To też rocznica wymarszu legionistów Pierwszej Kadrowej z Oleandrów w 1914 r., data dla odzyskania naszej niepodległości więcej niż emblematyczna. Jeśli Karol Nawrocki został zaprzysiężony 6 sierpnia, jeśli 6 sierpnia obchodził rocznicę w atmosferze narodowowyzwoleńczej, ale i mistycznej, bo swego Przemienienia, to znaczy, że nie ma przypadków, są tylko znaki.
Żaden z wcześniejszych prezydentów nie urządzał takich triumfalnych rocznic, a większość żadnych uroczystości nie urządzała, ale za to Karol Nawrocki będzie je urządzał co roku. Jeszcze przez cztery lata, a zapewne dziewięć. Przyzwyczajajcie się, rodacy. Może wasze wnuki będą obchodzić na szkolnych akademiach tę rocznicę, a portret prezydenta zawiśnie w każdej klasie. Karol Nawrocki widzi siebie jako ojca narodu, zatem sam sobie stawia pomnik — ku przestrodze, po to by go szanowano i podziwiano jego siłę. I sam Nawrocki zgadza się na bałwochwalcze peany pod swoim adresem, co dowcipnie nazwano debatą, a gdzie to, co boskie i co cesarskie, oddawali prezydentowi Krzysztof Stanowski, sławny z tego powodu, że przeczytał książkę Rafała Trzaskowskiego, niezawodny prof. Andrzej Nowak, zakochany w Nawrockim do nieprzytomności, oraz Rafał Ziemkiewicz, który przedstawił się jako kiedyś dziennikarz, a dziś „influencer polityczny”.
Z prawdziwym podziwem oglądałem relację z tego godnego cesarzy rzymskich triumfu pod pałacem prezydenckim. Wielka biało-czerwona flaga, czerwony dywan zwieńczony czerwonym podwyższeniem, na którym stanęła katedra, z której prezydent wygłosił godzinną mowę do narodu, a wokół barierki w kształcie wężyków generalskich, jakie okalają proporzec prezydencki. Za barierkami zaś przejęty historycznym wydarzeniem naród polski.
Naród polski entuzjastycznie reagował na przemówienie pana prezydenta, co jakiś czas wznosząc okrzyki „tu jest Polska!” oraz „precz z komuną!”.
Oczywiście mowa pana prezydenta została już przemaglowana przez media i z jakiegoś powodu szczególne zdziwienie wzbudziły w dziennikarzach słowa celebransa własnego zwycięstwa odnoszące się do jego niezachwianej formy psychofizycznej. „To był rok pracowity, ale nie ma we mnie ani promila zmęczenia. Mam wiele energii na kolejne cztery lata. Mam sto procent baterii” — powiedział Karol Nawrocki, a naród za barierkami odśpiewał mu „Sto lat!”.
Zdumiewa mnie, że takie słowa Nawrockiego budzą zdumienie wśród dziennikarzy, skoro doskonale rymują się z wywiadem rzeką, który z Nawrockim przeprowadził prof. Andrzej Nowak. Nie spodziewam się, żeby dziennikarze polityczni przeczytali książkę „Skąd się wziął Karol Nawrocki”, bo im ledwo czasu starcza na czytanie X, zwanego wcześniej Twitterem. Nie zauważyłem w prasie liberalnej natłoku artykułów wokół tej książki, a wszak w tym epickim dziele wątek nadludzkiej siły i niepodatności na zmęczenie fizyczne jest jednym z najmocniejszych. Nie chodzi wyłącznie o zmartwychwstanie Nawrockiego po śmiertelnym zatruciu w Ząbkowicach Śląskich, które ma już mocne miejsce w hagiografii Karola, który został prezydentem. Chodzi też o relacje, jak Karol, który jeszcze nie był prezydentem, ale skromnym humanistą ze słabością do sportu, stawał naprzeciw ludzi większych i bardziej od niego umięśnionych. I nigdy nie spękał, nigdy się nie cofnął.
