Gdańskie rodzeństwo Łukasz i Natalia Wingert byli na 18 meczach piłkarskiego mundialu za oceanem.

Natalia i Łukasz Wingert z Gdańska spędzili blisko 40 dni za oceanem, przemierzając Stany Zjednoczone i Meksyk w pogoni za piłkarskimi emocjami. Zobaczyli 18 meczów, 21 razy zmieniali miejsce pobytu, a po drodze poznali kibiców z całego świata. Dla nich mundial był nie tylko sportowym świętem, ale przede wszystkim podróżą życia.


Ranking.trojmiasto.pl –
Najlepsze biura podróży w Trójmieście

Gdańsk, Gdynia, Sopot


więcej

18 meczów, 21 miast i 40 dni w drodze
Maciej Słomiński: Wróciliście właśnie z mundialu zza wielkiej wody, która jest u was godzina?

tak, jeśli to naprawdę byłoby moje wielkie marzenie
17%

tak, ale tylko na krótszy wyjazd
8%

raczej wolę inne formy podróży
22%

nie, nie interesują mnie takie wyjazdy
53%

Łukasz Wignert (ŁW): Jesteśmy wciąż sześć godzin do tyłu, ale spokojnie dochodzimy do siebie. Nie jesteśmy debiutantami na wielkiej imprezie. To był nasz czwarty mundial. W Rosji byliśmy na 10 meczach, w Katarze na 17, teraz na 18, jest więc progres. Zaliczyliśmy 17 meczów w USA oraz jeden w Meksyku i szczerze mówiąc, kilkudniowy wyjazd do drugiego z tych krajów był epicki. Meksyk to kraj zwariowany na punkcie futbolu, ceny za bilet na mecz ich reprezentacji osiągały 15 tys. dolarów. To więcej niż za finał mistrzostw świata. Szaleństwo!

Mieliśmy bilety na mecz Meksyk-Czechy, ale sprzedaliśmy je i polecieliśmy do Guadalajary na mecz Kolumbia – DR Kongo. To okazało się strzałem w dziesiątkę, to był jeden z naszych najlepszych wyjazdów.

Europę doskonale znamy, tu mieszkamy na co dzień, dlatego mundial dla nas był szansą na obserwację kibiców z krajów latynoamerykańskich. Pierwszy raz kibiców Kolumbii mieliśmy okazję zobaczyć z bliska w Kazaniu na meczu z Polską podczas mistrzostw świata w 2018 r. To był chyba jeden z niewielu meczów, gdzie kibicom polskim przez gardło nie przeszło „gramy u siebie”. 90 proc. publiki stanowili Kolumbijczycy, nas Polaków była garstka, w dodatku tacy smutni byliśmy przy tym latynoskim żywiole, przegrywając sromotnie 0:3.

Natalia Wingert (NW): Po meczu w Guadalajarze poszliśmy do fanzony, żeby oglądać mecz Meksyku… Czegoś takiego nie widzieliśmy nigdy. Strefa kibica była tak nabita, że nie można było podejść do ekranu bliżej niż 300 metrów. Wszystkie przepisy przeciwpożarowe i BHP zostały złamane. Nagle urwanie chmury, deszcz i Meksyk zaczął trafiać do siatki. Po ostatnim gwizdku ulice wypełniły się szczęśliwymi tłumami kibiców.

Meksyk pokazał im, czym jest prawdziwa piłkarska pasja
Zdecydowana większość meczów była w USA, ale widzę że jesteście pod wielim wrażeniem Meksyku.

NW: Pod względem kibicowskim, w ogóle nie ma co porównywać Meksyku z USA. Nawet podczas meczów daleko od granicy meksykańskiej, np. Brazylia – Norwegia w Nowym Jorku przez doping kibiców przebijało się głośne: „Mexico, Mexico!” i robiła się wielka wrzawa. Oni byli wszędzie, bardzo kochają futbol.


Zostawiła Gdańsk i zaczęła od nowa - Australia okazała się jej nowym domem
Zostawiła Gdańsk i zaczęła od nowa – Australia okazała się jej nowym domem

A jak było pod względem kibicowskim w USA?

