4:1 dla Lecha Poznań na wyjeździe. Co może pójść źle? Wydawało się, że nic i „Kolejorz” musi tylko przypilnować rewanżu i powinien być awans do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów.

Jednak już pierwsze minuty spotkania przy Bułgarskiej pokazały, że coś tu nie gra.

Niels Frederiksen wściekał się przy linii bocznej, bo jego zawodnicy nie potrafili utrzymać się przy piłce i w dość prosty sposób ją tracili.

A żeby tego było mało, to w 32. minucie AGF Aarhus wyszedł na prowadzenie. I trudno nie odnieść wrażenia, że spokojnie można było tego gola uniknąć.

ZOBACZ WIDEO: Mocna opinia o Lewandowskim. „Był ciałem obcym”

Zacznijmy od tego, że wydawało się, że jest po akcji. Robert Gumny odebrał piłkę rywalowi i miał sytuację pod kontrolą. Problem w tym, że za chwilę podawał bardzo lekceważąco i w zasadzie oddał futbolówkę rywalom.

A później? Kristian Arnstad wbiegł w pole karne przy bardzo biernej postawie defensywy „Kolejorza”. To nie był najbardziej spektakularny drybling w historii futbolu, a mijał zawodników Lecha niczym tyczki na treningu.

W kluczowym momencie podał do Tobiasa Becha, a ten zaskoczył Mateusza Lisa strzałem z bardzo ostrego kąta. Choć zaznaczmy, że wyraźnie pomógł mu rykoszet.

Zobacz bramkę dla Aarhus: