Choć Andrea Bocelli dzielił scenę z licznymi gośćmi, najjaśniejszą gwiazdą wieczoru pozostał on sam.

Opera, musical, muzyka filmowa, wielkie włoskie przeboje i niespodziewany duet z Julią Wieniawą. Koncert Andrei Bocellego na Polsat Plus Arenie Gdańsk był muzyczną podróżą przez różne gatunki i epoki, a ciepły, sierpniowy wieczór i rozgwieżdżone niebo stworzyły dla niej wyjątkową oprawę. Choć włoski tenor dzielił scenę z licznymi gośćmi, najjaśniejszą gwiazdą wieczoru pozostał on sam.


Najbliższe koncerty w Trójmieście – Kalendarz imprez IMPREZY I WYDARZENIA

więcej

Największe wyzwanie słuchaczy? Wejść na stadion

zdecydowanie największych hitów
29%

raczej największych hitów, ale z kilkoma mniej znanymi utworami
57%

raczej szerokiego przekroju repertuaru, z kilkoma hitami
14%

zdecydowanie szerokiego przekroju repertuaru
0%

Na długo przed rozpoczęciem koncertu było jasne, że Bocelli przyciągnie tłumy. Publiczność, jak wynikało z rozentuzjazmowanych rozmów prowadzonych w tramwaju, przyjechała do Gdańska z różnych stron Polski.

Na widowni można było zobaczyć zarówno stroje niemal operowe, jak i eleganckie zestawy uzupełnione sportowym obuwiem, znacznie praktyczniejszym na stadionie. To pokazywało, jak wielkim wydarzeniem było dla fanów spotkanie z Bocellim, niezależnie od tego, że zamiast w prestiżowej sali koncertowej odbywało się pod gołym niebem.

Komunikacja miejska działała sprawnie – zgodnie z zapowiedziami tramwaje kursowały częściej przed koncertem i po jego zakończeniu. Gorzej wyglądała sytuacja z wejściem na stadion. Wąskie przejścia i napierający tłum sprawiły, że część publiczności, mimo wcześniejszego przybycia, znalazła się na swoich miejscach już po rozpoczęciu koncertu. Samochody z kolei parkowały niemal wszędzie, zajmując każdy kawałek okolicznych trawników.

Organizatorzy przesunęli rozpoczęcie o ok. dziesięć minut. Oczekiwanie umilały archiwalne nagrania Bocellego wyświetlane na ekranach. Był to trafny wstęp do wieczoru – zanim pojawił się na scenie, publiczność mogła zobaczyć artystę z wcześniejszych etapów jego kariery. Jakby nie patrzeć, był to koncert jubileuszowy – świętowano 30. rocznicę albumu Romanza, który rozsławił Bocellego na całym świecie.

Wśród atutów wydarzenia należy wskazać aranżację sceny oraz wyświetlane na ekranie filmy i wizualizacje, ściśle korespondujące z wykonywaną muzyką.

Głos, który przekracza granice stylów i gatunków

Andrea Bocelli nie potrzebuje przedstawienia, ale warto przypomnieć, z czego wynika jego fenomen. Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych tenorów naszych czasów, artystą, który osiągnął rzecz w świecie muzyki klasycznej wyjątkową: uczynił repertuar operowy częścią masowej kultury, nie rezygnując przy tym z kontaktu z muzyką popularną.

Jego kariera rozwijała się właśnie na styku tych dwóch światów. Z jednej strony Verdi, Puccini, Donizetti czy Rossini, z drugiej – piosenki, duety z gwiazdami popu i repertuar filmowy. To połączenie sprawiło, że Bocelli trafił do publiczności znacznie szerszej niż ta, która regularnie chodzi do opery.

Gdański koncert dobrze tę drogę podsumowywał. Była w nim opera, ale też operetka, musical, muzyka filmowa i pop. I choć chwilami ta mieszanka wydawała się przekombinowana, a sensu w tworzeniu takiej setlisty trudno się było doszukać, poziom wykonania i atrakcyjność wybranych kompozycji w pełni ten brak spójności i logiki rekompensowały.

