Tylko dwa momenty grozy w półfinale Igi Świątek
Wówczas Ukrainka przełamała i wyszła na prowadzenie 3:2. „Jak nie odrobi teraz straty serwisu, to koniec” — tak wtedy pomyślałem, przyznaję. I nie jest to nic zaskakującego, bo właśnie takie obrazki z udziałem najlepszej polskiej tenisistki oglądaliśmy w trakcie ostatnich dwóch miesięcy.
Powtórzę to, co w ostatnich tekstach: jeden nieudany gem, jedna strata serwisu, kilka dłuższych wymian potrafiły całkowicie zburzyć harmonię i koncentrację Świątek. Nawet mimo bardzo dobrego wyniku, co widzieliśmy również w Toronto (6:0, 3:0 z Sarą Bejlek, 3:6, 3:0 z Martą Kostiuk). Teraz jednak było zupełnie inaczej.
Pierwszy taki mecz od ponad roku. Przełomowy moment dla Igi Świątek
Nerwy oczywiście były, ale zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Nie było wybicia z równowagi i rytmu, które Polka zachowała. To zdecydowało, że była w stanie odwrócić losy spotkania, a przypomnijmy, że takiej sytuacji nie było od turnieju w Madrycie w kwietniu 2025 r. Nasza rodaczka od tamtego momentu nie wygrała trzysetowego meczu z rywalką z TOP10.
Tak Świątek zamknęła mecz ze Switoliną
Wówczas pokonała Madison Keys, teraz padło na Elinę Switolinę. Warto poświęcić kilka słów również temu, co stało się w drugim secie meczu z Ukrainką. Patrząc na sam wynik, można odnieść wrażenie, że nastąpiła totalna zapaść po stronie naszej rodaczki, ale nie do końca rzeczywiście tak było.
Jej rywalka — w porównaniu do pierwszej partii — znacząco podniosła poziom gry i była niemal bezbłędna. Po stronie Świątek nie było widać nawet szczególnej frustracji z tego powodu. Wydaje się, że miała świadomość, że nawet jeśli przegra tego seta, to i tak będzie w stanie zagrać dobrze w trzecim. I tak też się stało. Można więc podsumować drugą odsłonę tego pojedynku jako „wypadek przy pracy”.
Niesamowite obrazki w półfinale Igi Świątek. „Nie wiem, czy był taki gem”
A w trzeciej, decydującej zobaczyliśmy jeszcze jedną istotną zmianę. Świątek postanowiła częściej skracać dystans i ruszać do siatki, czego do tej pory nie pokazywała zbyt często. Dziwili się nawet komentatorzy. — Nie pamiętam takiego gema. Nie wiem, czy kiedykolwiek był taki, żeby Świątek była aż cztery razy przy siatce — mówiła Klaudia Jans-Ignacik z Canal+.
— Niewykluczone, że jeszcze będzie — wtórował jej Maciej Łuczak podczas transmisji. I rzeczywiście, kilkukrotnie jeszcze ujrzeliśmy najlepszą polską tenisistkę przy siatce, co zazwyczaj skutkowało zdobytymi punktami. Każda działająca po stronie naszej rodaczki nowość cieszy. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
Kibice raz po raz utrudniali grę. Sędzia musiała ich upominać
Działały także odważne returny, a przyspieszone backhandy Świątek w niektórych akcjach siały absolutne spustoszenie na korcie. Na poziom jednej i drugiej tenisistki nie można narzekać, ale w trakcie meczu za to nie „dowieźli” kibice. Ci raz po raz byli głośni przed zakończeniem wymian, a sędzia musiała ich upominać.
— Nieznośni są ci kibice. Trwa punkt, a pojawiają się różne głosy z trybun — mówił wspomniany już wcześniej Łuczak w Canal+. — To ma znaczenie. Ile razy można? — dodała wówczas Jans-Ignacik. Faktycznie, był to czynnik, który dekoncentrował zapewne obie zawodniczki i na takim poziomie nie powinien mieć miejsca.
Na koniec liczy się jednak wynik, a w tym przypadku lepszy osiągnęła Świątek. Już teraz możemy mówić o przełomie, bo nadchodzący finał będzie pierwszym od września 2025 r., gdy Polka wygrała w Seulu. Wybuch radości Darii Abramowicz, który pokazały kamery po ostatniej akcji, również świadczy o tym, że to arcyważny moment. Jeśli Iga ma wrócić do tego, co najlepsze w jej grze, to kiedy, jak nie teraz?