Magdalena Rigamonti: Napisał pan list do premiera Donalda Tuska.
Daniel Olbrychski: Ręcznie napisałem, przepiszę na komputerze, wydrukuję, podpiszę i jakoś dostarczę. Napisałem, bo poczułem się jak w najczarniejszych czasach systemów totalitarnych. Za czasów komuny napisałem list do generała Jaruzelskiego i reakcja była niemal natychmiastowa. Teraz…
Zdecydowałem się na to, zdecydowałem się też z panią rozmawiać, ponieważ wydarzyła się rzecz niesamowita: ocenzurowano Daniela Olbrychskiego. Rozumiałbym to, gdybyśmy żyli w czasach PRL-u, kiedy byłem ostrym przeciwnikiem tego, co się działo w Polsce.
Nie wiem, jak premier Tusk odbierze to, że porównuje go pan do Jaruzelskiego.
Bardzo go lubię, wspieram, uważam go za prawdziwego, jedynego w tej chwili wielkiego męża stanu, szanowanego na świecie. I mam do niego zaufanie. Dlatego właśnie do niego kieruję ten list.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Rok temu świętowaliśmy 50-lecie Festiwalu Filmowego w Gdyni. Pan jest pierwszym laureatem tego festiwalu.
Tak, za rolę Kmicica. Od tamtej pory byłem zapraszany do jury na wszystkich najważniejszych festiwalach Europy. Czasami bywałem przewodniczącym jury. W niektórych nie mogłem wziąć udziału, ale zaproszenia miałem ze wszystkich: z Wenecji, San Sebastián, Berlina. Do Cannes przyjąłem zaproszenie.
I nigdy nie był pan jurorem w Gdyni?
Nigdy, przez 50 lat. I nie zabiegałem o to. I nie zabiegam. Mówię to z tego powodu, że w tym roku, po zmianie prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich, dostałem taką propozycję. Prezes Grzegorz Łoszewski zapytał, czy znalazłbym czas, czy miałbym chęć. Ucieszyłem się. I co się okazało? Że to musi zatwierdzić Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. I… I tu muszę założyć okulary, żeby przeczytać nazwisko dyrektora z ministerstwa. Otóż pan dyrektor z ministerstwa, który nazywa się Maciej Dydo, powiedział, że nie ma mowy, żebym był członkiem jury, bo ośmieliłem się skrytykować poprzednią minister kultury Hannę Wróblewską.
Marcin Obara / PAP
Hanna Wróblewska
W grudniu 2024 r. powiedział pan, że Hanna Wróblewska jest „wstydem dla polskiej kultury i dla tej koalicji”.
I teraz się okazało, że dyrektor z ministerstwa Maciej Dydo nie zgadza się na to, żebym był w jury konkursu Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Powtórzę, że poczułem się jak w najczarniejszych czasach systemów totalitarnych. Przypuszczam, że Piotr Gliński, były minister kultury, po którym jechałem wielokrotnie jak po łysej kobyle, nie odważyłby się wydać takiej decyzji.
Kiedy się dowiedziałem, że nie wolno mi być w jury, osłupiałem. W liście do premiera zacytowałem Cypriana Kamila Norwida. Zresztą cytuję go już od pół wieku i z roku na rok niestety brzmi jeszcze bardziej przejmująco. Napisał był Norwid coś takiego (Daniel Olbrychski recytuje):
„My pochodzimy ze społeczeństwa jedynego na globie, w którym nie ma ani jednego czymkolwiek bądź wyższego obywatela, który by zelżonym od rodaków albo upoliczkowanym, i nawet obitym nie był”.
I idzie lista: Maurycy Mochnacki w twarz na ulicy, Zygmunt Krasiński w twarz na ulicy, Władysław Zamoyski kijem na ulicy, generał Józef Bem jako łotr i przegrany, Adam Mickiewicz jako agent moskiewski.
Na dzisiaj dorzucam symbol wspaniały demokracji — Lech Wałęsa, prawdziwy mąż stanu, szanowany na świecie, jako Bolek; Donald Tusk jako agent berliński; Andrzej Wajda, Agnieszka Holland jako twórcy antypolskich filmów…
Dalej Norwid:
„Oto jest społeczność polska! — społeczność narodu, który nie zaprzeczam, iż o tyle jako patriotyzm wielki jest, o ile jako społeczeństwo jest żaden”.
Dalej już mówię w swoim imieniu. Ja, stojący zawsze, kiedy trzeba, po właściwej stronie, zostałem przez tę stronę — mówiąc po norwidowsku — opluty. Opluty! To jest naplucie mi w twarz. Ministerstwo rządu, który zawsze podtrzymywałem i podtrzymywać jednak będę — urzędnicy tego ministerstwa zachowują się jak z najczarniejszego systemu totalitarnego.
Rozmawiał pan o tym z ministrą Martą Cienkowską?
Nie znam pani minister, ale znam i jestem w dość serdecznych stosunkach z wiceministrem Krawczykiem. Powiedział przez telefon, że zajmie się tą sprawą i wezwie na dywanik pana Macieja Dydo.
