Sebastian Staszewski, WP SportoweFakty: Zna pan stadionową przyśpiewkę z lat 80. i 90., która zaczyna się od słów: „Słuchaj Jezu, jak cię błaga lud”?
Marcin Herra, prezes Legii Warszawa: I co jest dalej?
Całość leci tak: „Słuchaj Jezu, jak cię błaga lud, słuchaj z Legii mistrza Polski zrób. My czekamy już 20 lat, Jezu, Jezu, chyba nadszedł czas”. Z roku na rok zmieniała się tylko liczba lat, przez które kibice czekali na tytuł. Wtedy w sumie było ich 24. A teraz ile ich będzie?
Sądzę, że ostatnią rzeczą, której kibice ode mnie oczekują, jest rozpoczęcie naszej rozmowy od deklaracji, kiedy do Warszawy powróci mistrzostwo.
A mnie się zdaje, że jest odwrotnie. Przecież ostatni tytuł zdobyliście pięć lat temu, w sezonie 2020/21.
Mamy swoje ambicje, ale nie zamierzamy publicznie prężyć muskułów. To nic nam nie da, przemawiać mają efekty naszej pracy. Natomiast oczywistym jest, że Legia w lidze zawsze musi walczyć o zwycięstwo.
ZOBACZ WIDEO: Oglądał debiut Lewandowskiego ze stadionu. Nie zakłamywał rzeczywistości
Ale w poprzednich latach nie walczyła. Ostatni raz tak źle na Łazienkowskiej było na przełomie ustrojów, gdy lud błagał Jezusa o upragniony tytuł. Tylko wtedy klub chwiał się jak trafiony ciosem bokser, bo odcięto go od armijnego finansowania, które zniknęło wraz upadkiem komunizmu. A teraz sytuacji winni są konkretni ludzie. Między innymi pan.
Mierzymy się z problemami, to żadna tajemnica. Jednocześnie wciąż jesteśmy najsilniejszą polską marką piłkarską, najbardziej utytułowanym klubem. Poza tym dziś znajdujemy się w innym miejscu niż w grudniu, gdy groził nam spadek…
Wtedy staliście w przedsionku piekła, teraz jesteście w czyśćcu?
Użyłbym innej metafory. Wtedy trwał potężny sztorm, z którego jednak wyszliśmy cało. Wody wciąż są niespokojne, port jest daleko, ale weszliśmy na odpowiedni kurs. Mamy silny sztab szkoleniowy z mocnym liderem oraz drużynę, która rozwija się sportowo i wierzy w wyznaczony kierunek. Ponadto dokładamy kolejne elementy tej układanki.
Skoro macie tyle atutów, to może jednak zadeklaruje pan, że mistrzostwo wróci do Warszawy już za rok?
W interesie całej Legii jest to, aby tytuł wrócił na Łazienkowską jak najszybciej. Ale tak jak mówiłem: nie słowa, lecz czyny mają nas do tego doprowadzić.
Kto jest winny kryzysu, w którym znalazła się Legia?
Każdy sukces jest zasługą całego klubu. Podobnie jest z porażką.
Taki ogólnik to ucieczka od wzięcia odpowiedzialności.
Nie uciekamy od niej. Przeprowadziliśmy dokładną analizę poprzedniego sezonu i mamy konkretne wnioski, które wdrażamy.
Kto więc według nich jest winien sytuacji?
Nie wskażę panu jednej osoby.
Dlaczego?
Bo to wszystko jest znacznie bardziej złożone. Wiemy, które obszary wymagały zmian, poprawy i nowych rozwiązań. Poza tym to też nie jest tak, że do tej pory wszystko robiliśmy źle. Oczywiście, popełniliśmy błędy, które jednak naprawiliśmy, nad innymi dalej pracujemy. Jedną z kluczowych decyzji, która ma nam pomóc, jest ustabilizowanie sytuacji w dziale sportu. Jego liderem jest teraz Fredi Bobić, nasz dyrektor sportowy, który bierze pełną odpowiedzialność za sprawy piłkarskie.
Pan mówi o naprawianiu. A ja pytam, kto popsuł. Pan?
Wina leży także po mojej stronie. Dlatego niedawno przeprosiłem kibiców.
W opublikowanym pod koniec maja oświadczeniu napisał pan: „Chcę was przeprosić. Za wyniki i za rozczarowania, które mijający sezon przyniósł. Przepraszam”. Nie lepiej było wyjść do ludzi i z nimi porozmawiać?
W ten sposób można podważyć wszystko. Niektórzy podważali nawet dzień i godzinę tego listu, sugerując, że chciałem się schować za meczem reprezentacji Polski, co było kompletną bzdurą. Za chwilę natomiast ktoś inny skrytykuje na przykład to, że spotkałem się akurat z panem i porozmawialiśmy w taki, a nie inny sposób. Uważam, że jestem blisko kibiców, nigdy się przed nimi nie chowałem, nie chowam i nie zamierzam tego robić. Regularnie rozmawiam z ludźmi z różnych trybun, pojawiam się w różnych miejscach na stadionie i wysłuchuję uwag, krytyki. W tym sezonie chcemy tą komunikację jeszcze poprawić, planujemy choćby oficjalne spotkania z fanami. Natomiast wracając do moich przeprosin, to dowód na to, że nie uciekam od odpowiedzialności. Przecież ma pan świadomość, jak rzadko zdarza się, że prezes klubu piłkarskiego szczerze i wprost przeprasza.
To fakt, przeprosiny zawsze warto docenić, ale mimo to zapytam pana wprost: czy poda się pan do dymisji?
A dlaczego miałbym?
Bo Legia w ostatnich latach była obrazem nędzy i rozpaczy: zwalnialiście trenerów, nie trafialiście z transferami, chwilę temu walczyliście o utrzymanie, do tego dochodzą się świecące na czerwono tabelki w Excelu. A pan jest twarzą tej porażki.
Nie zamierzam podawać się do dymisji. Na przełomie roku przyjąłem zadanie powierzone mi przez właściciela, a wszyscy pamiętamy, jaka wtedy była sytuacja. Nigdy nie uciekam od odpowiedzialności, ale uważam, że nazywanie mnie „twarzą porażki” nie jest fair. Tak samo jak nie zgadzam się z opinią, że w Legii panują nędza i rozpacz, chociaż mam świadomość, że nasze słabe wyniki determinują dziś ocenę sytuacji.
A ma pan świadomość, że Legii nie da się dziś lubić? Wyników nie ma, idoli, dla których przychodzi się na stadion, nie ma, komunikacja zawodzi. Ludzie są wk…
…wieni. Wiem. Dlatego chcę odbudować wiarygodność Legii. Nie zdarzy się to jednak po moich dziesięciu wywiadach. Zdarzy się to dzięki pracy, którą wykonamy. Dowodem na to jest runda wiosenna, w której nasza średnia punktowa wynosiła 1,9 punktu na mecz. To jest poziom, który Marek Papszun osiągał też w trakcie obu swoich pobytów w Rakowie Częstochowa.
To jednak obraz wyizolowany. Bierze pan pod uwagę krótki wycinek czasu i mówi: „Ten fragment był okej!”.
Rozumiem ten punkt widzenia. Kiedy kryterium oceny sytuacji w Legii jest mistrzostwo, to rzeczywiście nie mamy się czym chwalić. Dlatego musimy sprawić, aby w najważniejszym obszarze, czyli sporcie, zdecydowanie poprawić nasze wyniki. Ale czasem warto spojrzeć trochę szerzej. Od jakiegoś czasu w Legii mamy na przykład wysoką sprawność organizacyjno-biznesową, a to wbrew pozorom istotne, bo pozwala klubowi normalniej funkcjonować. Natomiast do tego musimy dołożyć wyniki sportowe na najwyższym poziomie. Dlatego pierwsza drużyna jest absolutnym, absolutnym, absolutnym priorytetem. Wszyscy mają pracować na jej sukces. Wszyscy. Bo klucz do wyjścia z kryzysu tkwi w działaniu prowadzącym do lepszych wyników.
Na zdjęciu: Marek Papszun i Marcin Herra / fot. Tomasz Jastrzebowski/REPORTER/EastNews
Marcin Herra: Na Marka Papszuna czekaliśmy zbyt długo
Irytacja kibiców wynika także z poszczególnych sytuacji. Jedną z nich było przedłużające się oczekiwanie na Marka Papszuna. Pamiętam jego prezentację. Zapytałem, czy nie żałuje, że tak późno dołączył do klubu. Biorąc pod uwagę to, że na koniec sezonu do europejskich pucharów zabrakło wam tylko punktu, to pytanie powraca jak bumerang. Ale powinienem je zadać panu.
Nie planowaliśmy, że ten proces będzie trwał tak długo…
Kto wtedy zawalił? Pan, dyrektorzy sportowi, Dariusz Mioduski?
Ten temat zamknijmy na stwierdzeniu, że czekaliśmy na Marka zbyt długo. Mieliśmy podstawy zakładać, że cały proces potrwa chwilę, a nie miesiące. Okazało się jednak inaczej. I kosztowało nas to bardzo dużo. Bardzo dużo.
No nie, muszę pana dopytać: kto?
Klub.
Klub to także pani sekretarka, pan ochroniarz. To oni też są winni?
Trener Papszun był zdeterminowany, aby dołączyć do nas jak najszybciej, widzieliście to wszyscy. My też byliśmy zdeterminowani; była determinacja pionu sportowego i, w kluczowych momentach, właściciela. Proces był bardzo złożony, bo z drugiej strony znajdował się wymagający negocjator. A my graliśmy fair. I tyle mogę panu dziś powiedzieć. Kiedyś może będę mógł opowiedzieć więcej.
