Rekordowa frekwencja już w pierwszy weekend warszawskiej edycji Gastro Miasto
120 stoisk i pełne zróżnicowanie kuchni: od street foodu po fine dining, bez powtarzających się konceptów
Gastro Miasto miejscem intregracji dla branży. Wystawcy wymieniają się jedzeniem, pomysłami i nawiązują współprace, które później zmieniają gastronomiczną scenę
Sopot, Katowice, Poznań i Łódź w kolejce do startu

Gastro Miasto w Warszawie już podczas pierwszego weekendu pokazało, że stolica naprawdę czekała na taki format. Tłumy gości, rekordowa liczba wystawców i atmosfera, która przyciąga zarówno fanów street foodu, jak i szefów kuchni z najlepszych restauracji. A za kulisami gastronomia żyje własnym życiem: wystawcy rozmawiają, wymieniają się jedzeniem i pomysłami, tworząc spontaniczne targi kulinarne, których goście nie widzą.

HT: Rozmawiamy wieczorem drugiego dnia Gastro Miasto w Warszawie. Jak na razie wygląda frekwencja w porównaniu z Wrocławiem i Krakowem?

Maciej Koła, współorganizator Gastro Miasto: We Wrocławiu jesteśmy od 8 lat, a w Krakowie drugi sezon, Warszawa to dopiero pierwszy weekend i frekwencja jest świetna. Ludzi jest bardzo dużo. To jeszcze nie jest Wrocław oczywiście, ale we Wrocławiu 8 lat temu mieliśmy 20–30 stoisk, to dopiero był początek, zaczynaliśmy.

HT: A tutaj ile stoisk przygotowaliście?

Maciej Koła: Około 120. I warto dodać, że w Warszawie ciężko jest się dziś przebić promocyjnie. Warszawa jest duża, a usłyszało o nas bardzo dużo ludzi. Wielu wystawców mówi, że sprzedaż mają wyższą niż na imprezach warszawskich, na których byli do tej pory.

HT: Czyli pierwsza warszawska edycja przerosła Wasze oczekiwania?

Maciej Koła: Zdecydowanie tak. Myśleliśmy, że będziemy dłużej budować tutaj markę, a udało się w pierwszy weekend naprawdę zacząć z wysokiego poziomu.

HT: Co było najtrudniejsze? Czy dzisiejszy upał przeszkadzał i czy np. wieczorem wzrosła liczba gości?

Maciej Koła: Jeżeli chodzi o pogodę, to ten sezon w ogóle jest strasznie ciężki. We Wrocławiu na pierwszej imprezie było zimno i padało, na drugiej były huragany, gradobicia. W Krakowie na drugiej imprezie były rekordy ciepła, więc w czerwcu mogłem sobie zrobić zdjęcie pod Smokiem Wawelskim o 15.00 w sobotę sam, bo nikogo nie było, nawet turystów. Wtedy to pogoda była straszna, a tutaj jest super. Upał, gorąco? Już chyba przyzwyczailiśmy się, że tak będzie. Dziś nie jest wcale tak ciężko, a ludzi wczoraj i dzisiaj jest pełno. Ludzie potrzebują po prostu wyjść, spotkać się razem, posiedzieć, a tutaj jest taki duży wybór kulinarny. Każde stoisko oferuje zupełnie coś innego. Jest miła, fajna atmosfera. Widzę, że goście siedzą, rozmawiają, wymieniają się jedzeniem, rozmawiają ze sobą przy stolikach. Widać, że naprawdę potrzebują takich imprez. Wystawcy też są zadowoleni, uśmiechnięci. Po raz pierwszy przyjechały do nas winnice z Mołdawii. Są na Gastro Miasto pierwszy raz, żeby pokazać się w Polsce. I już dzisiaj rano stwierdziły, że za rok przyjeżdżają znowu. Nie miały tego w planie, a spontanicznie podjęły taką decyzję. Jak zobaczyły, ile ludzi tu jest i co zyskują dzięki temu… To chyba jest jakaś odpowiedź, nie?

HT: No, tak, plus można też siedzieć po 22, bo nie obowiązuje prohibicja. Następną edycję warszawską planujecie we wrześniu. Czy już myślicie o kolejnych edycjach w Warszawie w przyszłym roku?

