229 osób dostało 28 lipca akty mianowania podpisane przez prezydenta i nie mogło pójść do pracy, bo rząd uznał, że brakuje na nich podpisu premiera. 5 sierpnia premier ten podpis złożył – oświadczając przy okazji, że prezydent łamie konstytucję. Spór opisuje się jako awanturę prezydenta z premierem. W istocie jest to opis metody, którą posługują się obie strony – z tą różnicą, że jedna z nich obiecywała, iż tak właśnie robić nie będzie.

Dwustu dwudziestu dziewięciu

Zacznijmy od zwykłych ludzi – w tym wypadku od asesorów, bo to oni są pierwszymi ofiarami tego sporu. Upraszczając, asesor sądowy to sędzia na próbę: orzeka samodzielnie w sprawach sądu rejonowego przez cztery lata, po których Krajowa Rada Sądownictwa rozstrzyga, czy przedstawić go prezydentowi do powołania na urząd sędziego.

Droga do asesury wiedzie przez Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury – najpierw najtrudniejszy prawniczy egzamin wstępny, potem aplikacja, na końcu najtrudniejszy egzamin zawodowy spośród wszystkich zawodów prawniczych.

W tym roku aplikację ukończyło 209 osób. Blisko 70 procent z nich czekało na mianowanie jako bezrobotni, część po wynajęciu mieszkania w mieście przyszłego sądu. W sądach czekały na nich wylosowane już sprawy.

28 lipca prezydent wręczył wreszcie akty: 211 mianowań asesorów sądów rejonowych i 18 powołań asesorów sądów administracyjnych. Bez kontrasygnaty, czyli bez podpisu premiera. Nazajutrz Krajowa Rada Sądownictwa uznała, że dopiero podpis szefa rządu przesądzi o skuteczności tych aktów.

Ministerstwo Sprawiedliwości powiadomiło prezesów sądów apelacyjnych, że mianowani są nadal „egzaminowanymi aplikantami KSSiP”. Do sądów rejonowych poszło polecenie odebrania od nich oryginałów aktów mianowania; mieli je zawieźć kierowcy sądów okręgowych do 30 lipca, żeby „usprawnić obieg dokumentów”, i przekazać do Kancelarii Premiera.

5 sierpnia premier Donald Tusk podpisał przed kamerami pierwszy z zebranych aktów, zapowiadając, że kolejne dwieście podpisze zaraz po konferencji. Zanim to zrobił, oświadczył, że prezydent i Trybunał zawiązali „coś na kształt politycznego spisku”. Podpis objął asesorów sądów powszechnych. Osiemnastu asesorów sądów administracyjnych, od których cała ta historia się zaczęła, kontrasygnaty nie dostało.

Nie jest to spór proceduralny. To konflikt o to, kto w Rzeczypospolitej rozstrzyga o sprawującym wymiar sprawiedliwości – przy okazji zaś to rzecz o losie 229 osób, których jedyną winą jest to, że chcieli zostać sędziami. Ich sprawa nie skończyła się 5 sierpnia. Wtedy dopiero przybrała ostateczny kształt.

O co właściwie idzie

Teraz konstrukcja prawna, bez której nie da się zrozumieć tego sporu.

Konstytucja przyjmuje, że prezydent nie ponosi odpowiedzialności politycznej przed Sejmem. Skoro jej nie ponosi, to ktoś ponieść ją musi – i dlatego większość jego aktów urzędowych wymaga podpisu premiera, czyli kontrasygnaty.

Nie jest to formalność, jak przedstawiają niektórzy, lecz przejęcie odpowiedzialności za cudzy podpis. Od tej reguły przewidziano w konstytucji wyjątki, czyli prerogatywy – czynności, które głowa państwa wykonuje samodzielnie. Ich lista jest zamknięta. Jedną z tych prerogatyw jest powoływanie sędziów.