Co pan jeszcze napisał w tym liście do premiera?
W grudniu 1981 r. byłem jednym z sygnatariuszy „Listu ośmiu” przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce i gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu. I wiem, że Jaruzelski mnie za ten list szanował do końca życia. A tutaj widzę, iż krytyka pani Wróblewskiej spowodowała, że nie wolno mi być w jury.
Rozmawiałam z ministrą Wróblewską o pana słowach i nie chowała urazy. Przecież ma pan prawo zabierać głos.
Teraz będę czekał na reakcję. Tak jak się doczekałem kiedyś na reakcję generała Jaruzelskiego. Będę czekał na reakcję Ministerstwa Kultury, które z naturalnych powodów jest moim ministerstwem. Czasami się z kimś nie zgadzam — wyrazistością z panem Glińskim, z niektórymi decyzjami pani Wróblewskiej, no ale żeby po zabraniu głosu zostać skreślonym?
Pisał pan listy do Jaruzelskiego, do swoich rosyjskich przyjaciół po inwazji Rosji na Ukrainę…
Po „Liście ośmiu”, dzięki interwencji prezydenta Francji Mitterranda, wyjechałem do Francji nakręcić film, potem przez lata tam przebywałem, ostro krytykując to, co się dzieje w Polsce. Miałem jak gdyby bilet w jedną stronę. Gdy Gorbaczow doszedł do władzy na Kremlu, dano mi bardzo pięknie do zrozumienia, że mogę wracać do Polski i nawet paszport nie będzie mi odbierany na granicy.
Wtedy Andrzej Wajda postanowił wystawić Dwoje na huśtawce w Teatrze Ateneum z Krysią Jandą i ze mną w rolach głównych. Wtedy ówczesny sekretarz ds. kultury Waldemar Świrgoń wstrzymał próby, głównie ze względu na mnie. Ktoś mi poradził, żebym napisał natychmiast list do generała Jaruzelskiego. Napisałem, wyrażając swoje oburzenie, że skoro w sztuce o miłości grać nie można, to nie pozostaje mi nic innego, jak pracować za granicą. Zaprosił mnie ów Świrgoń, widocznie został obsztorcowany przez generała. A wkrótce potem stracił stanowisko.
Daniel Olbrychski: jestem sam ciekaw reakcji
Pana rosyjscy przyjaciele nie zareagowali na pana list protestujący przeciw inwazji Rosji na Ukrainę.
W sprawie otwartej agresji napisałem do dwóch moich żyjących rosyjskich przyjaciół, do Michałkowa i Konczałowskiego, oczekując od nich gwałtownej reakcji na napaść Rosji na Ukrainę. Napisałem, że wartości, które ich filmy artykułowały, są brutalnie łamane przez ich prezydenta. Napisałem, że jeśli w ich kraju taki protest ma cechy bohaterstwa, to uważam, że na takie bohaterstwo przyszedł czas. Podpisałem: Wasz polski brat Daniel Olbrychski.
Nie odpisali.
Pamiętam pana z szablą na wystawie Piotra Uklańskiego w Zachęcie, kiedy ciął pan zdjęcia aktorów w nazistowskich mundurach.
Ale to nie miało nic wspólnego z Ukrainą.

Afa Pixx/Zenon Żyburtowicz / PAP
Daniel Olbrychski niszczy szablą część ekspozycji wystawy, listopad 2000 r.
Ale z protestami miało. Pan ma protestowanie w naturze.
Adwokat, który mi doradzał, powiedział, że mogę oskarżyć Zachętę, która przygotowała wystawę „Naziści” i wystawiła zdjęcia aktorów — w tym mnie w nazistowskim mundurze — bez mojej zgody, ale taki proces może trwać wiele lat. Wszyscy zapomną, o co chodziło. Zapytałem, co mam zrobić, i usłyszałem: „Zrób skandal”. W efekcie minister kultury zamknął tę wystawę. A ja pamiętam, że po porąbaniu własnego zdjęcia porąbałem jeszcze trzy inne. Pozwolili mi na to Janek Englert i Staszek Mikulski.
Czyli Hans Kloss.
Zamachnąłem się jeszcze, bo obok mnie wisiał w mundurze Jean-Paul Belmondo. Potem żona do mnie mówi, że Belmondo może wyraził zgodę… Wysłaliśmy do niego faks. Odpisał też faksem, że gdyby był w Warszawie, to rąbałby razem ze mną.
Jaką szablą pan rąbał?
Po Kmicicu.
Ostra ciągle?
Już jej nie ostrzę. Wisi u mnie jako pamiątka.
Protestowanie ma sens?
Chyba tak. Mam nadzieję. Dlatego teraz też protestuję. Jestem już po osiemdziesiątce i protestuję.
Jakby pan chciał, żeby ta sprawa związana z cenzurowaniem pana przez Ministerstwo Kultury się zakończyła?
Jestem sam ciekaw reakcji. Uważam, że trzeba wyrywać chwasty, nawet w naszym środowisku, a szczególnie w naszym środowisku.