ŁW: „Soccer” – nie może nam to słowo przejść przez gardło. Amerykanów jest 300 milionów, to są bogaci ludzie, którzy uznali że warto się przejść na mecz lub dwa, pokazać się. Czekali w kolejce po nachos, by zrobić sobie zdjęcie na Instagram, że byli na mundialu i świetnie się bawili. Jest akurat rzut rożny, a tu ktoś idzie z colą…

Wyjazd na mundial za ocean to kosmos finansowy. Po drodze spotkaliśmy rodaków, którzy byli na 2-3 meczach i dla nich też wielki szacunek. My ciężko pracujemy, żeby móc jeździć, nie pożyczamy od nikogo, podróżujemy za swoje. To nie jest kwestia pieniędzy, że my tam poleciliśmy, tylko pasji.

Gdańskie rodzeństwo, Natalia i Łukasz Wingert było wspólnie na 18 meczach piłkarskiego mundialu za oceanem.

Stany Zjednoczone Ameryki to ogromny kraj – jak się przemieszczaliście?

ŁW: Policzyliśmy to i wyszło nam, że 21 razy zmienialiśmy miasto pobytu różnymi środkami lokomocji. Samolotem, samochodem, wynajętym autem. Nawet jakbyśmy się przemieszczali w złotych butach, to byśmy się zajechali, gdyby nie było pasji. Nasz wyjazd to dowód miłości do sportu i determinacji. Mamy finansowe możliwości, ale też bez przesady. Nie spaliśmy w Ritz – Carltonie, tylko w średniej klasy hotelach, czasem lataliśmy bezpośrednio, ale często też z przesiadkami, żeby było taniej albo jechaliśmy autobusami. Nie jest tak, że dzwoniliśmy do concierge jak David Beckham, żeby załatwił bilety. Ciężka była praca przy ustaleniu logistyki, żeby to było rozsądne finansowo. Cały czas kombinacje alpejskie, gdzie spać, jak dojechać z lotniska i na stadion. Ja byłem za oceanem od 10 czerwca do 20 lipca, Natalia wróciła pięć dni wcześniej, 35-40 dni poza domem.


Agnieszka Hajdas zaprojektowała luksusowe safari w Arabii Saudyjskiej
Agnieszka Hajdas zaprojektowała luksusowe safari w Arabii Saudyjskiej

Ile kosztowały bilety na mecze?

NW: To paradoksalnie jest trudne pytanie. Bilety były podzielone na kilka kategorii, zwykle są one rozłożone dość równomiernie, tymczasem teraz najbardziej przystępne cenowo kategorie trzecia i czwarta miały łącznie jakieś 5 proc. pojemności obiektu. Ceny były totalnie różne, choć nie da się ukryć, że do najniższych nie należały – ze strony FIFA to był festiwal chytrości. Cały czas polowaliśmy na bilety. Nie chcemy mówić, ile nas kosztowała ta wycieczka, bo to nawet trudno policzyć, ale tak jak powiedział jeden z bohaterów filmu „Sztos”: dobra młody, odrobimy.

Ceny były różne w różnych miastach, w zależności od zamożności jego mieszkańców. Dlatego Los Angeles było najdroższe, potem Nowy Jork, z kolei Kansas City, Houston i Dallas tańsze. Większość biletów mieliśmy z portalu FIFA, część kupiliśmy na specjalistycznych stronach jak Viagogo, przez lata jeżdżenia na mecze na całym świecie wyrobiliśmy sobie mnóstwo znajomości, to najlepsza waluta. Nie było biletów papierowych, tylko w aplikacji, a kod QR na biletach aktywował się dopiero przez wi-fi na stadionie. To uniemożliwiało robienie zrzutów ekranów i ograniczało handel biletami poza oficjalnym obrotem. Nie można było tych biletów kupować cały czas, bo FIFA robiła okna, dostawało się info na maila, że za dwa dni między 12 i 14 będą w sprzedaży bilety takie i takie.

Gdańskie rodzeństwo Natalia i Łukasz Wingert byli na 18 meczach piłkarskiego mundialu za oceanem.

Widzę, obserwując wasze social media, że podróżujecie na mecze właściwie non stop.

ŁW: W tym roku zrobiliśmy karetę: finał Ligi Mistrzów, Ligi Europy, Ligi Konferencji i mistrzostw świata. Kiedy się w to wkręciliśmy? Myślę, że stopniowo, tak jak z biznesem gastronomicznym, który od lat prowadzę (sieć Surfburger – przyp. red.). Na początku był jeden punkt na Morenie, potem na Garncarskiej i tak poszło. Dziś tych sklepów jest 12.