Mianowania asesorów do tych wyjątków konstytucyjnych zaliczyć nie można, zatem akt ich mianowania wymaga kontrasygnaty. Trybunał Konstytucyjny i prezydent uznali, że jednak nie wymaga.

Tu pojawia się stara łacińska paremia tj. Exceptiones non sunt extendendae, czyli – w tłumaczeniu – wyjątków nie interpretuje się rozszerzająco. Uczy się tego każdego studenta prawa. Cały spór mieści się w tej luce.

25 czerwca 2026 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł w sprawie K 2/26, że wymóg kontrasygnaty przy mianowaniu asesorów jest niezgodny z ustawą zasadniczą. Wybrnął konstrukcją czynności pochodnych – funkcjonalnie niezbędnych do wykonania prerogatywy zasadniczej i dzielących jej status.

Jest to rozumowanie zarazem eleganckie i niebezpieczne. Eleganckie, bo cały rozdział VIII Konstytucji RP zbudowano po to, by rząd nie decydował o obsadzie sądów. Niebezpieczne, bo katalog zamknięty, do którego wolno dopisywać czynności „funkcjonalnie niezbędne”, przestaje być katalogiem zamkniętym.

Jest jeszcze przeszkoda, której obejść się nie da: tego wyroku nie ogłoszono. Rząd nie publikuje orzeczeń TK od grudnia 2024 roku, a Trybunał sam zastrzegł, że skutki jego rozstrzygnięcia liczą się od dnia ogłoszenia. Prezydent oparł więc akt urzędowy na wyroku, którego w Dzienniku Ustaw nie ma.

Prof. Ryszard Piotrowski, jako jeden z niewielu, który potraktował wyrok poważnie, punktuje absurd z drugiej strony: nie da się uzależniać skuteczności aktu od kontrasygnaty uznanej za konstytucyjnie wykluczoną. Jego konkluzja jest najkrótsza: „i tak źle, i tak niedobrze”.

Prezydent z muszkietem…

Prezydent Karol Nawrocki prowadzi w tej sprawie politykę konsekwentną. W listopadzie 2025 roku odmówił powołania i awansu 46 sędziom, ogłaszając regułę, że przez pięć lat nominacji nie otrzyma sędzia kwestionujący konstytucyjne uprawnienia prezydenta. W lutym 2026 roku zawetował nowelizację ustawy o KRS.

Wiosną zaprosił na ślubowanie dwoje z sześciorga wybranych przez Sejm sędziów Trybunału; pozostała czwórka ślubowała w Sejmie przed notariuszem, a Kancelaria Prezydenta uznała to za zrzeczenie się urzędu.

W maju wręczył 162 nominacje sędziowskie. Od końca maja do 28 lipca trzymał w Kancelarii wnioski dotyczące 209 asesorów. Wykładnia tych decyzji jest prostsza, niż się wydaje.

Prerogatywa jest tu traktowana jako kompetencja rozstrzygająca, nie potwierdzająca. Odmowa powołania staje się narzędziem politycznym równie użytecznym jak powołanie, a zwłoka narzędziem najtańszym i chyba najskuteczniejszym.

Paradoks polega na tym, że prezydent osłabia to, czego broni. Prerogatywa jest mocna dopóty, dopóki jest bezsporna i wykonywana automatycznie. Uczyniwszy z niej instrument oceny sędziów według kryterium stosunku do własnych uprawnień, głowa państwa dostarczyła argumentu tym, którzy chcą prerogatywę przyciąć ustawą.

Inne pytanie brzmi, czy taka ustawa byłaby zgodna z konstytucją. Kolejny rezydent pałacu prezydenckiego może objąć urząd już okrojony i w obronie własnego dominium może sięgać jeszcze dalej.

