Karol Nawrocki był przede wszystkim prezydentem prawicy. Zyskał szacunek jej liderów i stworzył oczekiwanie, że będzie moderatorem sporów po prawej stronie sceny politycznej. Jednocześnie w roli depolaryzatora pozostawił sporo niedosytu.

Plemienne oczekiwania

Żeby uczciwie podsumować pierwszy rok prezydentury Karola Nawrockiego, należy zacząć od kryterium, a więc oczekiwań wobec Prezydenta RP. Takie pytanie w „normalnych” czasach byłoby zbędne, bo oczekiwania wobec głowy państwa są mniej więcej podobne i wynikają głównie z konstytucyjnych funkcji i kompetencji.

W przypadku Polski AD 2026 wymagania wobec prezydenta nie są jednak tak oczywiste, jak nakazywałaby ustawa zasadnicza i logika. Mówiąc wprost – kluczowe pytanie o ocenę Karola Nawrockiego brzmi: czy oczekiwaliśmy prezydenta, który ułatwia rządowi rządzenie, czy takiego, który konfrontuje się z nim? A może kogoś, kto po prostu dobrze wypełnia te zadania, które przed głową państwa stawia nasz system polityczny?

Mimo że ta ostatnia odpowiedź wydaje się najbardziej oczywista, to wybierana jest rzadziej niż częściej. Zarówno dla zwolenników rządu, jak i jego przeciwników ocena Nawrockiego jest prostą funkcją stosunku do gabinetu Donalda Tuska. Mało kogo obchodzi to, jak lokator dużego Pałacu wypełnia przewidzianą konstytucją rolę. Liczy się to, czy przeszkadza, czy pomaga naszemu plemieniu. Każde inne kryterium jest jedynie pozorem.

To dlatego oceny jego prezydentury są tak skrajnie różne. Dla zwolenników rządu Nawrocki to główna przeszkoda („wetoman”), dla przeciwników – ostatnia reduta oporu wobec władzy, której chcą się pozbyć.

Mając na uwadze tak sprzeczne oczekiwania, Karol Nawrocki odegrał spodziewaną rolę – prezydenta tej części Polski, która na niego głosowała. Z pewnością nie jest ani pierwszą, ani ostatnią głową państwa, który działa wedle tej logiki.

Prezydent prawicy, niekoniecznie PiS-u

Karol Nawrocki był od początku prezydentem przede wszystkim prawicy.

Niezależnie od jej nurtów, istniał – i istnieje – po tej stronie sporu jeden wspólny mianownik, który łączył wszystkich – niechęć do obozu Donalda Tuska. Dla tych wyborców postawienie na Nawrockiego był więc wyborem osoby, która najlepiej będzie pełniła rolę rzucającego wyzwania rządzącej koalicji, pomagając jednocześnie utorować drogę do zmiany władzy. Już sam ten kontekst jego wyboru definiował główne oczekiwania wobec Nawrockiego.

Trzeba dodać, że fakt, iż nowy prezydent nie okazał się partyjnym funkcjonariuszem, nie przemawia za jakąś szczególną odwagą głowy państwa. Taki stan rzeczy leży bowiem w jej elementarnym interesie. Skoro o zwycięstwie w drugiej turze decydowali wyborcy Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, to jest naturalne, że należy o nich zadbać, szczególnie iż ten elektorat od czasów wyborów prezydenckich wzrósł kosztem PiS.

Niezależność od Nowogrodzkiej wynikała nie tylko ze świeżego, mocnego mandatu Nawrockiego i pogłębiającej się słabości samego Kaczyńskiego, ale także z faktu, że PiS był w opozycji. To różnicuje chociażby Karola Nawrockiego i Andrzeja Dudę, który niemal od początku swojej prezydentury miał obok siebie rząd prawicowy, w którego cieniu pozostawał.

Będący na pierwszej linii ognia Nawrocki naturalnie przenosił oś polaryzacji z relacji Tusk-Kaczyński na linię Tusk-Nawrocki, co nie tylko wzmocniło jego pozycję, ale i osłabiło prezesa PiS-u.

