Mateusz Wróblewski, WP SportoweFakty: Jak podobał się panu debiut cyklu Speedway Grand Prix w Łodzi?
Michał Sikora, prezes PZM: Muszę przyznać, że bardzo mi się podobało, tym bardziej, że wyścigi były naprawdę ciekawe. Co prawda po rozegranym dzień wcześniej SGP2 były obawy, że będzie się dużo działo. Podczas SGP2 pachniało gipsem, podczas seniorskich zmagań również, ale zakończyło się wszystko dobrze. Cieszę się z wyniku sportowego Patryka Dudka, a trochę szkoda mi pozostałych zawodników. Organizacyjnie klub z Łodzi wykonał bardzo dobrą pracę. Organizujemy Grand Prix w Warszawie, więc wiemy, że nie jest to łatwa sprawa, a w Łodzi zgadzało się wszystko.

Frekwencja dopisała pomimo bardzo drogich biletów.
Tak, to prawda. A podkreślenia wymaga fakt, że dużo kibiców przyszło także na zawody młodzieżowe w piątek.

Widzi pan Łódź jako stały element kalendarza cyklu GP?
Myślę, że tak. Orzeł zdał egzamin, a co ważne widać także ogromne zaangażowanie lokalnych władz, dzięki czemu powinniśmy widywać się tam częściej.

Czy podczas finałowego wyścigu trzymał pan kciuki za to, by Brady Kurtz przyjechał na końcu stawki? To pozwoliłoby utrzymać plastron lidera Bartoszowi Zmarzlikowi.
Nie chodzi o to, żeby… nie trzymać kciuków za kogoś. Przede wszystkim ważny jest sport i mam nadzieję, że w ten sposób do końca walka o tytuł mistrza świata będzie zacięta. Spoglądam na to pod kątem Drużynowego Pucharu Świata w Warszawie i zależy mi, żebyśmy mieli co najmniej trzech, czterech mocnych zawodników. Taki jest obecnie cel.

ZOBACZ WIDEO: Tajemnicze słowa Hansena. To wiele mówi o Włókniarzu?!

Władze PZM walczą, by wyprzedać PGE Narodowy

Macie jakiś pomysł jak zwiększyć sprzedaż biletów na PGE Narodowym? Na ten moment do kompletu brakuje dość sporo i to pomimo prestiżu imprezy. Byłoby szkoda nie zapełnić stadionu.
Odnoszę takie samo wrażenie, byłoby szkoda. Staramy się, robimy, co możemy, przeprowadzamy akcje marketingowe, ale termin jest, jaki jest. Takich zawodów niestety nie można zrobić w maju, a to dla Narodowego optymalny termin. Przyszłoroczne Grand Prix prawdopodobnie właśnie w maju zagości w Warszawie. Mamy jeszcze chwilę, więc jestem dobrej myśli. Przede wszystkim wydaje mi się, że sportowo to będzie niesamowita impreza, bo mamy cztery kraje, które będą odbierać sobie punkty.

Stanisław Chomski ściąga presję z naszych zawodników twierdząc, że nie jesteśmy faworytem. Pan się z takim twierdzeniem zgadza?

Patrząc po spotkaniu Polski z Australią w Rybniku, to faworytem wydają się być właśnie Australijczycy. Oczywiście, w żadnym wypadku nie skreślałbym Danii, która jeszcze nie awansowała do finału, ale tak może się stać w Rydze. Są także Anglicy, którzy aktualnie są osłabieni i nie wiadomo czy Daniel Bewley zdąży się pozbierać po kontuzji.

Australia walczy z czasem, by postawić na nogi Jacka Holdera…
Australijczycy są mocni nawet bez niego. Uważam, że każdy, kogo zabraknie w Warszawie, będzie mógł żałować, bo zawody zapowiadają się wyśmienicie. Puchar Świata na Narodowym może się nie powtórzyć, więc to świetna okazja, żeby uczestniczyć w tej imprezie.

Mówi się, że to największa impreza w historii sportu żużlowego. Wiadomo, że na Wembley odbywały się zawody, ale nie był to Drużynowy Puchar Świata.
Dokładnie, a kibice muszą wziąć pod uwagę, że będziemy gospodarzem tej imprezy drugi raz z rzędu. Za trzy lata raczej zawody odbędą się poza granicami Polski.

Nie uważa pan, że Warszawa się po prostu przejadła po latach organizacji rund Grand Prix?
Faktycznie, fenomenem była sprzedaż wejściówek w pierwszych trzech latach. Byliśmy tym zaskoczeni. 15 lat temu odpowiedziałbym, że sprzedaż wejściówek będzie właśnie taka, jak jest dziś. Spodziewaliśmy się tego. Łatwo wyprzedać stadion o pojemności 12 czy 15 tysięcy, ale taki, który zmieści 54 tysiące widzów to zupełnie inna kwestia. Patrząc po Cardiff tam faktycznie światło zgasło. Żużel ma swoje miejsce i swojego kibica, ale nie poddajemy się z Warszawą.

Wiadomo, że w przyszłym sezonie Warszawa znajdzie się w kalendarzu Grand Prix, a co z następnymi latami?
Zobaczymy po przyszłym roku. Bieżący sezon nam niewiele powie. Wakacyjny termin nie jest szczęśliwy, ale zobaczymy, co dalej.