Nie może pan powiedzieć więcej, bo podpisaliście porozumienie dotyczące milczenia?
Mamy porozumienie na ten temat i nie zamierzamy go łamać.
Zgodzi się pan natomiast z tezą, że zawaliliście tę operację? To będzie pana opinia, nie tajna informacja.
Tak jak powiedziałem: ten proces miał się potoczyć się inaczej, to oczywiste. Ale finalnie nie zależało to tylko od nas. Nie da się już tego sprawdzić, ale gdyby Marek dołączył do nas kilka tygodni wcześniej, to zapewne zwiększylibyśmy szanse na osiągnięcie lepszego wyniku wiosną. I nie mówię tutaj tylko o punktach, które mógłby zdobyć. Mam na myśli choćby analizę sytuacji, dotknięcie tego wszystkiego z bliska, co pozwoliłoby wyciągnąć wnioski przed zimowymi przygotowaniami. Czy jednak dało się to wszystko rozegrać inaczej? Nie sądzę. Bo to nie była kwestia pieniędzy.
Marek Papszun to gwarancja sukcesu?
To bardzo doświadczony trener, jeden z najbardziej utytułowanych w Polsce. Zdobył mistrzostwo, wywalczył dwa Puchary Polski i dwa Superpuchary, wprowadził Raków do Europy. Ma aurę lidera, charyzmę, świetny warsztat. I pasuje do Legii. Piłka nożna to jednak gra zespołowa. Klub to nie jedno nazwisko, a żaden szkoleniowiec sam nie wygrał meczu, dlatego Marek otacza się bardzo merytorycznym sztabem, co również wpływa na szanse na lepsze wyniki.
A czy Papszun to również gwarancja spokojnego funkcjonowania? Jeszcze się sezon nie zaczął, a trener podgryzł was kilka razy w mediach. Że on chciał pozostania Nsame, że na razie żaden piłkarz nie jest blisko.
No, ale nie skłamał.
Nie powiedziałem, że skłamał. Po prostu wrzucił kamyk do waszego ogródka. A przecież wcześniej mieliście ogromne komunikacyjne problemy z Edwardem Iordanescu czy Goncalo Feio, którzy w mediach grali tylko na siebie.
Każdy przypadek jest inny, nie porównywałbym więc Iordanescu czy Feio do Marka. On mówił o tym jak było. Jest szczery i to akurat dobra cecha, nie szukałbym w niej problemów. Fakty są takie, że dzisiaj wszyscy wiosłujemy w tym samym kierunku. Nie musimy się poklepywać po plecach i spijać sobie z dzióbków. Wręcz przeciwnie, chcę byśmy dyskutowali na argumenty i wypracowywali najlepsze rozwiązania dla klubu.
I takie wypowiedzi to wiosłowanie w tym samym kierunku?
To są drobne elementy, które nie wpływają na kierunek, w którym płyniemy. Marek ma swój temperament, ja mam inny, Fredi Bobić ma inny i musimy z tym sobie radzić. Nie róbmy z igły wideł. W momencie tamtej wypowiedzi faktycznie nikt nie był blisko klubu, Michal Sevcík dołączył do nas dopiero 10 lipca. A na dowód, że wiosłujemy w jednym kierunku powiem jeszcze, że nazwisko Sevcíka wyciekło do mediów dopiero kilkanaście minut przed oficjalną prezentacją. Wcześniej wszyscy pracowali w ciszy. A takiej sytuacji przy okazji transferu do Legii dawno nie było.
Kto podjął decyzję o nieprzedłużeniu umowy Artura Jędrzejczyka?
Klub. Bo rozmowy na ten temat odbywały się wśród liderów pionu sportowego.
Kto konkretnie?
Decydujący głos w rozmowach mieli Marek, Fredi Bobić i Piotr Zasada. Decyzja została podjęta po długich dyskusjach. Choć nie była ona jednoznaczna, to nie mogliśmy czekać z nią w nieskończoność. Także ze względu na szacunek do Artura. W końcu spotkaliśmy się w moim gabinecie – ja, Fredi i Artur – i osobiście przekazałem „Jędzy”, co się wydarzy. Jeśli sądzi pan, że było to dla mnie miłe i przyjemne, to nie było. Dla Artura tym bardziej. Przecież Legia to jego życie.
Nawiasem mówiąc, uważa pan, że pożegnanie legendy wpisem na portalu X to objaw klasy?
To nie było pożegnanie. To była tylko informacja.
A co z pożegnaniem?
Będzie. Artur to przecież jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii Legii. Chcemy podziękować mu jako klub, ale też legijna społeczność i z pewnością kibice również będą zaangażowani w całe przedsięwzięcie. Szczegóły przekażemy wkrótce po wspólnych uzgodnieniach.
Marcin Herra: Rok temu na transfery Legia wydała 50 mln zł
Czy Legia jest na skraju bankructwa?
