Dawid Góra, korespondencja z Londynu
Szkoda, bo to turniej, który często sprzyjał naszym. A w tym roku pojawiło się kilka szans na naprawdę niezły wynik.
– Na początku lat 90. mieliśmy chyba jednego Polaka w setce rankingu. A potem doczekaliśmy się półfinalistów Wimbledonu, wicemistrzynię, mistrzynię… Gdyby ktoś w 2000 roku przewidywał, że będziemy mieć takie sukcesy, to by usłyszał, że za długo na słońcu siedzi – śmieje się Victor Archutowski, dobry duch Wimbledonu, który od początku lat 90. pomaga polskim delegacjom.
ZOBACZ WIDEO: Dramat Hukarcza. „Widok był potworny”.
Victor przyjeżdża na Wimbledon od 36 lat. Nie było go tylko w roku pandemii koronawirusa. Kiedyś ominął też jeden dzień z powodu ataku kamieni nerkowych. W szpitalu spędził jednak niewiele czasu, bo… kolejnego dnia już był na kortach. Jak przewiduje rozwój polskiego tenisa?
– Polski Związek Tenisowy mocno się odmłodził. Pracują tam ludzie z energią, z sercem do tenisa. Wiedzą, co robią. Jestem więc dobrej myśli. Najważniejsze, aby myśleć o dzieciach – ich musi być w tenisie znacznie więcej. To musi przynieść nowe talenty. Bo pieniądze bez talentu niewiele dadzą. Talent bez pieniędzy zawsze będzie mieć szansę. Tylko najpierw ten talent trzeba odkryć. Juniorów w Polsce grających na najwyższym poziomie wciąż jest za mało – podkreśla Archutowski.
Zanim jednak wykształcą się nowi zawodnicy, którzy powoli przedzierają się do przestrzeni medialnej, iskrę do zainteresowania tenisem muszą dać seniorki i seniorzy. W tym względzie coś drgnęło, a sam Wimbledon może trochę zaciemniać obraz.
Pechowy Londyn
Jeszcze do niedawna, tak na dobrą sprawę, mogliśmy śledzić wyłącznie wyniki Igi Świątek i Huberta Hurkacza, który m.in. przez swoją nienachalną (delikatnie rzecz ujmując) postawę w mediach pozostawał nieco z boku. Tymczasem przed tegorocznym Wimbledonem można było spokojnie wymienić kilka nazwisk, które budziły emocje, generowały szanse na sukcesy, a których historie warto było pokazać światu, aby stanowiły inspirację dla młodych tenisistów.
Maja Chwalińska zszokowała cały tenisowy świat, kiedy doszła do finału Rolanda Garrosa. I to w jakim stylu! Jej mądra, kombinacyjna gra mogła się podobać również mniej wprawionym obserwatorom. Polka zagrała aż dziesięć meczów z rzędu, bo musiała startować z kwalifikacji. Przeciwniczki nie znały jej zbyt dobrze, więc wpadały w pułapki zastawiane przez Polkę. A kiedy już poznały… nadal nie mogły sobie z nią poradzić! W drodze po sensacyjny tytuł mistrzyni Rolanda Garrosa zatrzymała ją dopiero Mirra Andriejewa, ale Polka musiała odczuwać wielokrotnie większe zmęczenie od rywalki, więc trudno było stawiać ją w roli faworytki finału.
Kiedy okazało się, że Chwalińska otrzyma dziką kartę na Wimbledon, można było mieć nadzieję, że nasza tenisistka wreszcie będzie mogła przygotować się we względnym spokoju na Wielkiego Szlema. Stanowiła potężną zagadkę, bo przeniesienie wysokiego poziomu gry z jednej nawierzchni na drugą (szczególnie na trawę) bywa niezwykle problematyczne. Tymczasem w pierwszym meczu Maja pokazywała dokładnie ten sam styl, co w Paryżu, deklasowała Mananchayę Sawangkaew. Wyglądało na to, że przed nami kolejna pięknie napisana przez Chwalińską historia. Aż… skręciła kostkę w momencie, w którym mogła szybko zamknąć mecz.
Dostaliśmy dowód na to, że Roland Garros to nie był jednorazowy sukces i Chwalińska może na długo zagościć w czołówce. Jednocześnie emocje związane z sympatyczną tenisistką zakończyły się zanim na dobre można było je przeżyć.
Sporo osiągnąć mógł także Hurkacz, który po powrocie po poważnej kontuzji miał szansę na zanotowanie jednego z najlepszych Wimbledów w karierze. Ale jego też pokonała kontuzja. Gdyby nie ona, Polak w czwartej rundzie prawdopodobnie pokonałby Jana-Lennarda Struffa, pogromcę Daniła Miedwiediewa z poprzedniej rundy.
Szkoda Kamila Majchrzaka, który świeżo po spektakularnym zwycięstwie w turnieju w Holandii, chciał sprawić niespodziankę także w Londynie. I wszystko zaczęło się znakomicie, bo 30-latek w pierwszej rundzie zrewanżował się Chilijczykowi Tabilo za porażkę w Rolandzie Garrosie. Niestety z Amerykaninem Zacharym Svajdą zagrał znacznie słabiej i wściekły na siebie odpadł z rywalizacji.
Apetyt na sukces miała też Magda Linette, ale los już w pierwszej rundzie przydzielił jej sensacyjną triumfatorkę paryskiego turnieju Andriejewą. Polka walczyła naprawdę dzielnie, lecz ostatecznie nie ugrała nawet seta. W pierwszej rundzie przegrała też Magdalena Fręch – nie poradziła sobie z Anną Kalinską.
Największe szanse na sukces miała, co jasne, Iga Świątek. W Londynie grała jako ubiegłoroczna triumfatorka. Po męczarniach z Taylor Townsend, zagrała niezły mecz z Karoliną Pliskową. Wydawało się, że jest na dobrej drodze do szybkiego podniesienia poziomu w trakcie jednego turnieju i walki nawet o najwyższe cele. Iga przegrała jednak sama ze sobą. Podczas meczu z Aleksandrą Ealą rozegrała bardzo dobry pierwszy set, przegrany minimalnie, i fatalny drugi. Serwis, gra przy siatce zupełnie nie funkcjonowały. Skończyło się na 0:2.
Tenis pod strzechy
Nie zmienia to faktu, że wreszcie kibice, którzy niekoniecznie interesowali się tenisem, w krótkim czasie dostali do śledzenia kilkoro zawodników, którzy realnie mogli namieszać w turnieju. Tenis w Polsce przestał być sportem jednego-dwóch nazwisk. A taki stan rzeczy może generować kolejne. Choć, jak mówi Victor Archutowski, w Polsce wciąż jest za mało juniorów na wysokim poziomie, sytuacja powoli, bo powoli, ale jednak się zmienia. Teraz potrzebujemy kontynuacji sukcesów, jak ten Mai Chwalińskiej z Paryża, aby zainteresowanie tenisem nie było przejściowe, a kolejne polskie nazwiska w czołówce stały się tylko kwestią czasu.
Kolejny turniej Wielkiego Szlema już za nieco ponad miesiąc. Pod koniec sierpnia startuje US Open. Przy nagromadzeniu pecha w Wimbledonie mamy prawo mieć nadzieję, że w Nowym Jorku wreszcie uśmiechnie się do nas szczęście.