Dopóki nie pojmiecie, cherlawi inteligenci, że prezydent Nawrocki mówi o swojej sile fizycznej i bateriach naładowanych na sto procent najzupełniej serio, to nic nie pojmiecie. Będziecie się oburzać, moralnie wzdymać, szlachetnie protestować, nie mając pojęcia, że Nawrockiego to nijak nie rusza. Bo ważne jest to, co on mówi — co mówił prof. Nowakowi w apologetycznej książce i co mówił do narodu przed pałacem prezydenckim.
A mówił, że waży 96 kilo. I jest to przekaz fundamentalnie ważny, bo poszło za nim wyznanie, że trenuje razem ze swoimi ochroniarzami ważącymi po 120 kg. Przecież nie trenują gry w okręty ani państwa miasta, muszą trenować sporty walki. To znaczy, że prezydent nie wzdraga się przed walką z osiłkami cięższymi od niego o circa 25 kg.
Pan prezydent po prostu tłumaczy wszystkim, żeby z nim nie zadzierali. Bo pan prezydent nie uchyli się ani przed dwumetrowymi mięśniakami, ani przed oburzonymi inteligentami, wzmożeni moraliści co najwyżej go rozśmieszą, podobnie jak ci, którzy w sieci nazywają go „naćpanem” i „alfonsem” i są oszołomieni własnym bohaterstwem.
Po wątku masy mięśniowej pan prezydent wrócił do polityki i mówił, że będziemy wspierać Ukrainę, bo bije Moskali, ale nie mogą w Polsce powiewać flagi banderowskie. Nie powiedział nic o wzbierającej fali nienawiści wobec Ukraińców, powiedział, że w naszym interesie jest, żeby Ukraińcy jak najdłużej bili Rosjan, bo „po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”.
Naród znów zakrzyknął „tu jest Polska!”.
Bojowe zawołanie „tu jest Polska!” było leitmotivem tego triumfalistycznego pokazu siły prezydenta. Czy szło o senatorów, „tych, którzy mienią się być demokratami”, bałwochwalczych wielbicieli Unii Europejskiej, ale których wola narodu i głos narodu nie interesują, czy szło o Zielony Ład, o emigrację, czy o Ukrainę, czy gdy pan prezydent protekcjonalnie mówił, że „udziela korepetycji rządowi z tego, jak należy pisać ustawy” — odpowiedzią był chór narodu: „tu jest Polska!”, „precz z komuną!”.
Znokautowany potęgą pana prezydenta pomyślałem, że zobaczę, co u jego konkurenta w wyborach, Rafała Trzaskowskiego, który walczył w kampanii wyborczej z brawurą francuskiej szlachty spod Azincourt.
Otóż prezydent stolicy pomiędzy konferencjami prasowymi nagrywa filmiki jako miejski reporter. Przeprowadził mianowicie ankietę wśród Warszawiaków dotyczącą tramwaju do Wilanowa. Człowiek, który miał być prezydentem Rzeczypospolitej, chodzi po Miasteczku Wilanów z mikrofonem i zapytuje przechodniów, czy podoba im się tramwaj, a jak im się podoba, to mówi, że „super”. Odwiedza grecką knajpkę i pyta, czy ich feta i halloumi są prosto z Grecji oraz, ironicznie, czy mają ośmiorniczki, bo to najważniejsze dla polityków Platformy Obywatelskiej. Nagabuje ludzi, by wyznali, jak wspaniale im się żyje z wilanowskim tramwajem, a oni nieszczęśni potwierdzają, bo co mają robić.
Jeśli przed Rafałem Trzaskowskim zamknęły się już na amen drzwi wielkiej polityki, to może zostać dziennikarzem prasy lokalnej. Tworzenie contentu przychodzi mu może nie z łatwością, ale i bez rozdzierającego bólu. Dziś w takich mediach trzeba kręcić dużo rolek i filmików, jasne mi się zdaje, że Trzaskowski jeszcze się wyrobi, biegając z mikrofonem i kamerką po mieście.
Może za rok, jak otrzaska się z dziennikarstwem i nabierze trochę pewności siebie, będzie mógł relacjonować dla internetu drugą rocznicę zaprzysiężenia Karola Nawrockiego.