Z Chicago Mateusz Skwierawski
David Poreba walczy o możliwość debiutu w rozgrywkach amerykańskiej ligi MLS po kontuzji kolana. Jak na razie zagrał w barwach Chicago Fire dwa spotkania w pucharze, pokazał się z dobrej strony i liczy na więcej.
To chłopak stąd, z Chicago. Urodził się w mieście dwa lata po emigracji rodziców i wychowywał w miejscowych akademiach. W końcu trafił do tej najważniejszej – Chicago Fire. Zawsze marzył o grze dla klubu.
Gdy przebił się do pierwszego zespołu, trener Gregg Berhalter określił go jako „obiecującego” gracza z „dużymi umiejętnościami”. Za upór i zawziętość nagrodził Porebe rocznym kontraktem. Po urazie piłkarz robi wszystko, by przekonać do siebie szkoleniowca.
ZOBACZ WIDEO: Najlepszy mecz MŚ 2026! „Azteca drżała”
– Najpierw zacząłem od drugiej drużyny. Grałem w niej cały rok, zostałem królem strzelców i zawodnikiem sezonu. Dzięki temu rozpocząłem sezon z pierwszym zespołem w zeszłym roku, ale niestety: zerwałem więzadła krzyżowe w okresie przygotowawczym – wspomina.
W klubie spędzał całe dnie
Kontuzja wyhamowała rozwój ofensywnego pomocnika. – Wróciłem jednak szybko, po sześciu miesiącach. W Stanach po takich urazach czeka się raczej dziesięć miesięcy. W ośrodku treningowym spędzałem całe dnie, od rana do wieczora, po osiem, dziewięć godzin – opowiada David Poreba.
– Musiałem poradzić sobie psychicznie, bo czułem, że debiut w MLS był blisko, a tu taki szok. Oglądałem mecze w telewizji i sam siebie pytałem, dlaczego mi się to stało. Wróciłem i dostałem kolejną szansę – komentuje.
Teraz Poreba ma nadzieję, że będzie mógł zagrać ze swoim idolem z dzieciństwa – Robertem Lewandowskim. Zawodnik czeka na kapitana reprezentacji Polski, uczestniczy z drużyną w okresie przygotowawczym i liczy, że tym razem dopnie swego.
– Czego chcę się od niego nauczyć? Wszystkiego! Jak porusza się po boisku, jak myśli, co robi po meczach, bo to wielki profesjonalista – mówi. – Fajnie byłoby dograć mu piłkę, żeby strzelił gola – uśmiecha się.
Pierwszy raz w Polsce
Poreba bardzo dobrze mówi po polsku dzięki rodzicom. W kraju był po raz pierwszy, gdy miał piętnaście lat.
– Przyjechaliśmy na wakacje z siostrą, na miesiąc – opowiada. – Rodzina mamy jest z Radomyśla Wielkiego koło Mielca, a taty z okolic Nowego Sącza. Pamiętam wielkie pola i domy z działkami, ale też fajne restauracje. Myślę, że w Polsce żyje się bardziej rodzinnie i pracę stawia się na drugim miejscu, takie mam wrażenie. Różnice są dla mnie niewielkie. Myślę, że obie opcje: mieszkanie w Polsce i USA są super – komentuje.
Poreba pierwsze lata seniorskiej kariery spędził w Stali Mielec. W klubie prezesem był wujek zawodnika, europoseł Tomasz Poręba.
– To był ciekawy czas. Zacząłem grać w drugim zespole a trenowałem z jedynką. Potrzebowałem chwili, żeby przywyknąć do poziomu w Stali, bo trafiłem do klubu prosto z akademii Chicago – tłumaczy.
– Po debiucie w Pucharze Polski i Ekstraklasie myślałem, że spisałem się nieźle. Może powinienem dostać więcej szans? Chciało mnie Charlotte i pomyślałem, że może dobrze wrócić do Stanów. Szkoda, że nie udało się zagrać więcej w Stali – komentuje.
Zawodnik zakończył przygodę w Stali na czterech meczach w pierwszym zespole, a następnie trafił do drugiej drużyny Charlotte, gdzie dobrze się pokazał i wrócił do Chicago Fire.
David Poreba w ośrodku Chicago Fire
Amerykanie tylko pracują
Poreba miło wspomina roczny pobyt w Polsce. Wtedy pierwszy raz w życiu wyprowadził się z Chicago. – W Stanach wychowywałem się pod miastem, około czterdziestu minut jazdy od centrum, więc nie czułem wielkiej różnicy – tłumaczy.
Piłkarz zauważa, że Amerykanie mają inne podejście do życia. – W Stanach wszyscy są nastawieni na pracę i zarabianie pieniędzy. W Polsce ludzie znajdują czas dla rodziny, dla siebie, potrafią odpoczywać. W Chicago jest ciągły ruch, ludzie zawsze spieszą się do pracy – porównuje.
W szatni w Mielcu koledzy byli jednak ciekawi, jak jest po drugiej stronie oceanu. – Dostawałem wiele pytań o NBA, o Chicago Bulls. Niestety, to już nie są czasy Michaela Jordana. Byłem na Bullsach rok temu, ale wolę futbol amerykański i mecze Chicago Bears. W sezonie oglądam ich spotkania w każdy weekend – mówi.
Jak dodaje, w USA na pierwszym miejscu jest ciągle NFL, później NBA, a piłka zbliża się do NHL, choć jeszcze hokejowi ustępuje.
Śmiali się z ligi
Poreba pamięta początki budowania marki „soccera” w Stanach. – Dziesięć, dwanaście lat temu ludzie w Stanach śmiali się z MLS. Uważali tę ligę za jakieś amatorskie rozgrywki. Mówili, że to mało poważna liga i nie traktowali jej poważnie – przypomina.
– Nawet Chicago Fire kilka lat temu grało poza centrum, jakieś pół godziny drogi od miasta, na małym stadionie na 20 tysięcy kibiców. Teraz nasz Soldier Field może pomieści 61 tysięcy – porównuje.
Nasz rozmówca opowiada, kiedy Chicago zaczęło więcej znaczyć w lidze MLS. – Dwa lata temu, odkąd przyszedł nowy właściciel i wybudował nowy ośrodek treningowy za sto milionów dolarów – mówi. – Do tego trener Gregg Berhalter wprowadził drużynę do play-offów, czego nie było tu od wielu sezonów – wymienia.
Myśleli, że Polska to trzeci świat
Zawodnik zwraca też uwagę, jak zmieniła się opinia o Polakach w Stanach.
– Gdy byłem nastolatkiem w Stanach patrzono na Polskę trochę jak na trzeci świat. Koledzy wiedzieli, że jestem Polakiem. Pytali na przykład, czy w moim kraju trzeba jechać pół godziny do sklepu, bo dookoła nic nie ma. Myśleli, że my nie mamy dostępu do wielu rzeczy – zaskakuje.
– Dziś ludzie w USA mówią, że Polska to takie mniejsze Stany. Wiedzą, że mamy czysty i bezpieczny kraj, słyszę wiele miłych słów o Polsce – mówi.
Pod jednym względem Poreba tęskni za Polską. – W Mielcu mieszkałem z babcią. Gotowała mi, co chciałem: kotlety schabowe z ziemniakami, burakami, zupy. Musiałem uważać, żeby nie przytyć! Miałem tam naprawdę dobrze. Brakuje mi tego jedzenia – uśmiecha się.
Poreba ma teraz jedno marzenie. – Debiut w MLS. Bardzo mocno na to pracuje – kończy nasz rozmówca.
Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty