
Jak wygląda skrzyżowanie „Miasteczka Twin Peaks” z klasyką kina grozy i klimatem powieści Stephena Kinga? Co w czasach amerykańskiej prohibicji robi Spider-Man i dlaczego pod maską skrywa twarz Nicolasa Cage’a? Czy w Adamczysze nadal nienawidzą Andrzeja, a Bogdan jest bogaty i umyty? Tegoroczne lato obfituje w serialowe nowości. Sprawdzamy, jak wypadają najgorętsze hity tego sezonu na platformach streamingowych.
KINO Repertuar kin w Trójmieście
Nowe seriale na lato. Platformy streamingowe nie zwalniają
oglądam całe sezony w kilka dni
42%
dawkuję po odcinku, gdy mam chwilę
15%
raczej ograniczam oglądanie latem
17%
praktycznie w ogóle nie oglądam seriali
26%
Kapryśne i nieprzewidywalne. Tak chyba – przynajmniej na ten moment – można podsumować tegoroczne lato nad Bałtykiem. Fale iście tropikalnych upałów były raczej ewenementem, a znacznie częściej niż na skwar narzekaliśmy na (zwłaszcza lipcowy) chłód, silny wiatr, deszcz i niedobory słońca. Równie niestabilna aura towarzyszy także wakacyjnym premierom w trójmiejskich kinach.
Po chwilowych czerwcowych „przejaśnieniach” w postaci „Toy Story 5” czy „Backrooms” musieliśmy poczekać kilka tygodni na najgorętsze tytuły tego sezonu – „Odyseję” i nowego „Spider-Mana”. W sierpniu pogodowa rzeczywistość za oknem wygląda już znacznie korzystniej (obym nie zapeszył), ale w kinowych salach panuje raczej wakacyjna posucha w kontekście nowych filmowych propozycji. Właściwie tylko zapowiadany na koniec miesiąca „Gwiazdozbiór psa” Ridleya Scotta ma szansę na większy frekwencyjny sukces.
Zgoła inną sytuację obserwujemy w streamingu. Czasy, w których serialowe premiery odkładano głównie na jesień i zimę, już minęły. Dziś zarządzający największymi platformami doskonale zdają sobie sprawę z tego, że widza należy utrzymywać przy sobie przez cały rok, a okres wakacyjny nie dla każdego oznacza dłuższy rozbrat z oglądaniem seriali. Potwierdza to bogactwo sezonowych premier.
Serwisy streamingowe postawiły latem nie tylko na kontynuacje niektórych swoich hitów, ale również na świeże produkcje. Oceniając najgłośniejsze serialowe propozycje ostatnich dni i tygodni, skupiliśmy się właśnie na nowościach. Z jednym wyjątkiem, bo w tym przypadku akurat nie sposób było pominąć tytułu, który stał się prawdziwym fenomenem na polskim podwórku i który przy okazji premiery każdego kolejnego sezonu przyciąga przed mały ekran tłumy widzów.

„1670”: pewniak Netfliksa wciąż nie zawodzi, choć nie jest to już zabawa dla każdego
Wspomnianą wyżej produkcją jest oczywiście „1670” autorstwa Jakuba Rużyłły (scenariusz) oraz Kordiana Kądzieli i Macieja Buchwalda (duet reżyserów). Trzy lata temu ta sarmacka satyra, skrzętnie przemycająca odniesienia do współczesności i wykorzystująca różne formy dowcipu, rozbawiła polskich widzów do łez. Sukces „jedynki” sprawił, że twórcy w drugim sezonie całkowicie popuścili wodze fantazji i jeszcze śmielej operowali choćby czarnym humorem. Ta, momentami dość radykalna, zmiana stylu nie każdemu przypadła do gustu, choć „dwójka” pod paroma względami (np. fabularnymi czy realizacyjnymi) prezentowała się nawet korzystniej od pierwszego „1670”.