Wśród zaproszonych przez Bocellego gości znalazła się utalentowana włoska sopranistka Serena Gamberoni.

Pierwsza część: Opera, operetka i przebojowy czardasz

Początek koncertu należał do repertuaru, z którym Bocelli jest związany najmocniej. „La donna è mobile” z „Rigoletta” Verdiego od razu ustawiła muzyczny ton wieczoru. Włoski tenor sięgnął po jedną z najbardziej rozpoznawalnych arii operowych, ale szybko okazało się, że nie zamierza budować całego programu wokół własnych popisów.

W centrum kolejnych scen znaleźli się jego goście. Serena Gamberoni dołączyła do Bocellego w „Lippen schweigen”, czyli „Usta milczą, dusza śpiewa” (zaśpiewanym po włosku), z „Wesołej wdówki” Franza Lehára. To był pierwszy wyraźny zwrot stylistyczny: zamiast dramatyzmu Verdiego pojawił się wdzięk wiedeńskiej operetki.

Później program wrócił do włoskiej opery. „Libiamo, ne’ lieti calici” z „Traviaty” przypomniało, jak skutecznie Verdi potrafi połączyć operową formę z melodyką, którą publiczność natychmiast rozpoznaje. Z kolei „Largo al factotum” z „Cyrulika sewilskiego” pozwoliło zabłysnąć kolejnej zaproszonej gwieździe, którą był Roberto de Candii. Jego baryton wniósł do koncertu zupełnie inną energię niż liryczny tenor Bocellego.

De Candia spotkał się z gwiazdą wieczoru również w przepięknym duecie z „Poławiaczy pereł” Bizeta. Właśnie w takich momentach było najlepiej słychać, że zaproszeni artyści nie zostali dobrani przypadkowo. Ich doświadczenie operowe pozwalało Bocellemu zbudować na stadionie coś więcej, niż serię efektownych numerów.

Pierwszą część zamknął tercet z „Il trovatore” Verdiego z udziałem Bocellego, Gamberoni i de Candii. To była już pełnowymiarowa scena operowa, z trzema głosami i orkiestrą budującymi napięcie, którego nie da się osiągnąć w pojedynczej arii.

Fantastycznie zaprezentowały się Orkiestra Akademii Beethovenowskiej oraz Akademicki Chór Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, zaproszone przez Bocellego do wspólnego występu nie po raz pierwszy.

Orkiestra i chór – solidny fundament, na którym artyści mogli budować swoje interpretacje

Fantastycznie zaprezentowały się Orkiestra Akademii Beethovenowskiej oraz Akademicki Chór Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, zaproszone przez Bocellego do wspólnego występu nie po raz pierwszy.

Najbardziej spektakularnym przykładem była „O Fortuna” z „Carmina Burana” Carla Orffa. Potężne brzmienie chóru i orkiestry zostało uzupełnione występem pary tanecznej. Muzyka, światło, ruch i przestrzeń stadionu złożyły się na jeden z najbardziej widowiskowych fragmentów wieczoru.

Podobną funkcję pełniła w drugiej części koncertu suita z „West Side Story”. Leonard Bernstein pozwolił przenieść się z opery w świat musicalu, a tancerze nadali tej części energię, której nie potrzebowałby żaden komentarz. To były momenty, w których Bocelli świadomie usuwał się z centrum, pozwalając, by o sile koncertu decydowała cała scena.

Za pulpitem dyrygenckim stanął Marcello Rota, wieloletni współpracownik Bocellego. To właśnie on spinał repertuar, który pod względem stylistycznym mógłby wydawać się trudny do pogodzenia.

Koncerty na filmach czytelników

więcej

Griminelli i jego fletowe „przerywniki”

Ciekawego kolorytu dodały numery wykonywane przez flecistę Andreę Griminellego. Czardasz Montiego był efektownym pokazem jego techniki (choć w skutek tej wirtuozerskiej brawury niejednokrotnie wypadał z rytmu i ciężko było mu się potem odnaleźć), niemniej prawdziwie interesująco zrobiło się wtedy, gdy artysta sięgnął po muzykę filmową.