Punkt ciężkości przesuwa się z aktu powołania na ślubowanie. Jeśli o objęciu urzędu rozstrzyga nie wybór Sejmu ani wniosek Rady, lecz obecność kandydata w Pałacu, prezydent decyduje nie tylko o tym, kto zostanie sędzią, ale i kiedy – a więc czy w ogóle. Czworo wybranych w marcu sędziów Trybunału jest tego dowodem najbardziej oczywistym.

Wreszcie: orzeczenia Trybunału są przyjmowane wtedy, gdy poszerzają pole działania prezydenta. Wniosek w sprawie K 2/26 złożyła w styczniu ówczesna I Prezes Sądu Najwyższego, nie Pałac – ale to Pałac zainkasował rozstrzygnięcie i wykorzystał je 28 lipca.

Nie dziwi mnie takie działanie. Prezydent prowadzi własną politykę i próbuje w ramach obecnej konstytucji wykroić sobie najwięcej władzy – co trzeba przyznać, robi to bardzo umiejętnie i bez większych politycznych kosztów.

Czy takie działanie coś nam może przypominać? Spory o pozycję prezydenta, które prowadził Lech Wałęsa jeszcze za czasów tzw. małej konstytucji – co samo w sobie jest krzykiem, że ustrój Rzeczypospolitej się wyczerpuje. Modus operandi prezydenta jest skuteczny, ale czy jest propaństwowy? Najpierw wypada przyjrzeć się drugiej stronie.

Premier z dekretem…

Tu ocena musi być ostrzejsza, i to nie z powodu sympatii politycznych, lecz z powodu deklaracji, które obóz rządzący sami składali podczas ostatnich wyborów parlamentarnych. Gwoli przypomnienia, rząd nie publikuje wyroków Trybunału Konstytucyjnego od grudnia 2024 roku.

Nie chodzi o jeden wyrok ani o jedną wątpliwość, lecz o praktykę trwającą półtora roku i obejmującą wszystko, co Trybunał wyda. Dodajmy: czyni to wbrew art. 190 ust. 2 Konstytucji, który nakazuje niezwłoczne ogłoszenie orzeczenia i nie przewiduje wyjątku dla orzeczeń, które rządowi się nie podobają.

Formacja, która doszła do władzy pod hasłem przywracania praworządności, wybrała instrument identyczny z tym, którego użyto w 2016 roku i który wtedy nazywała deliktem konstytucyjnym; dziś to narzędzie demokracji walczącej, czy też prawa tak, jak oni je rozumieją.

Podstawą tej praktyki jest uchwała Sejmu z marca 2024 roku. Uchwała nie jest źródłem prawa powszechnie obowiązującego i nie może pozbawić mocy orzeczenia Trybunału. Zbudowanie na niej trwałej polityki państwa oznacza przyjęcie zasady, że większość parlamentarna sama ocenia, które orzeczenia sądu konstytucyjnego ją wiążą.

Jest to zasada, po której nie ma już żadnej granicy – bo równie dobrze może z niej skorzystać każda następna większość. I tak Polska z właściwą sobie gracją recypuje myśl Sieyès’a, tylko czy my naprawdę musimy przeprowadzać rekonstrukcję czasów rewolucyjnych?

Ta sama logika wróciła przy Krajowej Radzie Sądownictwa. Po prezydenckim wecie Sejm przyjął w lutym 2026 roku uchwałę, że przy obsadzie Rady uwzględni wyniki wyborów przeprowadzonych wśród sędziów, i 15 maja wybrał 15 sędziów wyłonionych tą drogą.

Odbyło się to w trybie, którego obowiązująca ustawa nie przewiduje, kilka dni po postanowieniu zabezpieczającym Trybunału, wzywającym Sejm do wstrzymania się z wyborem. Nowa Rada ma więc wadę tego samego rodzaju co poprzednia, tyle że o odwrotnym znaku: tamtą wybrano wbrew standardowi europejskiemu, tę wbrew brzmieniu ustawy.