Nie.
Policzył pan kiedyś, co musiałoby się wydarzyć – i ile musiałoby to trwać – żeby Legia spłaciła większość swojego zadłużenia? W tej chwili wynosi ono ponad 170 mln zł.
Ten dług nie zagraża bieżącemu funkcjonowaniu klubu. Wiele podmiotów funkcjonuje z takim zadłużeniem.
To prawda, ale inaczej funkcjonuje się z takim długiem, a inaczej bez.
Gdybyśmy regularnie zajmowali miejsca w czołówce Ekstraklasy, powtarzalnie grali w europejskich pucharach i wciąż dobrze prowadzili klub, to w kilka lat poradzilibyśmy sobie z zadłużeniem. Obsługujemy i regulujemy je od lat, w ostatnim okresie trochę zmniejszyliśmy jego poziom. Teraz z uwagi na wyniki pewnie się to nie uda.
A czy to prawda, że Legia jest otwarta na inwestora mniejszościowego?
To pytanie do Dariusza Mioduskiego, który jest właścicielem klubu.
Nie dostał pan zadania przygotowania klubu do wejścia takiego podmiotu?
Nie.
Ile będzie wynosił budżet na sezon 2026/27?
Budżet na ostatni sezon wynosił nieco powyżej 200 mln zł. Do zamknięcia go zabraknie nam mniej niż kilkunastu procent, choć czytałem różne sumy, które były do nas przyklejane, natomiast nie są one zgodne z prawdą. Budżet na nadchodzący sezon wciąż konstruujemy, chociaż wiadomo, że będzie mniejszy, co jest normalne, ponieważ nie będziemy grali w pucharach. Zakładamy, że będzie na poziomie 170-175 mln zł.
Jakiś czasu temu powiedział pan, że zbliżacie się do sufitu, jeśli chodzi o konsumowanie dnia meczowego. W sezonie 2024/25 zarobiliście z tego tytułu 45 mln zł. Ten sufit oznacza, że skok przychodów jest możliwy już tylko dzięki transferom, pucharom?
Nie. Natomiast te 45 mln zł to efekt ciężkiej pracy, ta kwota nie wzięła się z kosmosu. W Polsce jest kilka klubów ze stadionami o podobnej wielkość co nasz lub większymi i nawet nie zbliżają się do liczb, które my osiągamy. Ale ja i tak oczekuję więcej. Uważam, że jest jeszcze wiele przestrzeni, które możemy zagospodarować. Na przykład organizacja dużych wydarzeń, która poprawia naszą sytuację. Przecież środki z wykorzystania stadionu na matury „Szkoły w Chmurze” czy koncertów zasilają budżet. Model subskrypcji również jest w stanie przynieść nam dodatkowe przychody. To także ogromna zasługa naszych kibiców, którzy mimo sportowych problemów doceniają pracę, którą wykonujemy w innych obszarach, na przykład marketingu czy naszym sklepie. Przez cztery lata mojej obecności w klubie przychody komercyjne na różnych polach wzrosły o kilkadziesiąt milionów. W kilku miejscach poprawiliśmy wyniki nie o kilkadziesiąt, a o kilkaset procent. Dobrym przykładem jest sprzedaż koszulek, która wzrosła trzykrotnie. To ma znaczenie. Natomiast wiemy, że najważniejsze jest to, co możemy zarobić dzięki wynikom pierwszej drużyny.
Ile może więc wynosić budżet Legii, gdyby spełniło się to, co pan mówi? Oczywiście nie uwzględniając awansu do Ligi Mistrzów, który budżet wystrzeliwuje w stratosferę.
250-300 mln zł to absolutnie realne i niewygórowane wartości.
Co ze sponsorem stadionu? Nie ma go od 2015 roku.
Wiem, że niektórzy uważają, iż to tylko słowa, natomiast każdego dnia pracujemy nad tym tematem. To jednak wymagający rynek. My mamy swoje oczekiwania, podmioty zewnętrzne mają swoje…
W Białymstoku sobie na tym rynku poradzili, w Poznaniu też. I we Wrocławiu. Mogę wymienić jeszcze kilka innych miast. A wy jesteście klubem ze stolicy polskiego biznesu…
Naprawdę prowadzimy sporo tych rozmów…
Od 11 lat?
Ja jestem tu od czterech i o tym okresie mogę mówić. A więc prowadzimy rozmowy, szukamy partnerów i budujemy naszą wartość oraz pozycję, dzięki której współpraca z nami będzie atrakcyjna. Dzieje się to między innymi dzięki wspomnianej organizacji wydarzeń. Dzisiaj stadion Legii nie jest miejscem, gdzie odbywają się jedynie mecze piłkarskie. A na to zwracają uwagą potencjalni partnerzy.
