Douglas nie należy do żużlowców, których kariery od początku rozwijały się w błyskawicznym tempie. Zanim znalazł się w miejscu, w którym może regularnie rywalizować z zawodnikami z najwyższej półki, musiał przejść przez kilka etapów i nauczyć się zarówno samej jazdy, jak i funkcjonowania w profesjonalnym sporcie. Jednym z najważniejszych przystanków było Scunthorpe, gdzie spotkał Roba Godfreya. To właśnie on, zdaniem Australijczyka, był jednym z pierwszych ludzi, którzy naprawdę uwierzyli, że może zajść znacznie dalej.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

— Kiedy po raz pierwszy trafiłem do Scunthorpe, byłem zupełnie innym zawodnikiem niż jestem dzisiaj. Wciąż miałem wiele rzeczy do poprawy i dopiero uczyłem się, jak wykorzystać swój potencjał. Na początku nie wszystko układało się idealnie, ale Rob Godfrey od samego początku we mnie wierzył. Nawet w trudniejszych momentach powtarzał mi, że jeśli będę wierzył w siebie i dalej ciężko pracował, to kiedyś znajdę się w miejscu, w którym jestem teraz — wspomina Douglas w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet.

W jego karierze ważny okazał się również okres, gdy jeden sezon spędził poza europejskim ściganiem. Nie był to czas stracony. Wręcz przeciwnie, właśnie wtedy mógł skoncentrować się na pracy nad elementami, które wcześniej nie zawsze były odpowiednio dopracowane. Pomogli mu w tym Darcy Ward oraz Davey Watt.

— To była dla mnie ogromna pomoc, obaj otworzyli mi oczy na wiele aspektów żużla. Pokazali mi rzeczy, nad którymi musiałem popracować, zarówno jeśli chodzi o jazdę, przygotowanie, jak i samo podejście do bycia profesjonalnym zawodnikiem. Myślę, że właśnie te doświadczenia sprawiły, że zacząłem lepiej rozumieć żużel i siebie jako zawodnika. Rozwój nie dzieje się z dnia na dzień, ale każda taka osoba i każda lekcja pomogły mi stać się żużlowcem, którym jestem dzisiaj.

Ta cierpliwość w budowaniu kariery może być dziś jednym z największych atutów Australijczyka. Douglas przeszedł przez różne poziomy rywalizacji i nie miał okazji przyzwyczaić się do sukcesu, zanim jeszcze na dobre nauczył się, jak go utrzymywać. Sam uważa, że właśnie dlatego jego rozwój był bardziej świadomy.

— Moja droga nie była błyskawicznym wejściem na sam szczyt. Wszystko budowałem stopniowo i musiałem przejść przez każdy etap kariery. Myślę, że dzięki temu stałem się bardziej pokornym człowiekiem, ponieważ miałem okazję rywalizować na wszystkich poziomach żużla. Nigdy nie patrzę na nikogo z góry i nie uważam się za kogoś lepszego tylko dlatego, że jestem w innym miejscu niż ktoś inny.

Douglas zwraca uwagę również na drugą stronę takiej drogi. Jego zdaniem młody zawodnik, który bardzo szybko osiąga świetne wyniki, nie zawsze jest w stanie dokładnie określić, dlaczego nagle znalazł się na tak wysokim poziomie. Później, gdy pojawiają się problemy, może brakować mu odpowiedzi.

— Czasami zawodnik ma świetny sezon bardzo wcześnie, ale sam nie do końca wie, dlaczego wszystko działa tak dobrze. W kolejnym roku pojawiają się problemy, a utrzymanie tego poziomu staje się trudniejsze. Ja rozwijałem się krok po kroku. Kiedy awansowałem na wyższy poziom, nie był to przypadek, wiedziałem, co muszę poprawić i jak pracować, żeby się tam utrzymać. Potem mogłem zrobić kolejny krok i dalej się rozwijać. Myślę, że właśnie takie stopniowe budowanie kariery dało mi stabilność i pozwoliło stać się lepszym zawodnikiem.

W 2024 roku zmieniło się myślenie

Jednym z przełomowych momentów był dla niego sezon 2024. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się łatwe, ale dlatego, że Douglas zaczął regularnie dostrzegać dowody na to, że może rywalizować z najlepszymi. Wygrywanie pojedynczych wyścigów z zawodnikami światowej czołówki zmieniło jego sposób patrzenia na własne możliwości.

— Myślę, że takim przełomowym momentem był dla mnie sezon 2024. Wtedy zacząłem coraz częściej wygrywać pojedyncze biegi z zawodnikami ze ścisłej światowej czołówki. To dało mi ogromną pewność siebie, bo zobaczyłem, że nie tylko mogę z nimi rywalizować, ale jestem w stanie ich pokonywać. Od tego czasu moim celem było jednak coś więcej niż tylko pojedyncze zwycięstwa. Chciałem sprawić, aby takie wyniki nie były przypadkiem, ale stały się czymś regularnym.