Rząd miał do dyspozycji drogę ustawową i nie skorzystał z niej skutecznie. Nowelizacja o KRS została zawetowana, całościowego rozstrzygnięcia statusu sędziów powołanych po 2017 roku wciąż nie ma, a kolejne projekty ustrojowe tej władzy czekają na tzw. ustawę praworządnościową, której nie było, nie ma i nie będzie.

Rządzenie uchwałami i komunikatami zamiast ustawami jest znacznie prostsze. Jako wspólnota zatraciliśmy zdolność negocjacji z przeciwnikiem, celem stało się postawienie na swoim i zniszczenie wroga, a to nie jest nastawienie, które pozwoli wypracować trudny kompromis z nieprzychylnym prezydentem, za to idealnie wpisuje się w narrację chociażby Andrzeja Seweryna z ujawnionego niegdyś nagrania – przez przyzwoitość nie będę głównej tezy cytował.

Wreszcie sprawa asesorów, w której to rząd wykonał pierwszy ruch. To premier Donald Tusk wstrzymał kontrasygnatę pod nominacjami asesorów sądów administracyjnych i to przeciw jego bezczynności kandydaci musieli składać skargi.

Rzecznik Praw Obywatelskich ustalił, jak wyglądał ten mechanizm: Kancelaria Premiera czekała na opinię Rządowego Centrum Legislacji, Centrum na opinię ministra sprawiedliwości. Obstrukcja miała przybrać postać obiegu dokumentów – bardzo wygodne.

Wobec asesorów sądów rejonowych minister Waldemar Żurek publicznie domagał się od prezydenta pilnych nominacji. Gdy nominacje padły, jego resort jeszcze tego samego dnia odmówił im skuteczności. Stanowisko resortu zmieniło się nie wraz ze stanem prawnym, lecz wraz z tym, kto wykonał ruch.

Dodajmy tylko, że nowa KRS, od której asesorzy oczekiwali ochrony, w pierwszej poważnej sprawie zajęła stanowisko zbieżne z ministrem; sami zainteresowani mówili wprost, że wygląda to na element większego planu. Organ powołany do stania na straży niezależności sądów wystąpił w roli strony – nie pierwszy raz zresztą.

I wreszcie 5 sierpnia. Premier podpisał, ale zrobił to tak, żeby podpis nie oznaczał zgody: przed kamerami, poprzedzając akt oskarżeniem prezydenta i Trybunału o polityczny spisek przeciw konstytucji, a samemu Trybunałowi odmawiając nazwy, której – jak zaznaczył – używa wyłącznie przez uprzejmość.

Jak już wspominaliśmy kontrasygnata jest przejęciem odpowiedzialności za cudzy akt. Premier podpisał, oświadczając zarazem, że odpowiedzialności nie bierze żadnej, bo akt jest owocem spisku. Jest to kontrasygnata zaprzeczająca własnej istocie – instytucja ustrojowa użyta w charakterze komunikatu prasowego.

Najwięcej mówi jednak to, czego premier nie podpisał. Osiemnastu asesorów sądów administracyjnych czeka dalej. Ta sama grupa zawodowa, ta sama podstawa konstytucyjna, ten sam długopis. Różnica polega wyłącznie na tym, że nominacje asesorów rejonowych były już prezydenckim faktem dokonanym, a nominacje asesorów WSA to wciąż wnioski leżące na biurku premiera. Wobec faktu dokonanego rząd ustąpił w tydzień; tam, gdzie ma inicjatywę, zwleka od miesięcy. Cenę tej gry podał zresztą sam premier, przyznając, że ta grupa asesorów mogłaby rozpoznawać po dziesięć czy jedenaście tysięcy spraw miesięcznie.

Najgroźniejsza jest wszakże doktryna, a nie poszczególne decyzje. Obóz rządzący przyjął zasadę, że akt organu państwa można uznać za nieistniejący, jeżeli organ jest wadliwie obsadzony.