Mając tą świadomość, Jarosław Kaczyński zasadnie miarkował oczekiwania i presję na silniejszego w sondażach Prezydenta. Wiedział, że jest na pozycji, w której Nawrockiego może jedynie prosić, a nie wymuszać.

Mimo to, trzeba uczciwie dodać, że niepodległość wobec Nowogrodzkiej nie oznaczała szczególnego do niej dystansu.  Konia z rzędem temu, kto wskaże, jakie decyzje Nawrockiego były sprzeczne z interesem PiS. Prezydent nie działa pod dyktando Kaczyńskiego, ale jednocześnie ma z tyłu głowy, aby nie zaszkodzić partii, która wyniosła go do władzy.

Nie powinno to dziwić, skoro jego bezpośrednie zaplecze stanowią osoby od lat związane z PiS. Zbieżność działań Nawrockiego z linią Nowogrodzkiej najpełniej oddaje decyzja w sprawie SAFE. Istnieją silne przesłanki, żeby uważać, że weto prezydenta było podyktowane kampanią „antysejfową”, którą rozpoczął PiS. Bez niej, decyzja o odrzuceniu ustawy nie byłaby oczywista.

Wielu może spytać: co w tym złego, że Nawrocki był prezydentem prawicy? Przecież z takim programem szedł do wyborów. Przecież każdy ma – albo przynajmniej powinien mieć – jakiś program. Przecież głowa państwa nie ukrywała w kampanii kierunku, w jakim chce podążać, a potem konsekwentnie go realizowała.

Niedosyt budowy wspólnoty

Takie podejście do sprawy myli dwa porządki. Czym innym jest porządek programowy, a czym bycie stroną konfliktu politycznego. O ile w przypadku tej pierwszej płaszczyzny Nawrocki miał prawo do realizacji własnego, konserwatywnego programu, bo wybory dały mu do tego mandat, o tyle funkcja prezydenta powinna powściągać go we wchodzeniu w partyjny konflikt.

I to właśnie w tym miejscu widzę największy niedosyt tej prezydentury. Oczywiście to nie Nawrocki rozpoczął wojnę polsko-polską ani nawet wojnę z rządem Tuska, ale można postawić tezę, że za mało włożył wysiłku na rzecz depolaryzacji i naprawę wspólnoty politycznej.

Przez ostatni rok można było mieć wrażenie, że liczba pojednawczych sygnałów wysłanych do elektoratu mu przeciwnego była zbyt mała. Tymczasem w polskim systemie politycznym prezydent ma unikalną pozycję do tego, żeby próbować to robić. Jego kompetencje są bowiem z innego, metapolitycznego porządku, wykraczającego poza doraźne rządzenie.

Tymczasem niewiele wyszło z zapowiedzi choćby punktowej współpracy z partiami koalicji rządzącej. O współpracy z KO nikt nawet nie myślał, ale przecież w swoim inauguracyjnym wystąpieniu Karol Nawrocki puszczał oko do lewicy, Polski 2050 czy PSL.

Po roku prezydentury nie widać żadnej różnicy w jej ocenie między koalicjantami. Nawet współpraca z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem w obszarze bezpieczeństwa zaczęła trzeszczeć, mimo że za czasów Andrzeja Dudy była nienaganna.

Oczywiście duża w tym rola Donalda Tuska, który w ostatnim roku skutecznie podporządkował sobie koalicjantów.  Paradoksem przegranej przez Rafała Trzaskowskiego wyborów było to, że władza Tuska nad sojusznikami nie osłabła, ale się wzmocniła. Miało to swoje konsekwencje dla kohabitacji. Tusk narzucił model konfrontacji, wymuszając na koalicjantach pełne respektowanie zasady: „żadnych dealów z prezydentem!”

