Choć reprezentacja Argentyny turniej w USA, Meksyku i Kanadzie zakończyła z wicemistrzostwem świata, to odbierane jest to jako rozczarowanie. Celem była obrona tytułu najlepszej drużyny globu, ale w finale Argentyńczycy musieli uznać wyższość Hiszpanów. Przegrali 0:1, a gola w 106. minucie strzelił Ferran Torres.
Piłkarze wrócili już do kraju, choć na pokładzie samolotu zabrakło Lionela Messiego. To było jednak wcześniej zaplanowane, bo lider reprezentacji Argentyny został w Miami, gdzie na co dzień mieszka.
ZOBACZ WIDEO: Lewandowski będzie żałował transferu? „To nie jest klub krzak”
Trener Lionel Scaloni i reszta zespołu zostali przywitani przed samolotem czerwonym dywanem oraz orkiestrą wojskową. Tłum czekał później pod kompleksem treningowym argentyńskiej federacji w okolicach międzynarodowego lotniska Ezeiza.
Jak informują lokalne media, fani przyszli z flagami i biało-niebieskimi parasolami, żeby osłonić się przed mżawką. Prezydent Javier Milei początkowo zaplanował, że będzie to dzień wolny od pracy, ale ostatecznie wszystko odwołał.
Javier Milei odniósł się do powrotu części kadry narodowej na lotnisko Ezeiza w Argentynie. W rozmowie w telewizji LN+ prezydent podkreślał, że mimo przygotowań ze strony władz, nie dojdzie do oficjalnej celebracji z piłkarzami.
– Piłkarzom dano możliwość sześciu różnych form świętowania. Wobec smutku, jaki wywołała porażka w finale, zdecydowali, że nie będzie fetowania – mówił Milei w LN+. – Uszanujmy decyzję zawodników – dodał.
Prezydent ocenił jednocześnie, że wynik reprezentacji to osiągnięcie wyjątkowe. – Nie wydaje mi się normalne ani konwencjonalne, by w czterech mundialach dojść do trzech finałów, wygrać jeden i móc wygrać kolejne. To ogromne osiągnięcie – zaznaczył.