakularny, bo po zmianie opatrunku wszystko jest jeszcze świeże, wymagające regeneracji, ale już wtedy widać na ich twarzach ulgę. Często ściskają nam ręce, widać euforię, co chwilę wyciągają lusterka i oglądają się na wszystkie strony. Później nie mam z pacjentami już kontaktu, chyba że konieczna jest kontrola, więc trudno mi powiedzieć, jak realnie operacja wpłynęła na ich życie.
Archiwum prywatne
Dr Marcin Bierć z pacjentem po zabiegu na statku
Mówimy o zabiegach udanych, ale domyślam się, że nie zawsze możecie zaoferować pacjentowi pomoc. Wiele jest takich sytuacji, gdy na zabieg jest już za późno albo pojawiają się komplikacje?
Jasne, mnóstwo. Takie osoby nie przechodzą zwykle screeningu, bo nie ma sensu, by szli czy jechali przez kilka dni na statek, gdzie nie będziemy w stanie im pomóc. Personel, który wykonuje tę wstępną diagnostykę, oczywiście raportuje wszystkie przypadki i często robi zdjęcia. Niedawno pielęgniarki pokazywały mi trzech takich pacjentów i przyznam szczerze, że po raz pierwszy zrobiło mi się naprawdę ogromnie przykro. To były tak olbrzymie deformacje, że ci ludzie na 100 proc. umrą.
Jeśli zaś chodzi o powikłania, to oczywiście również się zdarzają, natomiast dobre jest to, że możemy zostawić pacjentów na obserwacji i monitorować, co się dzieje. W sytuacji, gdy statek cumuje u wybrzeży przez 10 miesięcy, mamy spore pole manewru, bo możemy pacjenta i przygotować do zabiegu, i zoperować, i zająć się ewentualnymi komplikacjami, a potem też rehabilitować i kontrolować. Tego nie jesteśmy w stanie osiągnąć w normalnych, szpitalnych warunkach.
To dlatego nie operujecie nowotworów złośliwych?
Zgadza się. One bardzo często wymagają leczenia uzupełniającego, na przykład chemioterapii lub radioterapii, a tego nie możemy zapewnić ani my, ani ośrodki ochrony zdrowia na lądzie. Podejmowanie interwencji chirurgicznej bez możliwości zagwarantowania pacjentowi takiej opieki pooperacyjnej jest nieetyczne. Jest zespół opieki paliatywnej, który stara się udzielić wsparcia osobom terminalnie chorym.
Pamięta pan wszystkie kraje, w których był w ramach wolontariatu?
Oczywiście. Do wielu zresztą wracałem. Pięciokrotnie odwiedziłem Sierra Leone, cztery razy byłem na Madagaskarze, trzy razy w Kamerunie, po dwa w Beninie, Senegalu i Gwinei, i raz w Kongo Brazaville.
Nie lubimy o tym mówić, ale dla wielu Europejczyków różnice między tymi krajami są bardzo niewyraźne. Myślimy „Afryka” i wyobraźnia podsuwa nam klisze, nie jesteśmy w stanie wiele powiedzieć o poszczególnych państwach, społeczeństwach, kulturach. Była nawet taka książka o wiele mówiącym tytule: „Afryka to nie państwo”. Pan, będąc na miejscu, na pewno widzi więcej.
Też należałem do tej grupy, mimo że wiele podróżowałem i byłem zarówno w Egipcie, jak i Maroko, nawet na Saharze. Ta „turystyczna” część kontynentu to jednak zupełnie co innego niż zachodnia Afryka, nawet jeśli widziana głównie z brzegu oceanu.
Miał pan trochę wolnego czasu, by wejść w głąb lądu?
Tak i zawsze wykorzystywałem okazje, by coś zobaczyć — oczywiście o ile było to możliwe, nie było żadnych niepokojów społecznych i tym podobnych. Najwięcej „ducha” Afryki udało mi się poczuć w Sierra Leone, gdzie przyjechałem na zamknięcie sezonu. Nie było wtedy już żadnych operacji, została tylko obserwacja pacjentów, statek wkrótce miał odpływać, więc pracy nie było dużo, działaliśmy w trybie dyżurowym.