Dekadę temu PepsiCo Inc rocznie płaciło Legii około sześciu milionów. Gdyby w 2022 roku podpisał pan sponsora choćby na połowę tej kwoty, na konto Legii wpłynęłoby w tym czasie 12 mln zł. A tak nie wpłynął choćby grosz.
Tak wygląda to tylko na papierze. Przede wszystkim liczymy na partnerstwo strategiczne. Zabiegamy o mocnego, wiarygodnego partnera, który będzie z nami współpracował co najmniej przez trzy lata.
Na co tak naprawdę stać dziś Legię? Nie utrzymaliście w kadrze Radovana Pankova i Juergena Elitima, a ostatnio Jeana-Pierre’a Nsame. Naprawdę nie jesteście w stanie przebić oferty Pogoni Szczecin?
Oczywiście, że jesteśmy. Decyzja o zakończeniu współpracy zawsze jest trudna i indywidualna. Co do Nsame, uznaliśmy, że mamy zawodników z ważnymi kontraktami na jego pozycji. Radovan Pankov otrzymał bardzo atrakcyjną ofertę z Azji, z której skorzystał, do nas dołączyli za to Zoran Arsenić i Robert Deziel Junior. A okno jeszcze trwa. Ale powiem coś panu: pytanie „na co nas stać” jest zabawne. Rocznie na sport przeznaczamy 120 mln zł. W tym samym czasie inne ligowe kluby – poza Lechem – na ten sam cel wydają znacznie niższe kwoty. Więc stać nas na bardzo dużo, więcej niż innych. W poprzednim sezonie decyzją właściciela zainwestowaliśmy zresztą bardzo dużo. W dwóch oknach transferowych na zakupy, prowizje i pensje nowych zawodników wydaliśmy ponad 50 mln zł. To była inwestycja, która niestety nie przyniosła efektu. Teraz nasze ruchy musimy dostosować do możliwości. Kwestią wymagającą bezwzględnej poprawy jest też efektywniejsze wydawanie pieniędzy. Każdy punkt powinien nas kosztować znacznie mniej niż obecnie.
Dlatego rozwiązaliście kontrakty Kacpra Urbańskiego i Claude’a Gonçalvesa, dlatego nie przedłużyliście umów kilku innych piłkarzy?
Zgadza się. W przypadku Kacpra doszliśmy też do konkluzji, że nie daje nam boisku tyle, ile mógłby. Wierzyliśmy w niego mocno, natomiast poprzedni sezon nie był zgodny z oczekiwaniami.
A nie chodziło po prostu o jego miesięczną pensję wynoszącą 50 tysięcy euro?
To również miało znaczenie, bo tak jak mówiłem, dziś zwracamy większą uwagę na efektywność wydawanych pieniędzy. Brak gry w pucharach sprawia, że każdą złotówkę oglądamy dwa razy. Dlatego negocjując nowe kontrakty, zmieniamy proporcje dotyczące kwot gwarantowanych i premii za wyniki. Taki system motywacyjny sprawia, że przy świetnych wynikach zawodnicy będą godnie zarabiać.
A propos, dlaczego Legia nie sprowadziła latem Bartosza Bereszyńskiego? Bartek mógł na Łazienkowską trafić także rok temu i wtedy również klub nie podjął takiego tematu. Mimo iż był do wzięcia za darmo.
Czytałem gdzieś, że inny klub nas przebił. No cóż, prawda jest taka, że tematu transferu nie było. To znaczy był, ale wyłącznie medialnie.
Oszczędności szukacie również w transferach. Sprzedaż młodego Jana Leszczyńskiego do Borussii Moenchengladbach za 3 mln euro została odebrana przez kibiców fatalnie. Niektórzy nazwali to „wyprzedażą garażową”.
Sytuacja budżetowa nie była w tym transferze decydująca.
Trudno w to uwierzyć…
A jednak. Finalnie liczby są pozytywne, ponieważ twardo negocjowaliśmy i w końcu uznaliśmy, że mamy dobrą propozycję. Poza kwotą podstawową zapisaliśmy w kontrakcie atrakcyjne bonusy i procent od następnej sprzedaży. Uważamy także, że transfer do Bundesligi to dla Janka ciekawa ścieżka kariery. Mówiąc „uważamy”, mam na myśli Marka Papszuna i Frediego Bobicia. Więc robienie z tego transferu „wyprzedaży garażowej” nie jest fair. To normalna kolej rzeczy: jedni zawodnicy trafiają do pierwszej drużyny i grają w niej kilka sezonów, inni wyjeżdżają po zaledwie kilku meczach, a jeszcze inni odchodzą bezpośrednio z akademii.
Kto jeszcze odejdzie?
Dla niektórych piłkarzy mamy oferty, niektóre propozycje za kluczowych zawodników zostały odrzucone, ponieważ wiemy, jak dużą wartość sportową dla nas stanowią i nie chcemy ich sprzedawać. Wierzymy, że lepszy wynik sportowy może dać nam większe profity finansowe niż sprzedaż akurat tych zawodników.