Im bardziej szedł biznes, tym bardziej rozkręcała się zajawka piłkarska. Nie chodzi o to, że się chwalimy, jakie mamy niesamowite życie, jak my jeździmy po świecie itd. Chcemy, żeby ludzie zobaczyli, że to nie kosztuje nie wiadomo ile, jeśli sobie wcześniej zaplanujesz.

Wczoraj kupiliśmy bilety na pięć meczów Manchesteru City. Z United, Arsenalem, Liverpoolem, Aston Villą i Chelsea. Za 10 biletów na pięć hitowych meczów 580 funtów, średnio 58 funtów za mecz najlepszej ligi świata. Może dla kogoś to dużo, moim zdaniem to osiągalne dla kieszeni każdego kibica.


Ranking.trojmiasto.pl –
Najlepsze burgery w Trójmieście

Gdańsk, Gdynia, Sopot


więcej

Mundial pod względem planowania i logistycznym to najtrudniejszy do tej pory nasz wyjazd. Los Angeles, później Kansas, Nowy Jork, Boston, Dallas, stamtąd do Guadalajary, potem do LA. Tam był ten straszny mecz RPA – Kanada, chcieliśmy, żeby się skończył. Potem do Houston, dalej w autobus do Dallas, stamtąd do Atlanty na mecz Anglia – DR Kongo. Wreszcie do Miami i potem do Filadelfii, gdzie akurat trafiliśmy na 250-lecie Stanów Zjednoczonych. Tam 40 stopni było, nie dało się oddychać, ta przerwa na nawodnienie nie była taka bez sensu, a w Teksasie to już w ogóle hard core. Z Filadelfii do Nowego Jorku, a potem do Atlanty.

Gdańskie rodzeństwo Natalia i Łukasz Wingert byli na 18 meczach piłkarskiego mundialu za oceanem. Na zdjęcie podczas jednego z meczów z wielkim francuskim trenerem, Arsenem Wengerem.

Brzmi jak przygoda życia.

ŁW: Wystarczy chcieć, mamy własny los w swoich rękach. My Polacy często mamy w głowie, że nie możemy, że to drogo i za daleko. Mistrzostwa świata, na które my pojechaliśmy, to już jest duży wydatek, duże poświęcenie finansowe. To impreza skrajnie komercyjna, ale już polecieć z Gdańska do Leeds czy Manchesteru za 80 zł, wziąć hotel normalny trzygwiazdkowy, potem pójść do pubu i na mecz, to jest do zrobienia. Studenci w Polsce zarabiają 32 zł za godzinę, łatwo policzyć ile trzeba odkładać, żeby się wybrać na Premier League.

Przestańmy być przestraszeni, a zacznijmy żyć. W zeszłym roku byłem na 70 meczach za granicą. W ciągu tygodnia ciężko pracujemy, by w weekend polecieć na mecz, gdzie też mogę pracować zdalnie. Na meczach na całym świecie można wielu Polaków spotkać, zajawkowiczów, pozytywnych wariatów. Jesteśmy na różnych grupach: jeden jeździ na Bałkany, drugi do Dortmundu, sporo się można dowiedzieć i nauczyć.

W USA poznaliśmy gościa z Boca Juniors, mówi: jak przylecicie, pójdziemy na kolację, postawię wam bilety na mecz. Jak jesteś otwarty, nie zadufany, nie boisz się podejść i zagadać, nawiążesz kontakt z każdym. Argentyńczycy czy Brazylijczycy też są ciekawi Polski, a jeszcze jak im pokażesz zdjęcia, że byłeś w Buenos czy w Rio, to już są twoi.


Więcej w serwisie Ogłoszenia
(32)

Jak się w ogóle u was zaczęło zainteresowanie piłką nożną, sami ją uprawialiście?

NW: Nasz ojciec interesował się piłką, Łukasz grał w piłkę od dzieciaka, ja też kopałam ze starszym bratem. Jesteśmy od dziecka kibicami Lechii Gdańsk, ja przez chwilę pracowałam w ukochanym klubie.