Tematy związane z twórczością Ennia Morricone zabrzmiały w jego wykonaniu niemal wokalnie. Griminelli prowadził frazę z taką swobodą, że flet chwilami pełnił funkcję głównego narratora (jakby nie patrzeć, wykonywał partię wokalizy). To był jeden z tych momentów, kiedy brak Bocellego na scenie nie oznaczał braku głównego bohatera muzycznego.

Na spotkanie z włoskim tenorem przyszły tysiące fanów.

„Caruso”, James Bond i Andrea Bocelli za klawiaturą fortepianu

Druga część zaczęła się od „Caruso” Lucio Dalli. To jeden z utworów, które szczególnie dobrze pasują do artystycznej tożsamości Bocellego – stoi dokładnie na granicy piosenki popularnej i repertuaru wokalnego, który można wykonywać w klasycznym idiomie.

Później program coraz mocniej otwierał się na muzykę popularną. „Skyfall” Adele w wykonaniu Cecilii Sordoni przyniosło zmianę kolorystyki. Włoska wokalistka, poruszająca się pomiędzy jazzem i popem, nie próbowała rywalizować z operowym brzmieniem Bocellego. Jej głos wprowadził do koncertu inną wrażliwość.

Sordoni pojawiła się również chwilę później u boku Bocellego. Takie duety były zresztą ważnym elementem całego wieczoru – pozwalały tenorowi zmieniać stylistykę bez gwałtownego zerwania z wcześniejszym repertuarem.

W programie koncertu nie zabrakło też nawiązania do tego, że Andrea Bocelli jest nie tylko wybitnym śpiewakiem, ale i znakomitym pianistą. Po krótkim filmie, opowiadającym o tej jego pianistycznej pasji, artysta zasiadł za klawiaturą wcielił się w rolę swojego własnego akompaniatora.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

Andrea Bocelli z Julią Wieniawą

Julia Wieniawa i kolejny udany krok w wokalnej karierze

Najwięcej pytań przed koncertem wzbudzał udział Julii Wieniawy. Nie było do końca jasne, w jakiej roli pojawi się na scenie, dlatego część publiczności zakładała, że wystąpi jako support.


Julia Wieniawa gościem specjalnym Andrei Bocellego. Zaśpiewa w Gdańsku i Warszawie
Julia Wieniawa gościem specjalnym Andrei Bocellego. Zaśpiewa w Gdańsku i Warszawie

Fani Andrei Bocellego doskonale jednak wiedzieli, że artysta ma w zwyczaju zapraszać do wspólnych występów lokalnych wokalistów. I tak było tym razem.

Julia Wieniawa zaśpiewała z Andreą Bocellim utwór, który – jak informowali organizatorzy – został przygotowany specjalnie na tę okazję. I wypadła znakomicie, co było dla niej nie lada wyzwaniem, bo praca z orkiestrą, szczególnie przy braku doświadczenia w tym zakresie, nie jest zadaniem łatwym.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

Con te partirò

Największe hity zostawił na finał

Przed koncertem jedna ze słuchaczek stwierdziła, że Andrea Bocelli ma raptem kilka znanych „piosenek” i że wiele osób przyszło w piątkowy wieczór do Polsat Plus Areny Gdańsk właśnie po to, żeby je usłyszeć. Jeśli było w tych słowach choć ziarno prawdy, zawiedzeni nie wyszli, choć na te największe przeboje musieli zaczekać nie tylko do finału, ale nawet do bisów.

Artysta pożegnał się z publicznością piosenką „Time To Say Goodbye”, w której wykonaniu fantastycznie partnerowała mu Serena Gamberoni oraz jedną z najpiękniejszych „antykołysanek” w całym repertuarze operowym – arią „Nessun dorma” (wł. niech nikt nie śpi) z opery „Turandot”.

To życzenie Bocellego miało szansę się spełnić, bo po emocjach, jakich dostarczył jego koncert oraz jeszcze bardziej pobudzającym powrocie do domu (niezależnie od wybranego środka transportu, należało się uzbroić w cierpliwość), z zaśnięciem mógł być niemały problem.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

Największym wyzwaniem dla publiczności okazało się wejście na stadion