Australia należy do najcieplejszych kontynentów, a jej lata charakteryzują się intensywnymi upałami. Najgorętszy okres przypada na miesiące od grudnia do lutego, kiedy w wielu regionach temperatury regularnie osiągają 30–40 st. C, a podczas fal upałów przekraczają nawet 45 st. C. W głębi kontynentu, na obszarach pustynnych, możliwe są ekstremalne wartości zbliżone do 50 st. C, natomiast na północy upałom towarzyszy bardzo wysoka wilgotność, co sprawia, że są one szczególnie uciążliwe. Nawet nocą temperatury często pozostają wysokie, niekiedy powyżej 25 st. C, co znacząco utrudnia odpoczynek i zwiększa ryzyko przegrzania organizmu.

Australijczycy nie poruszają się pieszo

Australijczycy nie mają wyjścia — muszą się do takich temperatur przystosować. Najtrudniej mają ci, którzy przybywają tam z krajów o bardziej umiarkowanym klimacie, jak choćby Polska. Przekonali się o tym polscy lekarze, którzy zamieszkali na tym krańcu świata: dr Urszula Carr, lek. Ela Karel oraz dr n. med. Tomasz Derkowski.

Jak mówił w rozmowie z Medonetem ten ostatni — anestezjolog, który pracował w pogotowiu lotniczym w Australii — warunki pogodowe dosłownie go obezwładniły.

— Oczywiście, wiedziałem, że w Australii, szczególnie w stanie, w którym zamieszkaliśmy [Queensland — red.], jest gorąco, ale nie miałem pojęcia, jak bardzo. Temperatury sięgały 47 st. C, śmigłowiec po wylądowaniu niemożliwie się nagrzewał, a my nie mieliśmy klimatyzacji. Do tego wilgotność powietrza sięgała często 100 proc., co oznaczało, że wszyscy i wszystko było po prostu mokre. Mieliśmy ogromny problem, żeby założyć pacjentowi wenflon lub dren czy nakleić zwykły plaster albo inny opatrunek. A resuscytacja, która jest przecież sporym wysiłkiem fizycznym, była ogromnym wyzwaniem — szczególnie że nosiliśmy specjalistyczne buty i kombinezony, które chroniły nas np. przed ogniem, ale były ciężkie i niewentylowane; lało się z nas litrami — opowiada dr Derkowski, podkreślając, że wiele stanów nagłych, do których byli wzywani, wynikały z przegrzania organizmu, odwodnienia i udaru cieplnego. Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Mieszkańcy robią wszystko, by nie dopuścić do takiego zagrożenia. Jak opowiada polski anestezjolog, praktycznie nie poruszają się pieszo — przemieszczają się pomiędzy klimatyzowanymi pojazdami i pomieszczeniami, w których spędzają większą część dnia. Po powrocie do domu od razu zaś sięgają po chłodną wodę z lodówki i nawadniają organizm elektrolitami.

Życie towarzyskie przenosi się głównie na godziny po zachodzie słońca. Wieczorami, a czasem także wcześnie rano, odbywa się większość aktywności sportowych. Wyjątkiem są sporty wodne, takie jak surfing, choć i w ich przypadku trzeba zachować ostrożność. Spędzając czas w wodzie, upał jest mniej odczuwalny, co daje pewien komfort, ale bywa też zwodnicze — łatwo nie zauważyć przegrzania i odwodnienia.

Nikt nie opala się na plaży

— Mam wiele osób w rodzinie, które bardzo lubią się opalać, natomiast tutaj nie znam nikogo, kto chodziłby po to na plażę. W niemal 100 proc. przypadków, jeśli spotkasz na australijskiej plaży kogoś, kto się opala, będzie to obcokrajowiec, turysta — mówi z kolei dr Urszula Carr, polska patolożka, która mieszka i pracuje w Sydney.

Sama nie rusza się z domu bez czapki z daszkiem i nałożenia na skórę kilku warstw kremu z filtrem UV. — Jogging uprawiam z samego rana, biegając po buszu, a z przydomowego basenu korzystam tylko po śniadaniu lub po kolacji, ale słońce i tak mnie dopada, takie jest silne — dodaje.

Jej znajomi, mający w większości bardzo jasną skórę, w ogóle nie wystawiają się na słońce i — podobnie jak obserwowani przez dr. Derkowskiego mieszkańcy — „uciekają” przed upałem w klimatyzowane pomieszczenia: od samochodu po mieszkania i biura.

Ela Karel, lekarka ogólna w trakcie specjalizacji z psychiatrii, do Australii przyjechała z premedytacją, porzucając piękną, ale kapryśną pogodowo Anglię.

— Już przeprowadzka z Irlandii Północnej na południe Anglii wpłynęła na mnie niezwykle pozytywnie — z przyjemnością zamieniłam deszcz na słońce i ciepło. W Australii z jednym i drugim nie ma najmniejszego problemu — temperatury i nasłonecznienie są na idealnym poziomie — zapewnia.

Mieszka w Perth, największym mieście Australii Zachodniej. Latem (grudzień–luty) temperatury zazwyczaj wynoszą 30–35 st. C, ale w czasie fal upałów często przekraczają 40 st. C, a sporadycznie dochodzą nawet do 45 st. C. Upał jest tam zwykle suchy, co sprawia, że bywa nieco łatwiejszy do zniesienia niż wilgotne gorąco na północy, ale nadal jest bardzo intensywny.