ŁW: Miałem chyba pięć lat, gdy ojciec mnie pierwszy raz zabrał na Lechię, pamiętam, że chyba Sławek Wojciechowski zdobył bramkę z dystansu. Spodobało mi się, ten klimat, zapach papierosów, trochę brud, ekscytacja tłumu i radość dorosłych facetów, którzy cieszą się jak dzieciaki.

Dziś traktujemy piłkę nożną jak wentyl bezpieczeństwa, dzięki niej nie myślimy o problemach dnia codziennego i po prostu koncentrujemy się na grze, na trybunach. Nic nie ma piękniejszego niż zwycięska bramka w 90. minucie, kiedy kibicujesz swojej drużynie, która się męczy, a w końcu osiąga cel. To jest zatracenie. Mało jest takich rzeczy, w których możesz się zatracić i zapomnieć o wszystkim.

Zgubiony telefon i mieszkanie na Manhattanie. Tak poznali ludzi z całego świata
Wasza amerykańska misja była pełna różnych przygód.

ŁW: W Kansas City na imprezie zgubiłem telefon, gdzie miałem wszystkie bilety. To była argentyńska impreza w klubie, Amerykanie chcieli mieć ich pod kontrolą, dlatego zrobili wielkie party. Tancerki, flagi, Messi i Maradona. Nawet kibice Boca i River Plate bawili się razem, zawieszenie broni na reprezentację. I dwóch Argentyńczyków pomogło mi w środku nocy znaleźć ten telefon, wydaje mi się, że nawet oni mogli go wcześniej wyjąć z kieszeni, ale że byliśmy w koszulkach albiceleste, to stwierdzili, że nie będą nas „kroić”. Zacząłem im pokazywać zdjęcia z Argentyny i zaraz byłem ich bratem.

Byliśmy na siedmiu meczach Argentyny z ośmiu, które rozegrała na mundialu. Opuściliśmy tylko ich mecz z Jordanią. Największy moment wzruszenia to gdy Argentyna w 10 minut odrobiła straty z Egiptem, wtedy emocje puściły i były łzy. Byliśmy na siedmiu z ośmiu meczów Argentyny, więc niektórzy nas kojarzyli, kiwali nam głowami, mimo że nie mówimy po hiszpańsku. My się czuliśmy tą częścią tej grupy. Na tym wyjeździe byliśmy Argentyńczykami. I potem od słowa do słowa, Alejandro ma bilety na ten mecz, czekaj, zaraz do niego zadzwonię…

Specjalne pozdrowienia dla Dominika, którego poznałem w tym roku w Marrakeszu na Pucharze Narodów Afryki. Dominik mieszka w Nowym Jorku, poznałem go przez Kubę, kibica ŁKS na meczu Vasco da Gama w brazylijskiej faweli. Dominik udostępnił nam swoje mieszkanie w Nowym Jorku, na Manhattanie, samemu wyprowadzając się do dziewczyny. Połączyła nas wspólna pasja, zostawił nam apartament, za który normalnie płaci się dużo dolarów za dobę.


Mały Książę, wielkie wyzwanie Jacka Pałubickiego. 942 km wpław, od Wisły do Gdańska
Mały Książę, wielkie wyzwanie Jacka Pałubickiego. 942 km wpław, od Wisły do Gdańska

NW: Przy okazji Dominik pokazał nam Nowy Jork oczami mieszkańca. Zabrał nas do Harlemu, na imprezy do Meksykanów, w Queens do Ekwadorczyków itd.

Gdańskie rodzeństwo Natalia i Łukasz Wingert byli na 18 meczach piłkarskiego mundialu za oceanem.

Dokumentujecie swoje podróże w social mediach.

NW: Mamy taki kanał Futbolove tripy, gdzie pokazujemy vlogi z różnych miejsc na świecie. Kanwą tych wycieczek jest piłka nożna, ale staramy się te mecze pokazać od innej strony, ich otoczkę, w jaki sposób wejść, ile kosztują bilety, gdzie pójść na dobre żarcie, jak tam się w ogóle dostać. Mieszamy futbol z lifestylem, taka piłkarska antropologia.

Mamy takie zacięcie marketingowe, zresztą biznes też na tym urósł, robiliśmy koncerty, kręciliśmy rolki itd. Czasem nagramy bramki z meczu, ale to można zobaczyć w TV, ale raczej staramy się pokazać kulisy.