Przestrzeń do współpracy z rządem była więc dla Nawrockiego bardzo ograniczona, a potwierdzeniem złej woli jest sposób traktowania inicjatyw legislacyjnych Nawrockiego. Można krytykować decyzje o poszczególnych wetach, ale faktem jest, że 90% ustaw uzyskuje podpis prezydenta. Tymczasem niemal wszystkie ustawy Nawrockiego trafiają do zamrażarki marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego.

Mając w pamięci powyższe uwagi, nieprzypadkowo użyłem słowa „niedosyt”. Każde mocniejsze określenie abstrahowałoby od realnych możliwości, jakimi Prezydent dysponował. Niemniej – takowe były. W wystąpieniach Nawrockiego mało było sygnałów skierowanych do nie-corowego prawicowego elektoratu. Za mało było obecności w nieprzychylnych mediach, za rzadko zapraszał ludzi spoza prawicowego ekosystemu. Mówiąc krótko, prezydent za rzadko grał „na wyjeździe”.

Nawrocki nie jest lubiany przez elektorat nieprawicowy, ale nie wykonał wysiłku, żeby tę nieufność ograniczyć. Sprawiał wrażenie, że jest pogodzony z Polską podzieloną na pół. Nie tylko nie chciał wejść w rolę narodowego spoiwa i ponadpartyjnego moderatora, ale także za rzadko uznawał nawet potrzebę realnego, a nie udawanego dialogu z innymi.

Oczywiście łatwo to wyjaśnić. Każdy gest wobec drugiej strony drażniłby bazowy elektorat prezydenta. Nie po to wyborcy prawicy głosowali na Nawrockiego, żeby ten okazywał tym drugim emocję inną niż pogarda albo niedostrzeżenie.

W polskich warunkach pełnienie roli prawdziwego prezydenta, którego głównym celem jest troska o kondycję wspólnoty narodowej (bo od rządzenia jest rząd) jawi się nie tylko jako frajerstwo, ale co gorsza – polityczne samobójstwo.

Nie wetomat, a korektor

Sygnalizując największą słabość tej prezydentury, od razu przyznam, że nie łączy się ona z prostą tezą, w myśl której Karol Nawrocki jest „wetomatem”. Choć liczba odrzuconych ustaw robi wrażenie, to imputowanie prezydentowi intencji wetowania dla samego wetowania nie jest uzasadnione. Każda odmowa podpisu miała dobrze przedstawioną argumentację i choć można się z nimi nie zgadzać, trudno odmówić, że stały za nimi istotne racje merytoryczne.

Co więcej, prezydent nieraz zaznaczał, które przepisy w ustawie powinny ulec zmianie, aby złożył on podpis. Z tej opcji rząd nie chciał skorzystać, mimo oczywistego interesu państwowego. Dlaczego? Bo wygrała strategia konfrontacji z Nawrockim i przedstawienia go jako głównego winnego niedomagań rządu. Premier woli mieć zatrzymane ustawy i zrzucić winę na niepowodzenia na prezydenta, niż posunąć się i mieć podpisane ustawy.

Co ważne, często zastrzeżenia Nawrockiego dotyczyły nie meritum ustawy, ale jakości legislacji, co tym bardziej dawało przestrzeń do porozumienia. Podkreślmy – nie chciał tego premier, bo zaprzeczyłby swojej głównej politycznej strategii na czas kohabitacji.

Żeby tej sprawie nadać dodatkowy smaczek, warto podkreślić, że w rządzie wielu ministrów współpracuje z prezydentem, po cichu uzgadniając ustawy i następnie na etapie sejmowym wprowadzając autopoprawki uwzględniające oczekiwania głowy państwa (jeśli nie są wygórowane).

Dlaczego ministrowie „bypasują” premiera? Bo w ich interesie jest przepchanie kolejnych ustaw, nawet kosztem czasami niewielkich ustępstw wobec KPRP. Mamy więc absurdalną sytuację, w której ministrowie ukrywają współpracę legislacyjną z prezydentem nie tylko przed opinią publiczną, ale i swoim przełożonym.

