Przypadkowe zdjęcie z drona wykonane nad skrzyżowaniem ulic Podwala Przedmiejskiego i Chmielnej obnaża bolesną prawdę o współczesnym Gdańsku. Miejscy notable i deweloperzy zachwycają się nowo powstałym zagłębiem hotelowo-bookingowym na Wyspie Spichrzów. Turyści wciąż omijają te nowoczesne koszmarki szerokim łukiem, szukając autentycznego ducha powojennej odbudowy Głównego Miasta. Okazuje się, że aby stworzyć „wybitną architekturę nawiązującą do tradycji”, wystarczy na zwykłym, betonowym prostopadłościanie postawić mały, blaszany trójkącik.
Gdańsk z drona. Widok na budowlankę deweloperską.
Przypadek, który odsłonił gdańskiego króla
Zastanawialiście się kiedyś, jak naprawdę wygląda Gdańsk? Jak wygląda, gdy opadną z niego marketingowe opary sukcesu? I gdy z ulic znikną kolorowe filtry z instagramowych relacji? Czasem, aby to dostrzec, potrzeba czystego przypadku. Impulsem do naszych małych rozważań stało się jedno zdjęcie z drona. Fotografia zupełnie przypadkowa, zrobiona przy okazji innego projektu. Ot, zwykły kadr z lotu ptaka, który miał służyć czemuś zupełnie innemu. A jednak stał się przeglądem gdańskiej przestrzeni publicznej.
Kadr ten uchwycił skrzyżowanie ulic Podwala Przedmiejskiego i Chmielnej. To właśnie tam, na styku historycznej tkanki i nowoczesnego rozmachu, widać wszystko jak na dłoni. Widać, co stało się z Wyspą Spichrzów. To dawna chluba miasta, która przez wieki stanowiła o jego bogactwie i potędze handlowej. To miejsce, gdzie magazynowano najcenniejsze towary dawnej Rzeczypospolitej, zostało bezceremonialnie przekształcone. Zamiast pomnika historii mamy dziś największe w tej części Europy centrum bookingu, apartamentowców i hoteli. Wszystko to powstało dzięki niezwykle ścisłej, wręcz symbiotycznej współpracy miejskich włodarzy z deweloperami. Partnerstwo publiczno-prywatne, którego efekty możemy dziś podziwiać w całej okazałości. Pytanie tylko, czy naprawdę jest się czym zachwycać?
Architektura na skróty, czyli potęga geometrycznego oszustwa
Przyjrzyjmy się bliżej tej architekturze, którą deweloperzy bez cienia zażenowania nazywają „wybitną” i „nawiązującą do historycznej tradycji”. Głównym argumentem obronnym twórców tych nowych gdańskich spichlerzy jest twierdzenie, że ich bryły idealnie odwzorowują dawne spichlerze. Jak to zrobiono? Otóż postanowiono nie wysilać się nadmiernie. Na placu budowy postawiono zwykłe, toporne, betonowe budowle, które następnie zwieńczono charakterystycznymi trójkątami.
Zostanie nam zwykły, szary, betonowy prostopadłościan
Zróbmy teraz mały eksperyment myślowy. Użyjcie swojej wyobraźni i spróbujcie w myślach odciąć te nieszczęsne trójkąciki od reszty budynków. Co nam wtedy zostanie? Ano zostanie nam zwykły, szary, betonowy prostopadłościan. Dokładnie taki sam, jaki może stanąć wszędzie. Na przykład w parku biurowym na obrzeżach Warszawy, przy autostradowej obwodnicy Berlina czy na sennym przedmieściu dowolnego europejskiego miasta. To generyczna, powtarzalna architektura użytkowa, która z gdańską tradycją ma tyle wspólnego, co plastikowa pamiątka z bursztynem. Jednak dzięki owym magicznym trójkątom na dachu deweloperzy mogą chwalić się wszem i wobec. Ogłaszają, że oto stworzyli dzieło wybitne, nawiązujące do dawnych gdańskich spichlerzy. I, co najgorsze, wielu w tę narrację bezkrytycznie wierzy.
Po co naprawdę przyjeżdżają tu turyści?
No właśnie, wróćmy do kluczowego pytania: dlaczego do Gdańska w ogóle przyjeżdżają turyści i czym się tak naprawdę zachwycają? Część z nich przyjeżdża tu po prostu po to, aby się zabawić i bezlitośnie popić alkohol. Trzeba to uczciwie i bez owijania w bawełnę przyznać. W tej dyscyplinie królują głównie nasi sąsiedzi ze Skandynawii. Każdy, kto choć raz spacerował nocą po gdańskim śródmieściu, doskonale zna ten widok. To pijani, głośni i nierzadko zwymiotowani Skandynawowie, którzy w gdańskich zaułkach szukają taniej i nieskrępowanej rozrywki. Dla nich architektura Wyspy Spichrzów, czy to z trójkątami, czy bez, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się cena za litr mocnego trunku i bliskość kolejnego pubu.
Przeczytaj:
Jednak istnieje też druga, znacznie większa grupa turystów. To ludzie, którzy przybywają do Trójmiasta, aby obcować z kulturą, historią i wyjątkową architekturą. Chcą podziwiać unikalny układ urbanistyczny uliczek, zabytki oraz niesamowite dzieło powojennej odbudowy Głównego Miasta. Ci ludzie chcą oglądać to, co w Gdańsku autentyczne i podniesione z gruzów po wojennej apokalipsie. Nie mają najmniejszego zamiaru podziwiać tych nowoczesnych, pseudohistorycznych spichlerzy. Z bliska przypominają one zwykłe, ciasne blokowiska, tyle że z nieco droższym wykończeniem elewacji. Turyści przyjeżdżają tu dla Gdańska, dla jego historii i duszy. Nie robią tego dla betonowych klocków, którymi tak chętnie szczycą się deweloperzy i miejscy notable.
Schizofrenia gdańskiego magistratu na Facebooku
Niezwykle fascynujące jest obserwowanie, jak w tej kwestii zachowują się gdańscy urzędnicy i funkcjonariusze miejscy. Ich aktywność w mediach społecznościowych, a zwłaszcza na profilach facebookowych, to podręcznikowy przykład wizerunkowej schizofrenii. Z jednej strony miejscy urzędnicy pękają z dumy, gdy tylko deweloper otwiera kolejny luksusowy hotel. Podobnie jest, gdy stawia nowy apartamentowiec na Wyspie Spichrzów albo gdy buduje się kolejny pomnik dla prezydenta Pawła Adamowicza. Publikują wtedy dziesiątki zdjęć, przecinają wstęgi i prześcigają się w zachwytach nad nowoczesnością, rozwojem i „nowym salonem Gdańska”. Deweloper staje się wtedy najlepszym przyjacielem miasta, a jego betonowe prostopadłościany – synonimem luksusu i postępu.
Przeczytaj:
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy ci sami urzędnicy chcą pochwalić się Gdańskiem w celach czysto promocyjnych. Chodzi o działania przyciągające turystów z kraju i ze świata. Wtedy nowoczesne hotele i betonowe spichlerze nagle znikają z ich postów. Czym się wtedy chwalą? Oczywiście dziedzictwem Gdańska, zabytkami, urokliwymi kamieniczkami Głównego Miasta i historyczną architekturą. Doskonale wiedzą, co tak naprawdę ma wartość i co przyciąga ludzi. Wiedzą, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wrzuci na Instagrama zdjęcia betonowego klocka z Chmielnej jako symbolu piękna Gdańska. Promują miasto zabytkami, które przetrwały lub zostały pieczołowicie odbudowane. Jednocześnie pozwalają na to, by tuż obok nich wyrastały bezduszne, deweloperskie sypialnie dla turystów.
Sztuka budowania polega dziś najwyraźniej na tym, by postawić cokolwiek, byle miało odpowiedni kształt dachu. W ten sposób gdańska Wyspa Spichrzów nie stała się architektoniczną perłą na miarę XXI wieku. Stała się za to symbolem straconej szansy i triumfu szybkiego zysku nad estetyką. Ale przecież deweloperzy i urzędnicy mogą spać spokojnie. Dopóki na szczycie betonowego klocka stoi trójkąt, wszystko jest w najlepszym porządku. Przynajmniej na papierze i w raportach sprzedaży.
Podsumowanie gdańskiej rewolucji architektonicznej
Podsumowaniem tej całej gdańskiej rewolucji architektonicznej pozostaje pewien fakt. Jedyną rzeczą, którą w pełni i bezbłędnie zrekonstruowano na Wyspie Spichrzów, są konta bankowe inwestorów. Trójkątne dachy świetnie maskują brak jakichkolwiek wyższych idei urbanistycznych. Turyści i tak przyjadą po to, by podziwiać widok z deweloperskiego okna na autentycznie zaraz po wojnie odbudowane kamienice.