Brzmi to kusząco, ale jest zabójcze dla funkcjonowania państwa, bo zasada ta nie ma żadnej granicy: nieistniejące bywają wyroki Trybunału, nieistniejące bywają nominacje prezydenta, a jutro nieistniejące okażą się wyroki wydane przez sędziów powołanych po 2017 roku. Obywatel, którego sprawę taki sędzia rozpoznał, dowiaduje się, że jego prawomocny wyrok jest przedmiotem sporu politycznego. Tego kosztu nie poniesie żaden minister.

Dwie strategie, jeden mechanizm

Postawmy teraz obie strategie obok siebie, bo wyłania się z nich jeden wzór. Od 2 lat w Polsce nie uchwalono ustawy porządkującej ustrój sądów. Uchwalono za to setki aktów stosowania prawa, komunikatów, uchwał i pism okólnych, które ten ustrój faktycznie zmieniają. Obie strony doszły do wniosku, że przy takim klinczu nie ma sensu tworzyć prawa, lecz łatwiej i szybciej jest tworzyć fakty – a instrumentem równie skutecznym jak działanie jest odmowa działania.

Powód tego wyboru jest banalny. Ustawa wymaga podpisu drugiej strony, akt stosowania prawa już tego nie wymaga. Gdy Prezydent i Rząd wywodzą się z przeciwnych i do tego skłóconych obozów, trwały kompromis jest bardzo kosztowny, a jednostronny ruch daje natychmiastową korzyść. Konstytucja z 1997 roku zakładała, że taki układ wymusi współpracę. Jak to wygląda w praktyce? Widzimy wszyscy…

Prezydent tworzy nową rzeczywistość przez powołania, odmowy powołań i zwłokę. Rząd tworzy z kolei własną rzeczywistość przez niepublikowanie wyroków, wstrzymywanie kontrasygnat i pisma do prezesów sądów. Skutek działalności dużego i małego pałacu jest taki sam: o tym, kto jest sędzią, decyduje dziś nie ustawa, lecz to, który organ wykonał ruch jako ostatni.

Sierpniowy podpis niczego w tym wzorze nie zmienił – raczej go dopełnił. Ostatni ruch należał do rządu, ale to prezydent wyznaczył pole i termin, a rząd, ustępując, potwierdził, że metoda działa. Kto pierwszy wręczy dokument, ten stawia drugiego przed wyborem między kapitulacją a odpowiedzialnością za los konkretnych ludzi. Tej lekcji nie zapomni żaden następca prezydenta.

Rachunek kosztów

Wróćmy do tych, od których zaczęliśmy. Ich położenie było złe w każdym z możliwych wariantów. Bez kontrasygnaty w większości sądów nie zostaliby dopuszczeni do orzekania. Z kontrasygnatą uzyskaną po fakcie zawsze będzie można twierdzić, że tryb był wadliwy. A jeśli podpis premiera nie był potrzebny, jego złożenie niczego nie naprawiło, bo naprawiać nie było czego.

Ziścił się wariant środkowy, i to w postaci najgorszej z możliwych. Kontrasygnata jest, lecz złożono ją po fakcie i opatrzono publicznym oświadczeniem szefa rządu, że akt, który podpisuje, powstał wskutek łamania konstytucji.

Ktokolwiek zechce za cztery lata podważyć powołanie tych osób na urząd sędziego, nie będzie musiał szukać argumentów – dostał je od premiera, przed kamerami, w dniu podpisu.

Sędzia Maciej Świder ze stowarzyszenia Votum wskazał konsekwencję najdalszą: wadliwość mianowania da się podnieść później, przy powoływaniu tych osób na urząd sędziego. Polska ma już jedną grupę sędziów z zakwestionowanym tytułem. Właśnie wyprodukowała drugą, liczącą 229 osób i mającą przed sobą 30 lat orzekania.