Maciej Koła: Tak, chcemy zrobić tutaj pięć edycji. Będą startowały od maja do września – po jednej w każdym miesiącu. Planujemy w przyszłym roku też Sopot przy molo, mamy już zgodę. Katowice, Poznań, Łódź. Od maja do września to będą 22 weekendy Gastro Miasto. Każdy weekend będzie imprezą Gastro Miasto w różnych miejscach w Polsce. A w Warszawie chcemy zrobić też finał polskiej gastronomii.

HT: Na czym będzie polegał ten finał?

Maciej Koła: Będzie dla najlepszych restauracji i gastronomii z całej Polski. Zaprosimy je tutaj, żeby przyjechały na finał.

HT: A jak będą wybierani najlepsi wystawcy?

Maciej Koła: Będą wybierani przez influencerów. U nas jest bardzo dużo influencerów gastronomicznych. Oni będą głosowali i wybierali, kto w poszczególnym miejscu zasługuje na to. Ale my jako organizatorzy też damy dzikie karty.

HT: Dlaczego nie głosowanie gości?

Maciej Koła: Bo influencerzy podróżują i są na różnych edycjach w różnych miastach, a goście zwykle tylko w jednym mieście. Influencerzy mają większe porównanie, np. Wrocławskie Podróże Kulinarne są wszędzie regularnie z nami. Mogą obiektywnie porównywać. Dodatkowo teraz jeszcze dołączyliśmy do European Street Food Awards – europejskiej sieci, która ma 27 krajów. Jest też w USA, Wielkiej Brytanii. Wybierają najlepszy street food z tych krajów. My na Gastro Miasto wybieramy najlepszy polski street food, który wysyłamy do Niemiec 18 grudnia. Chcemy w przyszłości wciągnąć Polskę do europejskiej sceny i zaprosić restauracje z całej Europy, żeby przyjechały do nas.

HT: Duże plany, trzymamy kciuki. Jakie przeszkody pojawiły się podczas tej edycji? I jakie największe sukcesy poza frekwencją?

Maciej Koła: Organizację takiej imprezy można podzielić na obszary. Logistyka -musieliśmy nauczyć się tego miejsca. Troszeczkę to przestawimy następnym razem, zmienimy układ stoisk, bo to wychodzi w pracy. Marketing to drugi obszar – świetnie zadziałał, a nie zawsze tak jest, bo każde miasto jest inne. Wystawcy, czyli jakość gastronomii – jest dobrze, ale będziemy to jeszcze podnosić.

Gastronomia z Warszawy musiała to sama zobaczyć, przyjść, sprawdzić. Widzę dziś wiele osób z warszawskiej gastronomii – właścicieli restauracji, szefów kuchni – krążą tutaj, oglądają, obserwują, oceniają „co to w ogóle jest”, myślą, czy się opłaca. Liczymy, że jak już zobaczyli, jak to działa tutaj w Warszawie, że to jest duża impreza, że poziom jest fajny, to w następnym sezonie przyjdą do nas nowi wystawcy. Jeszcze lepsi, z wyższego poziomu.

HT: Macie tu 120 stoisk, zmieścicie więcej?

Maciej Koła: Zmieścimy jeszcze 10 więcej, jak sprzątną tamte billboardy. Ale naszym celem jest zawsze podcinanie tych najsłabszych i robienie miejsca tym większym, lepszym. Przywiązujemy dużą wagę do jakości Gastro Miasto. Poza tym przy zwiększaniu liczby stoisk zawsze trzeba liczyć, że frekwencja musi być odpowiednio duża.

HT: Ile stoisk jest w innych miastach? I ile było na początku? Jakie są różnice między miastami?