Najnowsza odsłona serii – co szczególnie powinno uradować tych, którzy poprzednim sezonem nieco się zawiedli lub się nim zmęczyli – to wyraźny skręt w kierunku początkowych opowieści o Adamczysze i jej mieszkańcach. W „trójce” nie ma już karkołomnych eksperymentów z konwencją i fabułą serialu, nie ma również tak wielu, jak ostatnio, przeskoków akcji. Twórcy co prawda nadal konsekwentnie poszerzają to barwne uniwersum i czerpią z jego licznych bogactw, ale nie zapominają o wylanych przed trzema laty fundamentach.

„Dla Jafeta Arka. Dla chama jedynie Gdynia”. Trójmiejski żart w „1670”
Trzeci sezon to właściwie kwintesencja „1670”. Znajdziemy tu trochę „montypythonowskiego” humoru („Ale byś u mnie miał!”), sporo wszelakiego pastiszu (od sienkiewiczowskiej trylogii po „Armageddon” i „Grę o tron”), dużo – aczkolwiek znacznie mniej niż w drugim sezonie – absurdu (np. odcinek z próbą wystrzelenia chłopa Mirka w kosmos) oraz całe mnóstwo błyskotliwych puent i chwytliwych powiedzonek (choć nie mają już one takiej siły przebicia i świeżości jak w pierwszej serii).
Wraz z premierą nowych odcinków wracają jednocześnie stare bolączki netfliksowej produkcji – znów brakuje pomysłu na Stanisława, finalizacja wielu wątków wydaje się na siłę uproszczona i nie dostarcza zbyt dużych emocji, a kryzys tożsamości, z jakim w tym sezonie zmaga się Jan Paweł, jest trochę pokłosiem braku spójnej wizji na tę główną przecież postać. Kolejny raz także twórcy „1670” mają problem z utrzymaniem jakości na dystansie całego sezonu. Początkowym odcinkom brakuje nieco werwy, w środkowych bywa genialnie, ale i czasami po prostu przeciętnie, najrówniejszy poziom prezentują finałowe epizody.
Nawet jeśli widać już oznaki zmęczenia materiału albo chwilowej zadyszki, to wciąż „1670” bije na głowę inne komediowe seriale w naszym kraju. Styl, w jakim Rużyłło, Buchwald i Kądziela rozwijają opowieść o Adamczewskich (i Bogdanie, który jest prawdziwym MVP tego sezonu), zapewne dla części widzów może wydawać się już nadto przekombinowany i odrealniony, ale właśnie w tej odwadze przełamywania schematów i ciągłym przesuwaniu humorystycznych (i nie tylko) akcentów tkwi prawdziwa siła serialu. Trzeci sezon tylko umocni was w miłości do „1670” i nienawiści do Andrzeja.
OCENA: 8/10

„Spider-Noir”: Nicolas Cage w sieci Prime Video
Gdy w połowie lat 90. Tim Burton, mający już wówczas na koncie dwa filmy o Batmanie, przymierzał się do nakręcenia własnej wersji opowieści o Supermanie, głównym kandydatem do tytułowej roli był Nicolas Cage. Aktor przeszedł nawet próby kostiumowe, ale wkrótce cały projekt trafił do hollywoodzkiej „zamrażarki”, z której nigdy już się nie wydostał. Wydawałoby się, że Cage’owi zagranie superbohatera przeszło tuż koło nosa. A wystarczyło poczekać 30 lat, by założyć strój zupełnie innego herosa. Aczkolwiek nie tylko kostium jest tu umowny, bo i sam Spider-Man również.
A właściwie Spider, bo tego właśnie pseudonimu używa Ben Reilly – na co dzień prywatny detektyw, po godzinach samozwańczy stróż prawa fruwający między wieżowcami Nowego Jorku w czasach amerykańskiej prohibicji. Głównego bohatera serialu poznajemy pięć lat po tragicznej śmierci jego ukochanej. Od tego czasu Reilly ani razu nie włożył maski Pająka, ale gdy w mieście w zagadkowy sposób giną i znikają ludzie, a na ulicach pojawiają się postaci obdarzone nadludzkimi mocami, mężczyzna postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, a dokładniej – we własne sieci.