Wtedy zmieniła się również mentalność Australijczyka. Zamiast traktować największe nazwiska jako zawodników znajdujących się poza jego zasięgiem, zaczął postrzegać ich jako rywali, których można pokonać.

— Przestałem patrzeć na nich jak na zawodników z innego poziomu. Zrozumiałem, że ciężką pracą mogę być częścią tej grupy i walczyć z nimi na równych zasadach. Cały czas pracuję nad tym, żeby być bardziej konsekwentnym, zdobywać więcej punktów i częściej wygrywać z najlepszymi zawodnikami na świecie.

W tym kontekście Douglas nie zamierza określać wieku jako granicy swoich możliwości. Wręcz przeciwnie. Jako przykład wskazuje Jasona Doyle’a, który po trzydziestce sięgnął po najważniejsze indywidualne trofeum w żużlu.

— Bardzo podziwiam Jasona i to, czego dokonał. Pokazał, że można rozwinąć swoją karierę nawet po trzydziestce i sięgnąć po tytuł mistrza świata. To świetny przykład dla każdego zawodnika, że nigdy nie można przestać wierzyć w siebie i ciężko pracować. Nie wiem, jak daleko mogę zajść, ale jedno jest pewne, cały czas się rozwijam i nadal czuję, że mam rezerwy. Nie osiągnąłem jeszcze swojego maksimum.

To jedna z najciekawszych deklaracji Australijczyka. Douglas nie mówi o schyłku kariery ani o tym, że osiągnął już poziom, który go satysfakcjonuje. Przeciwnie, doświadczenie traktuje jako narzędzie, dzięki któremu może być jeszcze lepszy.

— Z wiekiem przychodzi doświadczenie, lepsze rozumienie motocykla, torów i własnych możliwości. W żużlu każdy szczegół ma znaczenie, a ja nadal uczę się i staram się poprawiać każdy element. Moje ciało wciąż dobrze reaguje na obciążenia, a mentalnie czuję się bardzo mocny. Dlatego nie widzę powodu, dla którego moje najlepsze lata miałyby być już za mną. Wierzę, że przede mną jeszcze wiele dobrych momentów.

Poznań stał się czymś więcej niż kolejnym klubem

Ważną częścią tej historii jest Poznań. Douglas rozpoczyna już trzeci sezon w barwach Hunters PSŻ, a przez ten czas z zawodnika, któremu klub dał szansę, wyrósł na jednego z jego liderów. Sam bardzo dobrze pamięta moment, w którym otrzymał tę możliwość.

— To niesamowite, jak szybko minęły te trzy lata. Mam wrażenie, że dopiero niedawno dowiedziałem się, że klub zostaje w Metalkas 2. Ekstralidze i postanawia dać mi szansę. Zawsze będę za to bardzo wdzięczny, bo na początku mojej drogi w Poznaniu zaufano mi w momencie, kiedy nie wszystko było jeszcze oczywiste.

Dziś relacja z klubem wygląda zupełnie inaczej. Douglas nie jest już anonimowym zawodnikiem, który próbuje przekonać do siebie kibiców. Stał się jednym z tych, z którymi fani utożsamiają drużynę.

— Od pierwszych dni czułem się tutaj jak w domu. Kibice od początku okazali mi ogromne wsparcie i z każdym kolejnym sezonem ta więź stawała się coraz mocniejsza. To wyjątkowe uczucie, kiedy widzisz, że ludzie na trybunach naprawdę wierzą w ciebie i doceniają twoją pracę.

Australijczyk zauważa przy tym, że rozwój przeszedł nie tylko on. W jego ocenie podobną drogę przeszedł cały poznański klub, który z każdym kolejnym sezonem stara się podnosić poziom sportowy i organizacyjny.

— Sam klub również wykonał ogromny progres. Widać, że każdy sezon przynosi kolejny krok do przodu, są coraz lepsze frekwencje, lepsze warunki i coraz większe zainteresowanie wokół drużyny. To pokazuje, że projekt cały czas się rozwija.

Douglas zwraca uwagę także na rozsądne zarządzanie.

— Prezes i ludzie zarządzający klubem mają jasny cel, chcą budować jak najmocniejszy zespół, ale jednocześnie robią to rozsądnie. Nie podejmują decyzji ponad możliwości finansowe, tylko działają w ramach tego, na co klub realnie może sobie pozwolić. Myślę, że właśnie takie podejście daje stabilność i pozwala rozwijać się krok po kroku.

I właśnie „krok po kroku” mogłoby być mottem całej jego kariery. Od Scunthorpe, przez pracę z ludźmi, którzy pomogli mu zrozumieć żużel, aż po moment, w którym zaczął wygrywać z najlepszymi. Teraz Douglas jest jednym z liderów poznańskiego zespołu i jednocześnie zawodnikiem, który wciąż uważa, że ma przed sobą kolejne granice do przesunięcia.

Nie chce być tylko zawodnikiem, który osiągnął swój poziom. Chce sprawdzić, gdzie ten poziom naprawdę się kończy.