Czy w gronie piłkarzy, których chcecie się pozbyć, są Mileta Rajović i Petar Stojanović?
Nie będę mówił o szczegółach i nazwiskach.
Skoro rozmawiamy o transferach, to proszę o szczerość. Czy Rajović naprawdę kosztował trzy miliony euro?
No tak.
Kto był pomysłodawcą tego transferu? Dziś to synonim przepalonych pieniędzy.
Mileta walczy o swoją pozycję, rozumie, jakie są wobec niego oczekiwania. I tyle. Natomiast ostatnią rzeczą, którą zamierzam robić, to publicznie oceniać piłkarzy czy pracowników Legii. Wszystkich zawodników sprowadza Legia i to Legia bierze za nich odpowiedzialność. Cały klub gra do jednej bramki.
To zapytam inaczej: kto odpowiadał za letnie transfery Legii, te na które – jak pan zdradził – wydaliście ponad 50 mln zł.
Przecież wiadomo kto.
Michał Żewłakow i Fredi Bobić.
Tak.
To dlatego Żewłakow odszedł z Legii? Bo był potrzebny kozioł ofiarny?
Nie. Jako osoba podejmująca decyzję uznałem, że trzeba zmienić formułę. Teraz ma być jednoznaczność podejmowania decyzji, proces decyzyjny ma być szybszy. Szukanie drugiego dna nie ma sensu. Michał przychodził do Legii w innych realiach, dziś są inne realia. Spotkałem się z nim i Fredim, podsumowaliśmy ostatnie miesiące i mimo iż pracowało nam się dobrze, postanowiliśmy się rozstać.
Kto ma dziś najważniejszy głos w sprawie transferów: Bobić, Papszun, a może wspomniany Piotr Zasada, którego rozważał pan w roli dyrektora sportowego, a który ostatecznie został dyrektorem skautingu i rekrutacji?
Najważniejszą osobą w dziale sportu jest Fredi Bobić. To do niego należą ostateczne decyzje. Rolą Marka jest z kolei zarządzanie drużyną. Bardzo szanuję, że angażuje się w kwestie transferowe, ale rozumie też strukturę klubu. Szczerze mówiąc chciałbym, abyśmy w tej konfiguracji personalnej popracowali dłuższy czas. To da nam wewnętrzną przewidywalność. Dzięki ostatnim decyzjom, dziś w Legii każdy wie, kto za co odpowiada. Co do Piotrka Zasady, jest on szefem rekrutacji i również jest bardzo zaangażowany w cały proces.
Wprowadził pan w życie pomysł, który chodził kiedyś panu po głowie? Aby stworzyć arkusz, na którym przy okazji transferów będą podpisywać się osoby decyzyjne – żeby później czarno na białym były dowody kto kogo chciał, kto jakie miał uwagi?
Mamy taki arkusz podsumowujący, ale to nic przełomowego. Piotrek Zasada jest profesjonalistą, zawsze przygotowuje dokumenty z odpowiednimi parametrami. Ja raczej dbam o sprawne podejmowanie decyzji, walczę z biurokracją i tworzę jasne zasady działania. Nie potrzebuję piętrzących się gór papieru. Ostatecznie odpowiedzialność i tak spoczywa na Fredim, który pracuje z Piotrem i Markiem. Nie ma jednak transferów przychodzących, pod którymi ktoś ze wspomnianego tercetu się nie podpisze.
Na zdjęciu: Dariusz Mioduski i Marcin Herra / fot. Mikołaj Barbanell/Arena Akcji/NEWSPIX
Marcin Herra: Kraina przeciętniactwa nie jest dla Legii
Nie jest pan przerażony patrząc na to, co dzieje się w Ekstraklasie? Widzew Łódź szasta kasą, Korona Kielce szasta kasą, Wieczysta Kraków szasta kasą. O Lechu Poznań nawet nie wspomnę, bo on w trakcie tego okienka mistrz Polski wydał już blisko 11 mln euro. A wy stoicie z boku i patrzycie, jak inni się objadają.
My też możemy wydać milion euro czy dwa na transfer. Ale czy w tym momencie ma to sens? Widzew niedawno wydał rekordowe kwoty na zakupy i zakończył sezon tuż nad kreską. Dlatego podawanie konkretnych kwot jako dowodu na to, że ktoś komuś odjechał, nie ma sensu. Obecnie szukamy innej drogi do osiągnięcia celów; innej niż nieroztropne wydawanie kasy. Przykłady kilku klubów pokazują, że to możliwe. Zresztą uważam, że piłkarzy należy kategoryzować ze względu na umiejętności czy potencjał, a nie pod kątem wartości rynkowych. Wspomniany Urbański przychodząc do nas był wyceniany na cztery miliony euro, a dzisiaj jego wartość jest znacznie niższa. Z kolei Leszczyński wyceniany był na 600 tysięcy euro, a sprzedaliśmy go za ponad pięć razy drożej. O, albo Rafał Adamski. Przyszedł do nas za symboliczną kwotę, a jego wkład w grę ofensywną jest bardzo istotny.