Ranking.trojmiasto.pl –
Najlepsze jedzenie na wynos w Trójmieście
Gdańsk, Gdynia, Sopot
Nie ma tu widowiskowych scen akcji, spektakularnych powietrznych ewolucji, niebotycznej stawki ekranowych pojedynków i familijnego marvelowskiego klimatu. Jak sugeruje zresztą zawarte w tytule „noir”, produkcja Prime Video to bardziej kryminał aniżeli kino superbohaterskie. Gangsterski Nowy Jork lat 30. XX wieku, udręczony życiem samotny detektyw, tajemnicza femme fatale, duszna intryga, przygrywający parokrotnie w tle jazz, do tego nieco „napuszone” i przerysowane dialogi – „Spider-Noir” rzeczywiście wprowadza nas w klimat pulpowych historyjek detektywistycznych sprzed niemal stu lat.
Wspomniany klimat można jeszcze sobie dodatkowo „podbić” charakterystyczną dla kina noir estetyką: Prime Video daje nam bowiem do wyboru wersję kolorową lub czarno-białą. Co więcej, możemy je swobodnie przełączać w dowolnym momencie w trakcie 8-odcinkowego maratonu. Dzięki tym stylistycznym i fabularnym zabiegom „Spider-Noir” wygląda okazale, ale zbyt często grzęźnie w gatunkowych kliszach. Prosta i – co szczególnie istotne – angażująca historia, doskonały w „komiksowym” wydaniu Cage, barwny drugi plan na czele z Brendanem Gleesonem oraz zgrabnie wpleciony w konwencję kryminału i wcale nienachalny humor rekompensują jednak sporo niedogodności. Intrygujący eksperyment i zarazem przyjemna odskocznia od marvelowskiego Pajączka.
OCENA: 7/10

„Proud”: queerowa nowość od HBO Max
Filip pracuje dorywczo jako model. Czas pomiędzy sesjami spędza głównie na imprezach, podczas których wdaje się w przygodne romanse i ucieka w świat używek. To raczej typ zapatrzonego w siebie hedonisty, który z jakąkolwiek odpowiedzialnością nie ma wiele wspólnego. Gdy po niespodziewanej śmierci siostry musi zaopiekować się jej malutką córeczką, chłopak będzie zmuszony do diametralnych zmian w swoim życiu. Nawet całkowite zerwanie z dotychczasowymi przyzwyczajeniami nie zagwarantuje przyznania mu prawnej opieki nad Tosią. W polskich realiach może go bowiem dyskwalifikować jeden fakt: Filip jest homoseksualistą.
8-odcinkowy serial autorstwa Karola Klementewicza startuje z wysokiego C i posiada co najmniej intrygujący wyjściowy koncept. Do pewnego momentu, z mniejszymi bądź większymi scenariuszowymi zgrzytami i potknięciami, twórcy „Proud” potrafią łączyć dramaturgię z humorem. Jednocześnie unikają krzykliwej publicystyki, umieją wyważyć emocje i bez upiększających filtrów mówić o samotnym rodzicielstwie z przypadku (i poniekąd z przymusu). Nawet momentami naiwne i niepowiązane ze sobą zwroty akcji nie rzucają się tak bardzo w oczy. Ot, choćby iście slapstickowa scena wizyty pracownicy socjalnej w mieszkaniu Filipa – czuć przesadę, ale zamierzony efekt twórcom udaje się osiągnąć.
WIĘCEJ NA TEN TEMAT
Filmowe Trójmiasto
Obrót o 180 stopni następuje niestety wraz z koszmarnym szóstym epizodem. I ów koszmar nie dotyczy samej realizacji odcinka, a ogólnego pomysłu na niego – jednego chyba z najgorszych, na jakie może wpaść scenarzysta serialu, który – pomimo przemycanego w nim humoru – mamy odbierać całkowicie na serio. To jest ten symboliczny moment, w którym twórcy tracą kontrolę nad swoim dziełem i po omacku zaczynają lepić prowizoryczne wątki, które na taką scenariuszową nonszalancję nie zasługują: od praw społeczności LGBT po płomienny gejowski romans. Tracą przy tym wszystkim z oczu wyjściowy pomysł, który rozmieniają na drobne.
