To była kompromitacja Lecha Poznań. Nie bójmy się tych słów. Po wygranej na wyjeździe 4:1 sytuacja była fantastyczna, bardzo komfortowa. A skończyło się tak, że nikt by tego nie przewidział. To aż nie do uwierzenia.

Najlepiej grę „Kolejorza” podsumowuje zachowanie Nielsa Frederiksena, który w pewnym momencie (jeszcze w pierwszej połowie) strasznie się wściekł i zaczął gestykulować przy linii bocznej. Trudno się dziwić, bo oglądaliśmy dużą nerwowość, proste straty, co tylko napędzało rywali.

Skąd to się brało? Trudno powiedzieć, bo przecież Lech miał bardzo komfortowe prowadzenie po pierwszym meczu. A tutaj jeden gol, w drugiej połowie rzut karny i 0:2. A na kwadrans przed końcem w dwumeczu był już remis. Wydarzyło się coś, co przecież nie miało prawa się wydarzyć. I co? Dogrywka. Lech dostał trzy ciosy, po których nie potrafił się otrząsnąć i trzeba było grać dodatkowe 30 minut.

W dogrywce niby Filip Jagiełło dał nadzieję, ale Duńczycy odpowiedzieli w mgnieniu oka. Na koniec wszystko rozstrzygnęło się w konkursie rzutów karnych. A te rywale strzelali po prostu bezbłędnie i to oni zagrają z Sabah FK w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.

ZOBACZ WIDEO: Mocna opinia o Lewandowskim. „Był ciałem obcym”

Największym – nazwijmy to – impostorem był Robert Gumny. To była jedyna zmiana względem pierwszego meczu w Danii i zawodnik z doświadczeniem w Bundeslidze zawiódł na całej linii. To jego strata była preludium do pierwszej bramki. Wreszcie to on absurdalnym zagraniem piłki ręką sprokurował rzut karny na początku drugiej połowy.

Czy musiało być tak źle? Mimo iż Lech nie zachwycał, to i tak w pierwszej połowie miał dwie dobre sytuacje. Był strzał Mikaela Ishaka, po którym genialnie interweniował Mads Hedenstad. Do tego stuprocentową okazję miał Luis Palma, jednak w tylko sobie znany sposób nie trafił do bramki z pięciu metrów.

Zamiast tego mnożyły się straty i po jednej z nich goście objęli prowadzenie. Była 32. minuta, gdy natychmiast wykorzystany został błąd Gumnego. Duńczycy rozklepali defensywę Lecha i z ostrego kąta gola strzelił Tobias Bech. Na 2:0 z rzutu karnego podwyższył Kristian Arnstad, choć Lis był bardzo blisko skutecznej interwencji. A trzeciego gola po rzucie rożnym strzelił mierzący bliski dwa metry Frederik Tingager. „Kolejorz” miał w drugiej połowie uderzenie Palmy z rzutu wolnego, gdy świetną interwencją popisał się Mads Hedenstad.

Ale takich momentów było niewiele. Bardzo źle wyglądał Lech, momentami to była dość rozpaczliwa obrona.

Jednak kilka minut po rozpoczęciu dogrywki Jagiełło strzelił gola na 1:3. Taki wynik premiował Lecha, natomiast nie utrzymał się zbyt długo. Sytuację do punktu wyjścia przywrócił młodziutki Tomas Kristjansson po kryciu na radar Joela Pereiry i bardzo dyskusyjnej interwencji Lisa.

W konkursie rzutów karnych Lis też nie pomógł, nie obronił żadnego strzału, natomiast trzeba oddać przyjezdnym, że (poza strzałem w słupek Arnstada) wykonywali „jedenastki” perfekcyjnie, praktycznie wszystkie w samo okienko.

Lech Poznań – AGF Aarhus 1:4 pd. k. 3:4 (0:1, 0:3, 1:4)
0:1 Tobias Bech 32′
0:2 Kristian Arnstad (k.) 55′
0:3 Frederik Tingager 75′
1:3 Filip Jagiełło 95′
1:4 Tomas Kristjansson 100′

Składy:

Lech: Mateusz Lis – Robert Gumny (81′ Joel Pereira), Wojciech Mońka, Terry Yegbe, Michał Gurgul – Patrik Walemark (88′ Daniel Hakans), Radosław Murawski (98′ Gisli Thordarson), Antoni Kozubal, Pablo Rodriguez (81′ Filip Jagiełło), Luis Palma (68′ Allahyar Sayyadmanesh) – Mikael Ishak (88′ Yannick Agnero).

Aarhus: Mads Hedenstad – Mikael Anderson (97′ Janni Serra), Jonas Jensen-Abbew (60′ Christian Storch), Frederik Tingager, Eric Kahl (90+3′ Mouhammade Camara), Frederik Emmery (97′ Tomas Kristjansson) – Jens Jonsson (70′ Rasmus Carstensen), Kristian Arnstad, Magnus Knudsen – Tobias Bech, James Bogere (70′ Stefen Tchamche).

Żółte kartki: Kozubal, Agnero (Lech) oraz Bogere, Anderson, Emmery, Camara (Aarhus).

Sędzia: Juxhin Xhaja (Albania).