Nie ukrywam, że tuż po losowaniu rywala dla Lecha w tej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów pomstowałem na wielkiego pecha, jaki dopadł „Kolejorza”. Bo oto mistrz Polski, mimo że miał uprzywilejowaną pozycję i był losowany jako zespół rozstawiony, trafił najgorzej, jak mógł. Ze wszystkich potencjalnych rywali Aarhus był tym najmocniejszym. I nie trzeba było być życiowym pesymistą, by tak stwierdzić.
Dlatego przyjemnie znaleźć się w momencie, kiedy mistrz Danii nie jest dla nas postrachem. Ale żeby tak się stało, trzeba było poczekać, aż takiego rywala wylosuje Lech Poznań – bezsprzecznie najlepsza drużyna i klub piłkarski w Polsce. Budowany od dawna, mądrze i konsekwentnie. Taki, który przed batalią o Ligę Mistrzów nie tylko się nie osłabia, ale wręcz wzmacnia.
ZOBACZ WIDEO: Mistrz Polski walczy o Ligę Mistrzów. „Lech jest gotowy”
Wygrywając 4:1 w Danii, Lech dał pokaz siły i jakości piłkarskiej. Świadczy o tym wykończenie akcji na 0:1 Mikaela Ishaka. Świadczy o tym również wymiana piłki na małej przestrzeni przez Antoniego Kozubala i Patrika Walemarka przy golu na 2:0. Drugi gol Walemarka to też pokaz, jak świetnie przyjąć piłkę i na pełnym spokoju trafić do bramki.
Ale najwięcej po tym spotkaniu będzie się mówić o bramce Terry’ego Yegbe. Środkowy obrońca z Ghany kropnął z dystansu z taką siłą i taką precyzją, że piłka wpadła do bramki w samo okno. Cudowny gol, zarezerwowany dla czołowych piłkarzy Europy i na największych stadionach.
Kiedy zobaczyłem to trafienie, od razu przyszła mi do głowy bramka Vincenta Kompany’ego, obrońcy Manchesteru City, w słynnym meczu z Leicester (1:0), kiedy City ścigali się z Liverpoolem o mistrzostwo Anglii. Kiedy Kompany zbierał się do oddania strzału, słyszał krzyk kolegów, by przypadkiem nie strzelał, bo i tak piłka poleci gdzieś w trybuny. Belg nie posłuchał i strzelił dokładnie w taki sposób, jak Yegbe. Obie bramki – palce lizać.
Liga Mistrzów. Rewanż Lecha Poznań powinien być formalnością
Ale wróćmy na ziemię. Yegbe to nie Kompany, a Lech to nie Manchester City. Jednak to nie ma znaczenia. Lech zagrał w Danii, jak uczestnik fazy ligowej Ligi Mistrzów. Przed Lechem jeszcze rewanż, ale to powinna być formalność. Aarhus był tak bezradny, że trener poznaniaków Niels Frederiksen miał komfort, by Ishaka i Walemarka zdjąć już w 66. minucie.
Komfort przed starciem w Poznaniu jest taki, że kibice mogą zacząć już myśleć o następnej przeszkodzie. Będzie nią albo Sabah – mistrz Azerbejdżanu, w którym występuje były zawodnik Lecha Tymoteusz Puchacz – albo mistrz Finlandii Kuopion Palloseura (KuPS).
Po bardzo prawdopodobnym ograniu Aarhus w dwumeczu żaden z tych rywali nie jawi się jak bariera nie do przeskoczenia.
Jarosław Koliński, WP SportoweFakty