Poziom za to niezmiennie trzyma Ignacy Liss. W zniuansowany, a dzięki temu wiarygodny sposób buduje niejednoznacznego bohatera, którego raz mamy ochotę bezceremonialnie zrugać, by za chwilę poklepać go po ramieniu i przytulić. Niezły jest również drugi plan (m.in. z Dorotą Kolak, której postać pojawia się dopiero w końcowych odcinkach, ale ma spory wpływ na fabułę), choć w tym przypadku mamy bardziej do czynienia z archetypami bohaterów niż z postaciami z krwi i kości. Queerowe seriale to wciąż w Polsce nisza, której nie da się szybko wypełnić, jeśli marnotrawiony będzie potencjał takich właśnie tytułów jak „Proud”.
OCENA: 5,5/10

„Wdowia Zatoka”: Apple TV zarzuciło kotwicę i wyłowiło hit roku
Autorzy tego serialu nie bawią się z widzem w przydługie podchody, więc i ja wykładam od razu karty na stół. Jeżeli uwielbiacie chłonąć tajemniczy i niepokojący małomiasteczkowy klimat Twin Peaks, bez oporów zanurzacie się w świat grozy rodem z książek Stephena Kinga, znacie na wskroś i cenicie klasykę horroru, a do tego wszystkiego delektujecie się czarnym humorem okraszonym szczyptą groteski i absurdu, to nie warto już dalej żeglować bez celu po platformach streamingowych. Trzeba dobijać do brzegu i rzucać cumę we „Wdowiej Zatoce”. To tytuł, który już teraz aspiruje do ścisłej czołówki najlepszych seriali 2026 roku i stanowi idealną odpowiedź na pytanie: czy można jednocześnie się bać i śmiać?
Tytułowe miasteczko zlokalizowane jest na odizolowanej od stałego lądu wysepce niedaleko wybrzeży Nowej Anglii. Nie ma tu zbyt wiele atrakcji. Nawet z dostępem do internetu i komórkowej sieci bywają problemy. Nie przeszkadza to jednak fajtłapowatemu burmistrzowi w snuciu mocarnych planów uczynienia z Wdowiej Zatoki turystycznego kurortu. Szkopuł w tym, że nawet „lokalsi” nie są specjalnie przekonani do tej idei. Ba, większość z nich uważa wyspę za przeklętą. I patrząc na historię miasteczka, w której piętrzą się makabryczne zbrodnie i zagadkowe wypadki, wcale nie jest to bezpodstawna opinia.
Stand up w Trójmieście IMPREZY I WYDARZENIA
Twórcy serialu od Apple TV nie wymyślają koła na nowo i w żaden sposób nie redefiniują kina. Skwapliwie za to i z iście wirtuozerską precyzją mieszają w swojej produkcji przeróżne konwencje i gatunki – głównie z rejonu szeroko pojętego horroru (również tego komediowego). Wszystko, co jest we „Wdowiej Zatoce”, widzieliśmy już wcześniej (i zapewne nierzadko w lepszym wydaniu). Ale z pewnością nie widzieliśmy tego w takiej akurat konfiguracji i synchronizacji. Upiorni klauni, odstręczające wiedźmy, starodawne demony, zamaskowani mordercy… czegóż tu nie ma. Czasami nie wiadomo, czy „Wdowia Zatoka” jeszcze inspiruje się kultowymi horrorami, czy już je parodiuje. Właściwie to nieważne, bo zabawa jest wyśmienita.
10-odcinkową serię można „połknąć” za jednym podejściem, bo fabuła nie tylko jest ponadziewana popkulturowymi odniesieniami, ale zwyczajnie angażuje, trzyma w napięciu i prowadzi nas przez kolejne zawiłe meandry tajemnicy, którą skrywa w sobie tytułowe miasteczko. Owszem, parokrotnie scenariuszowe niedociągnięcia i nieścisłości dają o sobie znać, a niektóre zwroty akcji i zachowania bohaterów należy wziąć w duży cudzysłów, lecz nie umniejsza to rozrywce, jaką serwuje nam „Wdowia Zatoka”. Wartością dodaną jest także cudowne aktorskie trio: Matthew Rhys (burmistrz Tom Loftis), Kate O’Flynn (Patricia, pracownica ratusza i bohaterka bodaj najlepszego odcinka tej serii) oraz Stephen Root (kasandryczny Wyck). Serialowy majstersztyk i brawurowy hołd dla kina gatunkowego.