Maciej Koła: To są etapy rozwoju. Warszawa jest już na starcie bardzo wysoko. We Wrocławiu 8 lat temu zaczynaliśmy od 35, potem 50. Jako nieznana impreza budowała się z niskiego poziomu. Potem było 70, 100, aż w końcu około 135–140. W Krakowie około 100–105 stoisk. We Wrocławiu jest więcej restauracji – po 8 latach mamy ich 60. Są to też restauracje z Michelin. Tu w Warszawie nie mamy żadnej nagrodzonej przez Michelin, a jak Michelin wystawia się pod namiotem, to już jest coś. Oni naprawdę nie muszą pracować w mniej sprzyjających warunkach, czasami deszczu czy upale, nie muszą już odcinać kuponów. Nie są to debiutanci, którzy muszą się pokazywać, by przyciągnąć później gości. We Wrocławiu mamy pop-upy – tutaj tego też jeszcze nie ma. We Wrocławiu zrobimy w następnym sezonie pop-up restauracji Michelin z siecią kebabową. Nie będzie to kebab, bardziej połączenie, ale więcej nie mogę zdradzić. Do Wrocławia przyjedzie z Włoch zwyciężczyni 14. edycji MasterChef Wiktoria Nawara i będzie robiła lasagne.

Osiągnięciem Warszawy jest to, że na pierwszej edycji mamy zagraniczne winnice. Dziś jest 20 winnic z Mołdawii, a na edycji wrześniowej będą polskie winnice. We Wrocławiu mamy 20 winnic z Polski. Strefa win przyciąga też gości, którzy bardziej się orientują w gastronomii – świadomych, profesjonalnych. Bo wino tak robi. Tam już trzeba być wkręconym w gastronomię, znać się na tym. Wino podajemy w szkle, nie żadnym plastiku i to też jest coś. W Krakowie też mamy winnice z Polski. W Warszawie mamy pierwszy raz winnice z zagranicy.

HT: Jaka jest różnica między stolicą a Krakowem, jeśli chodzi o gości festiwalu?

Maciej Koła: Kraków jest między Murem Wawelu a Wisłą, czyli wokół Muru Wawelu. Kraków jest mocno turystyczny. We Wrocławiu proporcja jest 9 do 1 – gości lokalnych do turystów. W Warszawie na razie ciężko mi powiedzieć, bo to wyjdzie później z odpowiedzi wystawców, bo oni o to pytają. W Krakowie połowa to turyści, połowa to mieszkańcy.

HT: Jak zapada decyzja o tym, kto zostaje wystawcą? Wy zapraszacie czy wystawcy sami się zgłaszają?

Maciej Koła: I tak, i tak. Bardzo dużo wystawców się do nas zgłasza, ale często zgłaszają się tacy, których musimy sprawdzić i niestety okazuje się, że nie pasują. Że to trochę nie wypada, żeby byli, bo to nie ten poziom. Oni by chcieli cudów i mają wizję zbudować popularność na pokazaniu się u nas. Nie, tu nie budujesz biznesu. Tu trzeba być ogarniętym. To może być pomoc marketingowa – pokażesz się szerszemu gronu, bo masz fajny produkt. A często zgłaszają się do nas wystawcy nastawieni na to, żeby po prostu zarabiać. My takich wystawców nie chcemy. My chcemy takich, którzy mają coś wyjątkowego. Każdy musi mieć coś innego. Musimy ich poukładać, żeby nie było tych samych stoisk. Dziś są dwa grille, a na grilla zawsze zgłaszają się chętni, ale nawet tu każdy ma zupełnie coś innego. Nie ma konkurencji. To jest tak, że jako gość masz podróżować po różnych kuchniach. Idziesz od stoiska do stoiska i podróżujesz kulinarnie. To jest też edukacja gastronomiczna. A także miejsce integracji. Wystawcy najpierw ze sobą zaczynają rozmawiać, poznawać się. Oni jeszcze teraz tego nie wiedzą, ale w końcu jest tak, że nawiążą współpracę. Robią później sami pop-upy, robią wspólne wydarzenia. W gastronomii środowisko jest mocno podzielone. Mamy takie swoje różne bańki np. street food, fine dining, jakaś kuchnia etniczna et., a tutaj one zaczynają się przenikać i z czasem łączyć. Tak jak w przypadku wspomnianej współpracy restauracji z gwiazdką Michelin z siecią kebabów. Na backstage’u oni sobie gadają, wymieniają się jedzeniem – tam odbywają się prawdziwe targi gastronomiczne (śmiech). Także Gastro Miasto to też miejsce integracji dla branży gastronomicznej.

Dziękujemy za rozmowę.