Czyli mimo to nie boi się pan, że kilka klubów wejdzie na inny poziom finansowy i na długie lata wylądujecie w krainie przeciętniactwa?
Patrzę na Legię, widzę ludzi, którzy osiągnęli sukcesy, ale też takich, którzy przeżyli trudne chwile. Widzę silny sztab, mocno pracujących zawodników i pracowników. Widzę zjednoczony klub, który zna swoją wartość. A to daje mi wiarę, że kraina przeciętniactwa nie jest dla nas.
Różnicę mogłaby robić wasza akademia. Ale kiedy cała Polska wprowadza młodych do składów, wy szkolicie i… puszczacie ich w świat. Po co więc LTC, skoro nic z niego nie wynika?
Użył pan bardzo niefortunnego sformułowania. Jakie „nic nie wynika”? Leszczyński to nic? Janek Ziółkowski, którego sprzedaliśmy do Romy to nic? Kuba Żewłakow to nic?
Dobrze, ma pan rację. Dla pierwszej drużyny Legii wynika z tego niewiele.
Z tym trochę się zgadzam, a trochę nie. Zgadzam się, że są kluby, które w ostatnich latach robiły to lepiej niż my. Nasze aspiracje były wyższe i to jest fakt. Nie zgadzam się natomiast, że nic z tego nie mamy. Do składu wprowadziliśmy Kacpra Tobiasza czy Ziółkowskiego. Zależy nam, aby przepływ między akademią, a pierwszą drużyną był jeszcze lepszy i mocno nad tym pracujemy. Wierzymy, że zapowiedzią lepszych czasów są sukcesy naszych drużyn do lat 17 czy 19. Mamy też rezerwy, które właśnie awansowały do II ligi, mamy współpracę z Pogonią Grodzisk Mazowiecki. Na obozie w Niemczech był dyrektor naszej akademii Bartłomiej Zalewski, który obserwował dziewięciu chłopaków, których Marek Papszun zabrał na zgrupowanie…
Mamy uwierzyć, że akurat Marek Papszun jest tym, który tych młodych będzie do pierwszej drużyny wprowadzał? Kto go zna ten wie, że Marek kocha żołnierzy gotowych do walki, a nie młokosów potrzebujących czasu na naukę.
Niedawno rozmawiałem z nim o konkretnych nazwiskach i z postawy kilku chłopaków Marek jest zadowolony. Jedni będą trenowali z pierwszą drużyną i schodzili na mecz do rezerw, inni trafią do drugiego zespołu, kolejni do Pogoni, ale będą też tacy, którzy dostaną od niego szansę. Moim zdaniem parametr wieku nie będzie miał znaczenia. Jeśli ktoś będzie dobry, to będzie grał. Choć akurat przypadek Marka jest bardzo ciekawy, ponieważ jego poprzedni klub z zasady nie wprowadza masowo wychowanków na najwyższy poziom. O ile dobrze pamiętam, w najstarszej kategorii młodzieżowej Raków nawet nie miał drużyny występującej w Centralnej Lidze Juniorów. Oczywiście, to nie jest żaden wyznacznik, natomiast pokazuje, że w Legii potencjał młodzieży jest większy. Inna sprawa, że Marek kilku młodych chłopaków w Częstochowie zbudował: Piątkowskiego, Trelowskiego, Ledermana.
Ale żeby wejść na odpowiedni poziom, czasami po prostu potrzeba czasu. Dobrym tego przykładem jest Lech, który młodym daje szansę, nawet jeśli oni czasem zawodzą.
To dyskusja publicystyczna.
Ujmę to inaczej: żeby gwiazda Roberta Lewandowskiego zabłysnęła w Borussii Dortmund, potrzebny był mu pierwszy sezon, w którym zupełnie nie błyszczał. Ale Juergen Klopp był cierpliwy i wciąż dawał mu szansę. Bez tego pierwszego sezonu i tej cierpliwości, nie byłoby czterech bramek strzelonych Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów i tak dalej.
Rozumiemy to i pracujemy nad tym. To, z czym się mierzymy, to systematyczne płynne przeprowadzania zawodników z akademii czy rezerw do pierwszej drużyny. Mamy na to plan. Po zmianach trenerskich system gry rezerw będzie taki sam jak jedynki. Dzięki temu trenowanie w pierwszej drużynie, ale grywanie w drugiej, będą kompatybilne. W rezerwach chłopaki będą zyskiwać minuty i doświadczenie, a to przyspieszy ich debiut w jedynce. Gdy nadejdzie czas, będą na to gotowi. Marek będzie brał czynny udział w tym procesie. Kilkunastu młodych zawodników zaczęło przygotowania z pierwszym zespołem, sztab ich obserwował, analizował i dokonywał selekcji. Jeśli któryś z tych chłopaków zapracuje na miejsce w składzie, to będzie grał.