Fakt że Nawrocki nie ma na celu maksymalizować liczby wet, a raczej mieć wpływ na legislację, należy ocenić ambiwalentnie. Z jednej strony, KPRP pełni pozytywną rolę kolejnej pary oczu, która analizuje ustawy i je koryguje. Z drugiej jednak strony, sama rola, w jaką wszedł prezydent, ma charakter precedensowy i budzi słuszne kontrowersje.

Owszem, głowa państwa dostała w konstytucji formalne uprawnienie do wetowania i zgłaszania ustaw, za czym idzie de facto możliwość wpływu na proces legislacyjny. Niemniej rola swoistego korektora ustaw nigdy nie była realizowana w takiej skali. Poprzedni prezydenci ograniczali się do ustaw, z którymi byli w głębokim ideowym sporze. Prezydent Nawrocki wetuje także ustawy „drobne”, co do których po prostu nie jest  wystarczająco przekonany.

Taka rola nie jest wprost sprzeczna z konstytucją, jak chcieliby oponenci prezydenta, ale nie unieważnia to pytania o zasadność i ustrojową rolę prezydenta. Odpowiedź na nie zależy od tego, jakiego ustroju oczekujemy. Stawiam tezę, że prezydent nie powinien ingerować w polityki publiczne w tak szerokim zakresie, bo pogłębia to problem dualizmu polskiej egzekutywy, czyli dwóch kierownic w samochodzie.

Amerykańskie zasługi

Jedynym obszarem, na którym Nawrocki odcisnął swoje realne piętno, jest polityka wobec USA, wynikająca z osobistych relacji, jakie zdołał zbudować z Donaldem Trumpem. Utrzymanie liczebności amerykańskiej armii w sytuacji, w której Amerykanie redukują obecność w Europie, jest bez wątpienia zasługą Nawrockiego. Zaproszenie Polski na szczyt G20 czy zmiana regulacji w sprawie chipów (to jeszcze z czasów kampanii) to też realne osiągnięcia nowego prezydenta.

Jego przeciwnicy stawiają zarzut, że jest przesadnie protrumpistowski. Moim zdaniem nie jest on zasadny. Polityka Nawrockiego nie wynika z realnej i autentycznej fascynacji Trumpem i ruchem MAGA, co jest mu zarzucane, ale tego, że chce w relacjach z MAGA-owcami być po prostu skutecznym.

Osobowość Trumpa i to, jak wpływa ona na podejmowanie przez niego decyzji, powoduje konieczność „obsługi” jego specyficznego ego. Dlatego trudno się dziwić, że Nawrocki wykonuje gesty, które Amerykanie mają dekodować jako sygnał: „gram z wami”.

Co istotne, w protrumpisowskich gestach Nawrocki nie przekroczył granicy dobrego smaku, ani państwowego interesu. Dowodem była faktyczna rezygnacja z wejścia do nowej organizacji Trumpa, mimo osobistego zaproszenia czy jasny sprzeciw wobec pierwszej koncepcji 28-punktowego planu pokojowego dla Ukrainy.

Bardziej dyskusyjny jest dorobek na odcinku ukraińskim. Nawrocki – co zrozumiałe – od początku zapowiadał większą asertywność. Kontrowersyjna była jednak decyzja o odebraniu Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełeńskiemu. Naturalnie podobało się prawicowemu elektoratowi, ale zrodziło słuszne pytanie: jaką korzyść miała z tego Polska?

Ten ruch nie wpłynął bowiem na zmianę kursu w polityce historycznej Ukrainy, a jedynie wywołał efekt domina i pozwolił ukraińskiemu prezydentowi swoją opinię publiczną przeciw Polsce.

Inne odcinki polityki zagranicznej nie zasługują na wspomnienie, bo realna rola Nawrockiego nie była istotna. Znaczenie miał jedynie spór o ambasadorów, który do dziś nie został zakończony.

