Globalne upały coraz mocniej uderzają w japońskie plantacje matchy, obniżając jakość plonów i zmuszając producentów do poszukiwania bardziej odpornych odmian
Warszawski rynek matchy mimo problemów z dostawami wciąż się rozrasta, a nowe lokale otwierają się miesiąc po miesiącu i natychmiast znajdują swoich gości
Matcha jako mem stała się symbolem stylu życia. Żyje już własnym życiem, ma swoje trendy i wiernych fanów, którzy traktują ją jak kultowy gadżet gastronomiczny
Matcha nie zwalnia tempa: nowe lokale mimo problemów z dostawami
Trend na matchę w Warszawie wciąż rośnie, choć branża od miesięcy mówi o trudnościach z dostawami zielonego proszku z Japonii. Rosnące temperatury i ekstremalne warunki pogodowe w Japonii zaczynają odbijać się na jakości surowca. Globalne upały źle wpływają na plony i smak tradycyjnej japońskiej matchy, a producenci coraz częściej mówią o konieczności zmian. Pomóc mają prowadzone obecnie badania nad genetycznymi uwarunkowaniami tolerancji sadzonek na wysokie temperatury, które w przyszłości mogą zdecydować o stabilności dostaw i jakości tego kultowego napoju.
Więcej o tym w artykule:
Mimo tych wyzwań w centrum miasta regularnie pojawiają się kolejne koncepty, a każdy z nich od razu znajduje swoich gości.
W lutym w Złotych Tarasach ruszyła Thai Matcha, w marcu przy ul. Złotej otworzyła się Pure matcha&coffee, a w kwietniu – jako jedna z najnowszych – Be My Matcha przy Żelaznej.
Trzy różne miejsca, trzy różne pomysły na matchę, ale jedno wspólne zjawisko: zielony napój stał się gastronomicznym pewniakiem, który nie traci na popularności nawet w obliczu logistycznych turbulencji.

Thai Matcha w Złotych Tarasach, fot. mat. pras.
Azjatyckie dodatki i różowo‑zielona estetyka
Nowe warszawskie matcharnie nie ograniczają się do klasycznej matchy na mleku. Każda z nich buduje własny, azjatycki akcent, który ma przyciągnąć gości i wyróżnić lokal na tle konkurencji.
Thai Matcha w Złotych Tarasach serwuje tajskie lody, tworząc słodki duet z zieloną herbatą.
Pure matcha&coffee przy Złotej proponuje mango sticky rice – tajski deser z kleistego ryżu na mleku kokosowym podawany ze świeżym, słodkim mango oraz wietnamską kawę mrożoną Bac Xiu z Saigonu czy kawę wietnamską kokosową, wpisując się w modę na azjatyckie desery.
Z kolei Be My Matcha przy Żelaznej stawia na wypieki wg. własnych receptur, lemoniady i coraz popularniejszą kawę wietnamską z jajkiem – napój, który wciąż jest rzadkością w Warszawie, a jednocześnie zdobywa wiernych fanów.
Wszystkie trzy lokale łączy także charakterystyczna estetyka: różowo‑zielone wnętrza, pastelowe dodatki i przestrzeń zaprojektowana tak, by można było nie tylko zamówić napój, ale również wygodnie usiąść i spędzić czas.

Zielono-różowa estetyka, fot. MB
W wielu matcharniach są także specjalne ścianki do robienia zdjęć na social media.

Ścianka w Be My Matcha, fot. MB
Strawberry Matcha największym hiciorem
Podczas rozmowy w jednym z najnowszych lokali, Be My Matcha, wyłania się obraz miejsca, które dynamicznie reaguje na trendy i potrzeby gości.
– Największym hitem jest truskawkowa matcha. To taki „bezpieczny smak”, po który sięga większość odwiedzających – mówią sprzedawczynie. – Latem świetnie sprzedaje się również wiśniowa matcha. Dużo osób wybiera też matchę na wodzie kokosowej jako bardziej egzotyczną alternatywę dla klasycznej wersji na mleku.
W lokalu do wyboru jest mleko bez laktozy oraz roślinne: owsiane, sojowe i kokosowe – wszystkie dostępne bez żadnych dopłat.
– Wszystkie owocowe sosy dodawane do wybranej matchy powstają na miejscu – zapewnia obsługa.
To także element, który podkreśla jakość i autentyczność oferty. Menu zmienia się sezonowo, a wśród deserów największą popularnością cieszą się bezy i serniczki oraz rzemieślnicze lody Quatro Si (8zł/ kulka).

Desery i efektowna lemoniada z klitornii terneńskiej, fot. MB
Jedną z dwóch właścicielek jest Wietnamka, dlatego w menu znajdziemy także autentyczną kawę wietnamską z jajkiem. To pozycja, która przyciąga wielu ciekawych gości – zwłaszcza że w Warszawie nadal jest niewiele miejsc, które ją serwują. Kawę wietnamską ziarnistą MEI można też kupić do parzenia w domu. Cena za 100 g to 39,99 zł, a 250 g – 89.99 zł.

Wietnamska kawa z jajkiem, fot. MB
Warszawskie menu matcharni Be My Matcha pokazuje, jak szeroka i kolorowa stała się oferta nowych lokali – od klasycznej matchy za 15 zł, przez owocowe wariacje jak Strawberry Matcha za 24 zł, aż po bardziej egzotyczne propozycje typu Lychee Matcha czy Pineapple Matcha za 25 zł, dp deserowych Coco Matcha, Pistachio Matcha lub Biscoff Matcha w cenie 25 zł każda. Do tego dochodzi pełna karta od kwiatowych i klasycznych herbat takich jak Blue Flower, Black Tea czy Oolong Tea – wszystkie w cenie 15 zł, po cztery warianty kombuchy, m.in. Mango-Marakuja za 22 zł i Aperollo za 25 zł. W karcie znajdziemy także wybór kaw – od espresso za 13 zł po kultową Vietnam Egg Coffee za 25–28 zł oraz szeroki wachlarz lemoniad w cenie 20 zł. Całość domykają desery, wśród których wyróżniają się Sernik Baskijski Matcha za 23 zł, blok matcha za 16 zł czy efektowne monoporcje za 20 zł.
Lokal największy ruch notuje w niedziele. Rano w dni powszednie dominują zamówienia na wynos, wieczorem goście chętnie siadają w środku, zwłaszcza że matcharnia posiada klimatyzację, co nadal jest rzadkością wśród kawiarni i restauracji w stolicy.
Matcha sprowadzana jest z Japonii, choć – ze względu na trudności z dostawami o których wspominaliśmy – nie jest sprzedawana w paczkach do domu.
Czy trend na matchę słabnie?
Obsługa Be My Matcha uważa, że może nie ma już takiego szału na zielony proszek, jak kiedyś, ale „matcha jest już memem”, bo żyje własnym życiem, ma swoje trendy i swoich wyznawców, którzy traktują ją jak element stylu życia. To żart, który dobrze oddaje rzeczywistość: matcha stała się nie tylko napojem, lecz także internetowym fenomenem, symbolem estetyki i modowym gadżetem, który rozprzestrzenia się szybciej niż większość viralowych treści. I nawet, jeśli powoli zaczyna przemijać to jeszcze długa droga zanim da się ostatecznie zdetronizować kolejnej ciekawostce gastronomicznej.