Z tego względu często mówi się tam o nowotworach skóry. Mylne jest jednak wrażenie, że jest ich tam więcej niż gdzie indziej. Chodzi raczej o wykrywalność, która stoi w Australii na najwyższym poziomie.

— Jest dużo klinik dermatologicznych, do których można wejść z ulicy, gdzie odpowiednio wyszkolona pielęgniarka albo lekarz pierwszego kontaktu zbadają, a jeśli trzeba, to i usuną podejrzaną narośl. Sporo lekarzy pierwszego kontaktu ma dodatkowe kwalifikacje z dermatologii i zajmuje się głównie diagnozowaniem i leczeniem raka skóry właśnie — tłumaczy lek. Ela Karel, dodając: — Ludziom od małego wpaja się, że to ważne, więc świadomość jest na bardzo wysokim poziomie. Każdy wie, co powinno zaniepokoić, i nikogo nie trzeba do lekarza zaganiać. W efekcie wykrywalność jest najwyższa na świecie, a umieralność… najniższa.

To zasługa ogromnej kampanii edukacyjnej, którą rząd australijski wdrożył jeszcze w latach 80. ub.w.

— Kampania nazywała się „5S” od pięciu słów na „s”: slip, czyli „narzuć” na siebie koszulę z długim rękawem, długie spodnie i ogólnie ubrania zakrywające skórę; slop, czyli dosłownie „zalej się” kremem z wysokim filtrem; slap — „narzuć” kapelusz, najlepiej taki z dużym rondem; seek, czyli „szukaj” cienia i wreszcie slide, to jest „wsuń” na nos okulary, najlepiej ogromne, zakrywające jak największą część twarzy. Ta kampania na stałe wpisała się do świadomości Australijczyków. Każdy zna 5S — mówi polska lekarka.

Najważniejsze, by „5S” (Slip, Slop, Slap, Seek, Slide), traktować sumarycznie. Sam krem nie zapewnia pełnej ochrony, dlatego powinien być tylko jednym z kilku zabezpieczeń. Zasada 5S przypomina też, że przed słońcem trzeba chronić się nie tylko w upalne dni — promieniowanie UV może być wysokie nawet przy zachmurzeniu, dlatego zaleca się stosowanie ochrony zawsze, gdy indeks UV przekracza poziom 3. Regularne stosowanie tej zasady znacząco zmniejsza ryzyko oparzeń i rozwoju czerniaka, który często rozwija się latami jako efekt kumulacji uszkodzeń skóry wywołanych słońcem.

„5S” to zasada, którą z powodzeniem można wdrożyć w Polsce i Europie, gdy doskwiera nam upał, bo wysokie temperatury są groźne dla zdrowia. O zagrożeniach tych więcej możesz przeczytasz m.in. tutaj: Serce w upał może zacząć „wysiadać” szybciej, niż myślisz. Te sygnały są alarmowe.

Dr Urszula Carr — patolog z 16-letnim doświadczeniem w dermatopatologii, czyli patologii chorób skórnych. Po studiach medycznych na Akademii Medycznej w Lublinie realizowała studia doktoranckie na Uniwersytecie w Leeds (Anglia). Później pracowała jako histopatolog w Addenbrooke’s Hospital w Cambridge, Norfolk and Norwich University Hospitals oraz The Queen Elizabeth Hospital King’s Lynn NHS Foundation Trust.

Po przeprowadzce do Australii pracowała w Skin&Cancer Foundation Australia jako dermatopatolog. Od 2009 r. współpracuje z Kossard Dermatopathologists. W marcu 2022 r. założyła własną firmę MedicRevive, gdzie jako coach wspiera medyków doświadczających wypalenia zawodowego.

Lek. Ela Karel — lekarka w trakcie przygotowań do specjalizacji z psychiatrii. Absolwentka filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim oraz medycyny na Brighton and Sussex Medical School w Wielkiej Brytanii. Po rocznym stażu w Hampshire wyjechała do słonecznej Australii Zachodniej. Od stycznia 2024 r. pracuje w Fiona Stanley Hospital w Perth, jednym z największych australijskich szpitali.

Dr n. med. Tomasz Derkowski — specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, lekarz HEMS, dyrektor medyczny Lotniczego Pogotowia Ratunkowego (LPR) w latach 2017-2020. Ma 20-letnie doświadczenie zawodowe kliniczne oraz w systemach ratownictwa medycznego w Polsce i za granicą.

Pracował m.in. w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, Szpitalu Wojskowym w Bydgoszczy, Szpitalu Uniwersyteckim w Cambridge (UK), Szpitalu Uniwersyteckim WMUH Chelsea and Westminster NHS Trust w Londynie (UK), Cega Air Ambulance (UK), Lifeflight (Australia), The Royal Flying Doctor Service (Australia) oraz wciąż w LPR.

Treści z serwisu Medonet mają na celu polepszenie, a nie zastąpienie, kontaktu pomiędzy Użytkownikiem a jego lekarzem. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjno-edukacyjny. Przed zastosowaniem się do porad z zakresu wiedzy specjalistycznej, w szczególności medycznych, zawartych w Serwisie należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.