
Polko o rakiecie na Lubelszczyźnie. „Poddajemy się tej prowokacji”
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: Wojtek Jargiło/PAP
To jest niedopuszczalne, że poddajemy się tej prowokacji – powiedział w „Faktach po Faktach” w TVN24 generał dywizji Roman Polko. Tak ocenił „burzę partyjną”, która nastąpiła po tym, jak w czwartek na terytorium Polski spadła rosyjska rakieta. Polko mówił też o systemie komunikacji, z którym jest „wiele do zrobienia”.
W piątek MSZ wezwało ambasadora Rosji Gieorgija Michnę w związku z rakietą, która w czwartek spadła na terytorium Polski. W czasie swojej krótkiej wizyty otrzymał on notę protestacyjną. Następnie pytany przez dziennikarzy o to, czy na Lubelszczyźnie spadł rosyjski pocisk, zaprzeczył.
– Ch-101 to jest rosyjska rakieta i tutaj nie da się zaklinać rzeczywistości. Nie posiada jej Ukraina, wystrzeliwana jest z samolotów rosyjskich (…). Lot tej rakiety był śledzony. To jest niesamowite, że można kłamać prosto w oczy – skomentował w „Faktach po Faktach” w TVN24 generał dywizji Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM i były zastępca szefa BBN.
Zaznaczył przy tym, że szybka reakcja resortu spraw zagranicznych jest kluczowa. – Takie działania dyplomatyczne muszą być prowadzone po to, żeby pokazywać samej Rosji i naszym partnerom z NATO, że panujemy nad sytuacją – dodał Polko.
Polko: to bijatyka, która nic nie wnosi
Polko był też pytany, czy jego zdaniem czwartkowe naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej było incydentem czy świadomą prowokacją. – Kolejne takie zdarzenie czy prowokacja, bo przecież wszystkie te ataki przy granicy z północno-wschodnią flanką NATO (…) są tak obliczone właśnie, żeby oprócz uderzania na cele, czy to we Lwowie, czy w innych obszarach Ukrainy, to jednocześnie budować taką psychozę strachu i testować nasze systemy obrony powietrznej – ocenił.
Zdaniem generała „to jest niedopuszczalne, że poddajemy się tej prowokacji”. – Tak odbieram tę burzę partyjną czy polityczną, która zamiast być konstruktywnym działaniem, myśleniem, jak usprawnić nasze systemy bezpieczeństwa, to stała się taką polityczną, nic niewnoszącą bijatyką – stwierdził.
Polko pytany, czy w takim razie polska klasa polityczna nie zdała egzaminu w tej sprawie, przyznał, że „dyżurny Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych naprawdę zadziałał profesjonalnie”. – Te zastrzeżenia mogą budzić procedury, które ograniczają siły zbrojne w tego typu działaniach, bo dowódca czy pilot jest ograniczony regulacjami czasu pokoju – ocenił.
Incydent na Lubelszczyźnie. Co poszło nie tak?
Według gościa TVN24 „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji ma oczywiście wiele do zrobienia, jeżeli chodzi o system komunikacji”. – Syreny alarmowe zadziałały, tylko że one wtedy są skuteczne, jeżeli alarmują przed wydarzeniem, a nie po wydarzeniu i jeżeli za tymi syrenami kryje się też komunikat, który można – czy to w radiu, czy za pośrednictwem telefonu – odczytać – stwierdził.
Jak zwrócił uwagę Polko, w czwartek syreny alarmowe „były uruchomione pięć minut po tym, kiedy zagrożenie już przestało funkcjonować”. – Myślę, że rozwiązania takie jak ukraińskie, które tam dobrze funkcjonują, powinny się znaleźć w Polsce tak, aby obywatel słysząc syrenę, spojrzał na telefon, aplikację i tam widział, co leci, z jakiego kierunku i mógł ocenić, czy zostać w domu, czy też zdąży jeszcze uciec z rodziną do schronu – powiedział.