Sen o Legii mającej być fabryką talentów to sen Dariusza Mioduskiego. A LTC to jego pomnik. Jaka jest dziś jego realna rola w klubie?
Darek jest właścicielem klubu, który świadomie powierzył mi jego bieżące zarządzanie. I z tego mnie rozlicza.
A może tylko pan tak mówi, a za sznurki ze swojego gabinetu – sąsiadującego zresztą z pańskim – pociąga pan Mioduski?
Nie, Darek nie bierze udziału w codziennych decyzjach. Raz na jakiś czas rozmawiamy i oczywistym jest to, że omawiamy kierunek, w którym idziemy. Natomiast przede wszystkim skoncentrował się na roli właścicielskiej i tematach międzynarodowych.
Od stycznia to pan trzyma legijny ster. Stało się to za późno?
Gdy Darek mi zaufał, byłem na to gotowy. Ale gotowy byłem również wcześniej.
Brak tej decyzji krępował panu ręce?
Odpowiem tak: myślę, że z punktu widzenia zarządzania klubem dziś jest dużo czytelniej, niż było do momentu podjęcia przez Darka decyzji.
Wrócę do pytania o dymisję – a może funkcja prezesa zarządzającego nie jest dla pana? Uwielbia pan mówić o tym, na czym się pan zna – eventach, koszulkach, marketingu, subskrypcjach, technologiach. I w tym Legia rzeczywiście jest wzorem dla innych klubów Ekstraklasy. Ale klub piłkarski to nie jest zwykła korporacja. Przede wszystkim chodzi o sport, on determinuje wszystko. A być może pan się na tym sporcie nie zna.
Działam w biznesie sportowym od blisko 20 lat, zarządzałem prywatnymi firmami, trudnymi, złożonymi projektami, zazwyczaj związanymi ze sportem. Kiedy obejmowałem spółkę PL.2012 ludzie mówili: „Panie, pan się nie znasz na organizacji turnieju Euro!”. Później zarządzałem Stadionem Narodowym czy kilkunastotysięczną areną w Gliwicach, organizowałem też mistrzostwa Europy w piłce ręcznej. Zawsze były głosy krytyków, ale w każdym z tych tematów sobie poradziłem. Natomiast wbrew obiegowej opinii ja bezpośrednio się sportem w Legii nie zajmuję. Moim zadaniem jest stworzyć warunki, w których sport jest najważniejszy i wygrywa. Nie zarządzam drużyną. Zarządzam klubem.
To po co jakiś czas temu angażował się pan w kwestie sportowe? Brał pan przecież udział w komitetach transferowych.
Zostałem poproszony, abym brał w nich udział, ale nie po to, bym opiniował zawodników. Chodziło o inny powód, międzyludzki.
Ma pan na myśli napięcia pomiędzy trenerem Goncalo Feio a dyrektorem sportowym Jackiem Zielińskim?
Taka była wówczas potrzeba chwili.
Włączenie się w tematy sportowe było błędem? Nieżyczliwi szeptali: „Herra chce zarządzać w Legii wszystkim, nawet transferami”.
Wspierałem niektóre działania, ale nie zarządzałem. Po prostu na zewnątrz moja rola nie została wystarczająco jasno wyjaśniona. Wewnątrz nikt nie uważał, że jestem naddyrektorem sportowym. Nie czuję się w tej roli dobrze, nie mam odpowiednich kompetencji ani też ambicji, aby bawić się w skauta czy trenera. Moją rolą jest, jak powiedziałem, zarządzanie klubem. A to zdecydowanie co innego.
Nie chciał pan powiedzieć, kiedy mistrzostwo wróci do Warszawy, więc zapytam inaczej: o co Legia chce grać w tym sezonie Ekstraklasy?
O to, żebyśmy przed każdym meczem byli przygotowani do zwycięstwa.
Czyli żadnych deklaracji?
Żadnych. Mamy swoje aspiracje, ale nie będziemy o nich mówić głośno.
A może nie chce pan zadeklarować mistrzostwa, bo wcale nie zna pan na nie przepisu? A tak pan kiedyś powiedział: „Znam przepis na mistrzostwo”. To jak jest?
W tamtej wypowiedzi nie mówiłem o żadnych magicznych recepturach, po prosto uważam, że ciężka, mądra praca w zgranym zespole przyniesie efekty. Ale wiem też, że trzeba uważać na słowa. Jestem świadomy, że dzisiaj zaufanie do nas jest mocno ograniczone, ale zrobię wszystko, by je odbudować.
rozmawiał Sebastian Staszewski, WP SportoweFakty
Legia Warszawa zainauguruje sezon 2026/27 PKO Ekstraklasy w piątek 24 lipca wyjazdowym meczem z Pogonią Szczecin (g. 20:30).