Jeden z nich wyrasta ponad wszystkich. Z przewagą 50 punktów w klasyfikacji generalnej i sześcioma zwycięstwami na koncie, 19-letni Kimi Antonelli jedzie jak dotąd niemal bezbłędny sezon. Jeśli tylko nie dopadały go problemy techniczne, zawsze stawał na podium.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Kto spodziewałby się takiego rozwoju wypadków po zeszłym roku? Oczywiście młody Włoch korzysta z faktu, że dysponuje najmocniejszym bolidem w całej stawce, ale nikt nie przypuszczał, że będzie tak dominował nad swoim znacznie bardziej doświadczonym kolegą z zespołu, George’em Russellem.
Antonelli potrafił wrócić silniejszy nawet po takich ciosach, jak nieukończony wyścig w Barcelonie czy problemy w Silverstone. Po presji, jaka ciąży na faworycie, nie ma u niego śladu. Jasne, to może się jeszcze zmienić, ale jak na razie 19-latek jest najstabilniejszym, najszybszym i najlepszym kierowcą tego sezonu. To oczywiście także komplement dla Mercedesa. Toto Wolff (54 l.) i jego ekipa zbudowali najbardziej kompletny bolid, zdolny do wygrywania niemal na każdym torze. Jedynie niezawodność wciąż budzi pewne obawy, ale Mercedes jest znowu tam, gdzie zawsze chciał być.
Tylko jeden człowiek w ekipie „Srebrnych Strzał” jest nieszczęśliwy: George Russell! Typowany na lidera, udowadnia właśnie, że sam bolid nie wystarczy, by sięgnąć po tytuł. Brytyjczyk, choć prześladowany przez pecha, zbyt często bywał po prostu zbyt wolny. Russell wyraźnie przegrywa w pojedynkach kwalifikacyjnych (4:7) i może mówić o sporym szczęściu, że traci do Antonellego tylko 59 punktów. Bez gwałtownego zwrotu akcji może zapomnieć o tytule. Status kierowcy numer jeden w zespole stracił już w pierwszej połowie sezonu.
Zmartwychwstanie Lewisa Hamiltona
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja Lewisa Hamiltona. Brytyjczyk wydostał się z dołka i momentami przypomina siebie z lat największej świetności. Jego zwycięstwo w Barcelonie było imponujące. Hamilton kipi energią i, co jest spore niespodzianką, wyrósł na najgroźniejszego prześladowcę Antonellego. Powód? Siedmiokrotny mistrz świata to uosobienie regularności. Jako jedyny kierowca w stawce kończył każdy wyścig w czołowej szóstce.

Clive Rose / Getty Images
Lewis Hamilton
To oczywiście zasługa jego nowego teamu. Ferrari wreszcie znów liczy się w walce o zwycięstwa. Do Mercedesa wciąż im nieco brakuje, ale jeśli kolejne poprawki będą działać tak dobrze, Czerwoni mogą stać się realnym zagrożeniem. Nie bez powodu Wolff już teraz ostrzega przed swoim dawnym podopiecznym. Walki o tytuł z Hamiltonem w Mercedesie chyba nikt nie chciałby teraz podejmować.
Aston Martin na dnie
Od walki o mistrzostwo nikt nie jest tak daleko, jak Aston Martin. To, co dzieje się w brytyjskiej ekipie, jest po prostu żenujące i tragiczne. Tak, poprawki na Węgrzech nieco pomogły, niemniej pierwsza połowa sezonu to była kompromitacja. Najpierw bolid rzadko dojeżdżał do mety, a gdy już to robił, był o kilka sekund wolniejszy od przedostatniego samochodu w stawce. Można tylko współczuć Fernando Alonso. Projekt Aston Martin – po ponad sześciu słabych latach, niezliczonych szefach zespołów i „nadziejach na przyszłość” – sięgnął kolejnego dna.
Za to dwa jasne punkty sezonu to zasługa stajni Red Bulla. I nie, tym razem nie chodzi o Maxa Verstappena. To, co w tym roku wyczynia Racing Bulls, zasługuje na najwyższy szacunek. Ekipa zajmuje piąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów, tuż za wielką czwórką, a punkty zdobywała w niemal każdym wyścigu. Duet Liam Lawson i Arvid Lindblad zachwyca, a zespół praktycznie nie popełnia błędów.
Czy Formuła 1 przelicytowała?
Największym pytaniem pierwszej połowy sezonu pozostaje jednak: czy fundamentalne zmiany w przepisach [z 2026 roku] były błędem? Rzadko słyszało się tak krytyczne głosy ze strony fanów, padoku i czołowych kierowców. To zdecydowanie uderzyło w wizerunek F1. Nawet decydenci przyznali się do błędu, wprowadzając korekty już po kilku wyścigach. Fakt, że na rok 2027 planowane jest dalsze wycofywanie się z niektórych rozwiązań, to kolejny dowód: Formuła 1 sama wpędziła się w pułapkę – mimo że kierowcy sygnalizowali obawy już od 2023 roku – i teraz musi za to płacić.
Trzeba jednak przyznać: same wyścigi stały się z czasem ciekawsze. W ostatnich pięciu Grand Prix mieliśmy pięciu różnych zwycięzców. Już samo to sprawia, że z niecierpliwością czekamy na Zandvoort, gdzie za dwa tygodnie silniki znów ryczą pełną mocą!