Po raz pierwszy w historii cykl Speedway Grand Prix zawitał do Łodzi na piękną Moto Arenę, która – pomimo drogich biletów – wypełniła się w komplecie. Kibice zobaczyli kawał dobrego ścigania. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania, przygotowując bardzo dobrą imprezę, pomimo niekorzystnej aury. Fani mieli mnóstwo atrakcji w miasteczku kibica, a ich – w przeciwieństwie do wielu tegorocznych rund – mogli zaopatrzyć się w ciekawe turniejowe gadżety. Debiut nowej areny w cyklu wypadł okazale.

Miło nie będzie tego Grand Prix wspominał Bartosz Zmarzlik. Polski mistrz świata był strasznie wolny. Męczył się niemiłosiernie. Kiedy po trzech seriach miał zaledwie trzy punkty, wydawało się, że może na polskiej ziemi zaprzepaścić szanse na obronę tytułu.

ZOBACZ WIDEO: „Ja się nie poddam”. Jasny przekaz Patricka Hansena

Nie prędkością swoich motocykli, a siłą woli i ogromnymi umiejętnościami, wygrał wyścig 14. z tuzami tego turnieju Frickiem, Dudkiem i Kvechem. Zmarzlik bronił się rękami i nogami przed atakami Australijczyka. Widać było, że stara się, jak może, by wykrzesać prędkość ze swoich silników. To jednak nie było to, co zazwyczaj, gdy odważnymi atakami przy krawężniku lub napędzaniem się po zewnętrznej, mijał rywali niczym slalomowe tyczki. Nie z tą prędkością, nie z tymi motocyklami, którymi Polak żonglował w trakcie zawodów.

Obronił się nietuzinkowymi umiejętnościami, awansował do wyścigów ostatniej szansy, ale do finału ostatecznie też nie wszedł. Z czwartego miejsca przedarł się na drugie, ale na Michaela Jepsena Jensena zabrakło. W Łodzi Zmarzlik przerwał niesamowitą serię 14 z rzędu finałów, w których ścigał się w SGP.

Polak i tak może mówić o szczęściu w nieszczęściu, bo jego najgroźniejszy rywal, Brady Kurtz, nie wygrał finałowego biegu i dopisał do klasyfikacji 16 punktów – pięć więcej od Zmarzlika. Dwaj wielcy rywale w walce o złoto zrównali się punktami na trzy rundy przed końcem sezonu. Mało tego, urósł im niespodziewanie przeciwnik do rywalizacji o tytuł. Robert Lambert był bardzo szybki i dzięki zwycięstwu w Łodzi, traci już do dwójki liderów tylko 8 punktów.

Czy będziemy zatem świadkami sytuacji, że tam, gdzie dwóch się bije, trzeci skorzysta? Kto wie? Z drugiej strony bardziej realna jest powtórka, że losy mistrzowskiego tytułu w 2026 roku będą toczyć się do ostatniego wyścigu rundy SGP w Toruniu.

Fanów Zmarzlika może martwić to, że Polakowi zdarzają się wpadki, jak w 2. finale IMP w Bydgoszczy i teraz w SGP w Łodzi. Ta ostatnia nie boli jeszcze tak mocno, bo wieczór na Moto Arenie mógł skończyć się znacznie smutniej. Na pocieszenie polskim fanom pozostało drugie miejsce wyśmienitego tego dnia Patryka Dudka, za co mistrzowi Europy należą się duże brawa.

Maciej Kmiecik, dziennikarz WP SportoweFakty