Archiwum prywatne
Dr Marcin Bierć z „lokalsami” podczas jednej z misji medycznych w Afryce
Zaprzyjaźniłem się z pracownikiem, który był miejscowy, więc kilka razy zabrał mnie do pobliskich miejscowości, bym mógł nie tylko coś zobaczyć, ale też poznać ludzi, porozmawiać z nimi, pobyć, pooddychać ich powietrzem. I to był rzeczywiście fantastyczny czas, choć samo miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia — niewiele było do zobaczenia, wszędzie brud i smród. Zupełnie inaczej niż choćby na Madagaskarze, gdzie otwierasz drzwi prosto na piękną plażę z palmami, wynajmujesz tuk-tuka i zwiedzasz piękne miejsca.
Sporo widziałem także podczas innego rodzaju wyjazdów, już poza Mercy Ships. Byłem wtedy w Kamerunie, gdzie Pan African Academy of Christian Surgeons organizuje pomoc dla lokalnych lekarzy. Przez kilkanaście dni operowałem z nimi i dzieliłem się swoim doświadczeniem. Pamiętam, że z lotniska do celu jechałem z jednym człowiekiem 10 godz. i to była niezwykła podróż. Później, na miejscu, gdy operowaliśmy, koledzy dzielili się ze mną historiami pacjentów, opowiadali, w jakich warunkach żyją, z jakimi wyzwaniami się mierzą — wiele z nich tłumaczyło poniekąd stan zaawansowania ich chorób. Sam też kilkukrotnie odwiedziłem mieszkańców, którzy chętnie zapraszali mnie do swoich domów, mimo że często byli bardzo biedni. Niezwykle serdeczni i otwarci ludzie, którzy potrafią dzielić się nawet tym „niewiele”, które mają.
Na statku pacjenci są niejako przedstawicielami tych społeczności, łącznikami z lądem.
Tak, ale niejedynymi, a na pewno nie tymi, dzięki którym możemy te narody poznać lepiej. Na statku, jako personel pomocniczy, pracuje ok. 300 lokalsów, którzy tłumaczą, opiekują się pacjentami, pomagają na oddziałach. Wielu pracowników przyjaźni się z nimi, zna ich rodziny, odwiedza w domach na lądzie; wszyscy zaś ze sobą dużo rozmawiamy, dzięki czemu możemy poznać się bliżej.
Czuje się pan w tej pracy bezpiecznie?
Z reguły, choć kilka razy w czasie, gdy pracowałem na statku, w okolicy było niespokojnie. W Kongo nieopodal znajdowały się dwie bazy militarne, był jakiś wybuch i wszczęto alarm — statek był w pełnej gotowości do ewakuowania się. Na Madagaskarze ktoś został napadnięty maczetą i okradziony, a w Sierra Leone wybuchło powstanie, były zamieszki, wprowadzono godzinę policyjną. Ale my jesteśmy na statku, odizolowani, do tego w każdej chwili możemy odpłynąć — to daje poczucie bezpieczeństwa.
Archiwum prywatne
Dr Marcin Bierć podczas zabiegu chirurgicznego
A co z bezpieczeństwem zdrowotnym? To jednak tereny endemiczne, z chorobami tropikalnymi, z którymi w Polsce, nawet w Europie nie musimy się mierzyć.
Przed pierwszym wyjazdem musiałem przyjąć chyba ze 20 różnych szczepień ochronnych. Tak więc przede wszystkim profilaktyka, szczególnie w kontekście malarii, która rzeczywiście jest tam prawdziwą plagą. Nasi pracownicy na miejscu chorowali na nią już wiele razy, ale za każdym razem choroba jest równie niebezpieczna przez wzgląd na powikłania neurologiczne. Niedawno właśnie z powodu takich mózgowych powikłań zmarł tam 24-letni, zdrowy dotąd, silny chłopak. Wstrząsające.
Panu udało się uchronić.
Szczęśliwie tak. Na statku tak naprawdę mamy luksusowe warunki, a ponieważ nie zapuszczamy się w głąb lądu, nie ma zbyt wiele ryzykownych sytuacji, w których możemy się zarazić. Jeśli coś się dzieje, to jest to zwykle tzw. grypa żołądkowa, najczęściej w reakcji na lokalną kuchnię. Sam na Madagaskarze przeleżałem cztery dni jak nieżywy. Nie wiem, czy przesadziłem z jedzeniem w restauracji, czy coś było w wodzie, ale nie pamiętam, żeby jakakolwiek infekcja tak mnie osłabiła.
Na co dzień pracuje pan w Stuttgarcie. Nie ma pan problemów, by uzyskać zgodę na taki wyjazd?
Wyjazdy planowałem zawsze jako urlopy, więc właściwie pracodawca nie miał wiele do powiedzenia — mogę przecież czas wolny zorganizować tak, jak chcę. To było wcześniej, bo teraz nie pracuję w szpitalu, a w prywatnej klinice i właściwie sam ustalam swoją dostępność. To bardzo wygodne rozwiązanie.
Kiedy wraca pan do swoich pacjentów po tym wszystkim, co zobaczył w Afryce, czuje pan ulgę?
Nie myślę o tym w takich kategoriach. Oczywiście na miejscu nie mam do czynienia z tak spektakularnymi przypadkami, wykonuję raczej mniejsze zabiegi, ale dla tych pacjentów one są dużą rzeczą. W obu miejscach leczę tak, by pomóc pacjentowi wyzdrowieć i poprawić jakość życia. Na pewno jednak czasem pojawia się myśl, że mamy dużo szczęścia żyć w miejscu i warunkach, które umożliwiają nam uzyskanie szybkiej pomocy medycznej. I że mamy świadomość, jak jest ona potrzebna, a przy tym możliwości, by z niej skorzystać.
Mówi się, że pomaganie jest uzależniające. Zgadza się pan z tym?
Zdecydowanie. Już nie wyobrażam sobie roku bez wyjazdu z Mercy Ships. Te misje są wyjątkowe — wiążą się oczywiście z ciężką pracą, ale dają ogrom satysfakcji. Mam świadomość, że nie da się zmienić całego świata, ale jeśli można zmienić świat jednej osoby, to podejmuję to wyzwanie. A jeśli pomoc wiąże się dodatkowo z możliwością poznania kawałka świata, to takie uzależnienie mogę mieć (śmiech).
Dr n. med. Marcin Bierć — lekarz specjalizujący się w chirurgii szczękowo-twarzowej. Przez 13 lat pracował najpierw jako rezydent, a później konsultant w szpitalu klinicznym w Stuttgarcie. Związany był też z placówkami medycznymi w Bietigheim-Bissingen oraz Winnenden. Od lipca 2026 r. współpracuje z Praxis & Klinik für Kiefer & Gesicht w Böblingen.
Wykształcenie medyczne zdobył na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku, gdzie ukończył zarówno kierunek lekarski, jak i lekarsko-dentystyczny, a także obronił doktorat poświęcony badaniom nad enzymami w nowotworach gruczołów ślinowych.
Specjalistyczne szkolenie z chirurgii szczękowo-twarzowej odbył w Katharinenhospital w Stuttgarcie, gdzie ukończył program rezydencki oraz studia podyplomowe z zakresu chirurgii plastycznej i estetycznej. Jest również stypendystą prestiżowego programu ITI (International Team for Implantology) oraz członkiem European Board of Oro-Maxillo-Facial Surgery (FEBOMFS).
Treści z serwisu Medonet mają na celu polepszenie, a nie zastąpienie, kontaktu pomiędzy Użytkownikiem a jego lekarzem. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjno-edukacyjny. Przed zastosowaniem się do porad z zakresu wiedzy specjalistycznej, w szczególności medycznych, zawartych w Serwisie należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.