ŁW: Na mecz Brazylia – Norwegia mieliśmy dobre miejsca koło VIP-ów. Mieliśmy sporo szczęścia, że siedzieliśmy obok nich, ale też w takiej sytuacji musisz wiedzieć, jak wygląda ojciec Erlinga Haalanda i Christo Stoiczkow, bo on jest obok. Ta rolka osiągnęła zasięg 7 mln odsłon. Radość Messiego – 1,2 mln. A na przykład Antonella, żona Messiego, 100 tys. zasięgu.

ŁW: To też jest w pewnym sensie praca, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i reagować. Poziomo do filmów. Pionowo na Instagram. Jeździmy razem na mecze od lat, jesteśmy zgranym teamem, ale przez miesiąc w USA też mieliśmy kryzysy, jak to brat z siostrą. Ale wciąż się kochamy i planujemy dalsze podróże.

Na milionach wyświetleń nam nie zależy, jak komuś się podoba, to fajnie, że jest to docenione, ale nie jest to główna motywacja, bo bardziej chodzi o ocalenie wspomnień od zapomnienia. Jeśli coś lubisz, to w pewnym momencie to zaczyna rosnąć jak ciasto. Chcemy to pokazać dzieciom za 30 lat, jacy ich rodzice byli zwariowani i jeździli na mecze na drugi koniec świata.

Z tego, co było widać w TV, istnieje przepaść między europejskimi a południowoamerykańskimi kibicami na mistrzostwach świata.

NW: Europejscy kibice preferują piłkę klubową, fani PSG są najgłośniejsi na kontynencie, ale reprezentacyjną mają w poważaniu. Półfinał Francja – Hiszpania, świetny poziom piłkarski, strategia na najwyższym poziomie, ale gdybyśmy krzyknęli, że nie lubimy Kyliana Mbappe, on by to usłyszał. Stypa! Jest przepaść między starym kontynentem a Latynosami na mundialach.


Mundialowa gorączka sobotniej nocy w Gdańsku. Angielskie lwy pożarły norweskie wiosła
Mundialowa gorączka sobotniej nocy w Gdańsku. Angielskie lwy pożarły norweskie wiosła

Tobie, Łukaszu, udało się zobaczyć finał mundialu, wielka rzecz.

ŁW: Miałem bilet kategorii drugiej na finał za 7,5 tys. dolarów gdzieś wysoko, pod sufitem prawie. Stwierdziłem, że sprzedaję go na Viagogo i będę czatował na coś lepszego. Kupiłem droższy, który potem też sprzedałem, bo po dramatycznym meczu Argentyna – Anglia ktoś w Buenos Aires albo Rosario stwierdził, że musi zobaczyć Messiego w finale.

Później kupiłem tańszy jeszcze, ale w lepszym miejscu. Cały czas były kombinacje alpejskie, posprzedawaliśmy trochę biletów, żeby kupić potem inne. Tanio kupić, drogo sprzedać, Polak potrafi (śmiech).


Nadchodzące imprezy sportowe IMPREZY I WYDARZENIA

więcej

Mundial się skończył, ale futbolowa podróż trwa dalej
Co dalej z waszą pasją? Jakie podróże planujecie? Czy jesteście już spełnieni jak Marc Cucurella, który powiedział, żeby hiszpański selekcjoner już do niego nie dzwonił, bo wygrał mistrzostwa Europy i świata.

ŁW: Myślałem, że będę chciał sobie odpocząć jakiś miesiąc, ale już wracając z USA naszło mnie, żeby sprawdzić, kto gra w Ekwadorze, bo tam jeszcze nie byłem. Jestem historykiem z wykształcenia, Natalia politologiem, więc zawsze staramy się jak najwięcej dowiedzieć o kulturze danego kraju. Czytamy o mieście, sprawdzamy, co działo się w takim Dallas, poza zamachem na JFK.

Trochę też patrzę pod kątem biznesu gastronomicznego, żeby coś podpatrzeć, żeby nasza sieć Surfburger się rozwijała na wzór 7th Street Burger, sieciówki specjalizującej się w „smash burgers” w Nowym Jorku.

NW: Jestem zmęczona, ale już o tym myślę, żeby wybrać się na Lechię w sobotę (śmiech).