Interes państwa

Suwerenność nie jest deklaracją, lecz pewną sprawnością. W tym wypadku państwo suwerenne to takie, które potrafi samo rozstrzygnąć, kto w jego imieniu sprawuje wymiar sprawiedliwości. Rzeczpospolita tej sprawności nie ma, więc pytanie rozstrzygnie się pewno w Wenecji, Strasburgu i Luksemburgu albo co gorsza w gabinetach polityków jako nieformalne ustalenia – nie dlatego, że ktoś nam tę sprawność odebrał, tylko dlatego, że w Warszawie nie ma organu, którego rozstrzygnięcie uznałyby obie strony.

Każdy miesiąc sporu przesuwa decyzję poza ramy państwa. To nie obrona suwerenności, lecz jej wyprowadzanie z kraju, dotyczy to zarówno rządu odmawiającego uznania własnego sądu konstytucyjnego, jak i prezydenta budującego na orzeczeniu Trybunału swoją strefę wpływów.

Druga miara jest prostsza. Obywatel ma nie zajmować się sporami kompetencyjnymi, ma prawo do sądu i rzetelnego procesu. Dwumiesięczna zwłoka prezydenta była w tym świetle decyzją złą, choć dała mu przewagę taktyczną. Półtoraroczna odmowa publikacji wyroków przez rząd jest decyzją gorszą, bo trwalszą i wymierzoną w sam mechanizm rozstrzygania sporów.

Sierpień pokazał zaś rzecz najbardziej przykrą: kontrasygnatę dało się złożyć w tydzień. Skoro tak, to żadna z wcześniejszych zwłok nie miała przyczyny prawnej – miała wyłącznie przyczynę polityczną.

Trzecia miara dotyczy wchodzących do zawodu. 229 młodych prawników dostało na starcie lekcję, że o ich statusie decyduje nie egzamin i ciężka praca, lecz układ sił. Z takiej lekcji wychodzą cynicy, przyszli stronnicy albo ludzie z przetrąconym kręgosłupem – i to oni będą orzekać przez 30 lat.

Co dalej

Podpis z 5 sierpnia zamknął sprawę tygodnia, nie sprawę ustroju. Otwarte pozostają trzy fronty: 18 asesorów sądów administracyjnych wciąż bez kontrasygnaty, skutki podpisu złożonego po fakcie i z publicznym zastrzeżeniem, wreszcie nieopublikowany wyrok K 2/26 wraz z pozycją nowej KRS.

Ten spór pogłębia także konflikt, o którym mówi się najmniej. Nie chodzi o to, że politycy pokłócili się o sądy. Chodzi o to, że pokłócili się sami sędziowie: na stowarzyszenia, na roczniki, na „neo” i „paleo”, na uchwały o niedopuszczaniu kolegów do orzekania.

Środowisko, które miało być rozjemcą, stało się stroną, a obywatel przyswoił sobie wniosek, że wyrok zależy od tego, kto go wydaje i przy czyim udziale został powołany. Zaufania do sądów nie zniszczyły ustawy, lecz to, że sędziowie przestali uznawać się wzajemnie.

Wyjście istnieje, ale jest wyjątkowo nieatrakcyjne: ustawa zamykająca status wszystkich dotąd powołanych i rozstrzygająca kwestię kontrasygnaty na przyszłość; drugim wyjściem jest ograniczony reset konstytucyjny. Niemniej ta droga wymaga, aby politycy byli gotowi zrezygnować z części łupu i narzędzi walki politycznej.

Dopóki ich nie ma, rachunek płacą trzy grupy: ci, których akty mają wreszcie oba podpisy, ale i dołączone do nich publiczne zastrzeżenie, 18 wciąż czekających na podpis, oraz obywatele czekający na wyroki w sprawach, które ktoś już wylosował. W tej sytuacji mogę powtórzyć jeszcze raz za prof. Piotrowskim: „i tak źle, i tak niedobrze”.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.