OCENA: 9/10

„Morfeusz”: „najntisowa gangsterka” od Sky Showtime
Panowie uzbrojeni po zęby, panie głównie w negliżu. Miastem rządzą gangsterzy (o ile nie imprezują akurat na zagranicznych wakacjach), policjanci bezradnie rozkładają ręce, a ręce po więcej (łapówek) wyciągają politycy. Od serii oddawanych z broni palnej częstsze są tylko serie wystrzeliwanych wulgaryzmów i inwektyw. Drogie fury, skóry i komóry, zadymione nocne kluby, różowe neony w ich witrynach, upchane ciała w skrzyniach. Jest 1996 i „Morfeusz” został właśnie serialem roku. A nie, czekaj, mamy 2026 i wszystko to już widzieliśmy…
Trzydzieści, a nawet jeszcze dwadzieścia lat temu taka produkcja jak ta najnowsza od Sky Showtime zapewne zrobiłaby furorę i zapisałaby się w ówczesnym kanonie sensacyjno-gangstersko-kryminalnych seriali. Czasu jednak minęło sporo i równie sporo na polskim rynku pojawiło się tytułów, które zaoferowały znacznie świeższe i przede wszystkim ciekawsze podejście do mafijnych porachunków. To, że „Morfeusz” utknął stylistycznie i fabularnie w minionych dekadach, nie jest jednak najgorsze. Najgorsze bowiem jest to, że mało co się tu po prostu zgadza.
Postaci napisane są tendencyjnie i według oklepanych schematów. Liczne zwroty akcji co prawda sporo przestawiają w fabule, ale nie niosą ze sobą żadnych większych emocji. Działania poszczególnych bohaterów i towarzyszące im motywacje wydają się mało wiarygodne, a niekiedy wręcz irracjonalne. Ekranowe wydarzenia zaś pozbawione są często sensu, co specjalnie nie dziwi, gdyż niektóre scenariuszowe pomysły prezentują się wręcz niedorzecznie. Do wydawałoby się początkowo prostej gangsterskiej historii twórcy dorzucają co rusz nowe wątki, których nie zamierzają nawet przesadnie rozwijać, potęgując tym samym fabularny chaos i mnożąc doprawdy beznadziejne dialogi.
Potrzebujesz biletów? Sprawdź nasze konkursy
„Morfeuszowi” doskwiera również brak wyrazistych postaci, którym w choć niewielkim stopniu chciałoby się kibicować. Wszyscy „wystrugani” są z jednego kawałka drewna, a ich losami nie sposób się przejmować. Trudno tu nawet zlokalizować głównego bohatera serialu. Czy jest nim wychodzący na przepustkę z więzienia szef mafii (Andrzej Grabowski), który chce po latach znów ustawić miasto pod siebie? A może w centrum jest jego syn-prawnik (Kamil Szeptycki), który mimo pogardy do świata przestępczego ochoczo porzuca ustatkowane życie i przechodzi na „ciemną stronę mocy”? Czy protagonistą jest w końcu działający pod przykrywką gliniarz (Mateusz Kmiecik), który już sam nie wie, czy „gangusów” wsadzać za kraty, czy dalej się z nimi bratać?
W zalewie dzisiejszej poprawności można od czasu do czasu zatęsknić za nabuzowanym testosteronem tzw. męskim kinem, ale ta tęsknota szybko ustępuje po obejrzeniu „Morfeusza”. Jest to produkcja, która miewa niezłe momenty, ale w ogólnym rozrachunku nudzi, rozczarowuje i powiela najbardziej wytarte schematy kina sensacyjnego. A w zestawieniu z choćby „Strefą gangsterów” (serialem, który oferuje ta sama platforma) wypada wręcz niepoważnie i amatorsko.
OCENA: 4/10