Choć detali nie znamy, to wiemy, że prezydent zgodził się na kompromis wypracowany w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, który został następnie podważony przez Tuska zgodnie z opisywaną wcześniej doktryną.

Ludowy prezydent

Dopiero teraz – po ocenie tego, co państwowo doniosłe – można przejść do aspektu, od którego wielu zaczyna ocenę tej prezydentury. Ta kolejność w mojej ocenie nie jest przypadkowa.

Ocena formy prezydentury nie powinna przesłaniać kluczowych decyzji i wpływu na system polityczny. Z drugiej strony – jest zrozumiałe, że dla wielu ludzi ważniejsze od państwowego dorobku i ustrojowych konsekwencji jest pytanie o to, czy mogę się z danym prezydentem utożsamić.

Bez wątpienia znakiem rozpoznawczym Karola Nawrockiego jest jego styl – bezpośredni, autentyczny, swojski. Ewidentnie przypadł on do gustu prawicowym wyborcom. Choć wielu przed nim próbowało zabawy z elementami ludowymi, rzadko wychodziło to zgrabnie.

Nawrocki zrezygnował z budowania prezydenta posągowego, opierającego swój autorytet na trzymaniu chłodnego dystansu do całego świata. Jednocześnie nie przekraczał granicy, za którą podcinałby godnościowe podstawy prezydentury.

Cechą wyróżniającą Nawrockiego jest łączenie porządków estetycznych. Rano dobrze pasuje mu czapeczka z daszkiem podczas jedzenia kebaba, a wieczorem nieźle leży frak podczas przemówienia w filharmonii. Tę zdolność bez wątpienia należy zaliczyć do jego zalet, mimo że często jest wyśmiewana przez tych, którzy oczekują bardziej tradycyjnej pozy.

Siła ograniczona

Pierwszy rok Nawrockiego będzie wspominali przede wszystkim przez pryzmat jego roli na prawicy. Wysokie poparcie społeczne dla głowy państwa i jednocześnie spadające zaufanie do Jarosława Kaczyńskiego, a także rosnące poparcie dla obu Konfederacji oraz rozłam w PiS stworzyły klimat, w którym Nawrocki jest postrzegany nie tylko jako „swój” prezydent, ale jako lider całej prawicy.

Powszechnie podkreślana „siła” Nawrockiego bierze się nie tyle z jego sukcesów czy realnego wpływu, ale z tego, że to on, a nie opozycyjne partie, jest kluczowym punktem odniesienia dla władzy. Trudno przecież wskazać jakiekolwiek inicjatywy, projekty i decyzje Nawrockiego, o których moglibyśmy powiedzieć, że stanowią ważny dorobek państwowy.

Należy przy okazji podkreślić, że głowa państwa nie zrealizowała wielu swoich wyborczych zapowiedzi. Obiecywała przecież zmianę rzeczywistości, a nie jedynie złożenie projektów. Nawrocki lubi wracać do nierealizowanych 100 konkretów Tuska, ale skuteczność jego 21 punktów z kampanii nie jest wyższa.

Naturalnie brak sukcesów nie wynika z lenistwa albo braku ambicji, ale licznych ograniczeń, jakie stawia rząd. W polskich warunkach nieprzychylny prezydent może utrudnić pracę rządowi, ale nieprzychylny rząd jest w stanie niemal całkowicie odciąć prezydenta od realnych możliwości działania, nie tylko w obszarze legislacji. Niemniej, w kampanii Nawrocki nie musiał składać obietnic, o których było wiadomo, że nie spełni z uwagi na warunki, w jakich przyjdzie mu sprawować urząd.

Mamy zatem do czynienia z kohabitacją, w której prezydent stał się biegunem orientującym wokół siebie całą prawicę, zyskując szacunek jej liderów. To zaś wytworzyło oczekiwanie, że będzie on moderatorem w sporach między różnymi partiami prawicy, a być może udzieli swojego patronatu względem np. prawicowego paktu senackiego. Te nadzieje będą testowane w zbliżającym się roku.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.