To właśnie strzał w głowę palestyńskiego terrorysty po raz pierwszy ujawnił przepaść dzielącą Gadiego Eisenkota od Binjamina Netanjahu.
W marcu 2016 r. dwóch uzbrojonych w noże Palestyńczyków zaatakowało izraelskich żołnierzy na Zachodnim Brzegu i zraniło jednego z nich. Żołnierze otworzyli ogień, zabijając jednego z napastników, a drugiego pozostawiając rannego na ziemi.
Kilka minut później 19-letni izraelski żołnierz Elor Azaria przeładował karabin, wycelował w głowę rannego napastnika i pociągnął za spust. Azaria twierdził, że czuł się zagrożony.
Kwestia, czy żołnierz powinien stanąć przed sądem wojskowym, podzieliła kraj. Dla niektórych Izraelczyków Azaria nie był przestępcą, lecz żołnierzem, który zabił terrorystę. Według innych mógł popełnić zabójstwo.
Eisenkot, ówczesny szef sztabu Sił Obronnych Izraela, bronił decyzji o postawieniu Azarii przed sądem, argumentując, że zastrzelenie napastnika, który został już obezwładniony, było niezgodne z wartościami izraelskiej armii. Netanjahu stanął po stronie żołnierza i wezwał do ułaskawienia go.
10 lat później spór ten wciąż rezonuje. W obecnej kampanii wyborczej zwolennicy Eisenkota wskazują na sprawę Elora Azarii jako dowód wysokich standardów moralnych swojego kandydata. Sojusznicy Netanjahu natomiast wracają do tej sprawy, aby przedstawić byłego szefa sztabu jako zbyt łagodnego i zbyt lewicowego.
Eisenkot niemal z dnia na dzień stał się najgroźniejszym konkurentem Netanjahu przed izraelskimi wyborami parlamentarnymi, które odbędą się 27 października.
Rzadko kiedy izraelskie wybory były obserwowane za granicą z takim zainteresowaniem. Ktokolwiek wygra, będzie musiał poruszać się w radykalnie odmiennym krajobrazie polityki zagranicznej.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Od 7 października 2023 r. pozycja Izraela na arenie międzynarodowej uległa zasadniczej zmianie. Po największej masowej zbrodni na Żydach od czasów Holokaustu nastąpiła — jak na ironię — jedynie krótka fala międzynarodowej solidarności. W kilku krajach europejskich, w tym w Hiszpanii i Francji, krytyka [Izraela za zabijanie ludności cywilnej] przeważa obecnie nad determinacją, z jaką rząd Netanjahu walczył z terroryzmem Hamasu w Strefie Gazy, atakami Hezbollahu z Libanu, rakietami balistycznymi z Iranu oraz atakami Huti z Jemenu.
Stosunki między rządem Netanjahu a Unią Europejską pogorszyły się do tego stopnia, że minister spraw zagranicznych Izraela nie rozmawia już z najwyższą rangą dyplomatką UE. Gideon Saar 18 czerwca br. ogłosił, że zrywa wszelkie kontakty z Kają Kallas. Powodem był artykuł opublikowany przez serwis Euractiv, w którym padło stwierdzenie, że podczas majowej wizyty w Meksyku Kallas porównała sposób, w jaki Izrael traktuje Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, do systemu apartheidu w RPA.
Za napięte uważa się również tradycyjnie bliskie stosunki Izraela ze Stanami Zjednoczonymi. Netanjahu i prezydent Donald Trump uzgodnili wprawdzie wspólne ataki wojskowe na Iran, mające na celu uniemożliwienie islamskiemu reżimowi w Teheranie zdobycia broni jądrowej. Iran ogłosił, że zniszczenie Izraela jest jednym z jego nadrzędnych celów.
Jednak Trump również od czasu do czasu krytykował Netanjahu. „Co ty, ku**a, robisz?” — miał podobno zapytać Trump izraelskiego premiera w czerwcu, odnosząc się do jego ofensywy przeciwko Hezbollahowi w Libanie. Trump jak dotąd powstrzymał się od publicznego poparcia Netanjahu w wyborach, mimo że ten podobno go o to poprosił.
Netanjahu znajduje się teraz pod rosnącą presją ze strony Eisenkota — i zaciekle się broni.
— Rozpoczęła się kampania przeciwko mnie — powiedział Eisenkot do zwolenników podczas wydarzenia wyborczego w tym tygodniu w północnoizraelskim mieście Karmiel (pol. Bożej Winnicy). Mówiąc nieco ochrypłym głosem, rozpoczął kontratak. — Netanjahu za każdym razem atakuje swoich przeciwników w ten sam sposób, twierdząc, że tylko on może zapewnić bezpieczeństwo.
Następnie, z odrobiną ironii, dodał: — Widzieliśmy, jak to się skończyło 7 października.
Eisenkot domaga się powołania niezależnej państwowej komisji śledczej w sprawie niepowodzeń wojska, służb wywiadowczych i przywództwa politycznego związanych z wydarzeniami z 7 października. Chce przy tym, by sam Netanjahu został pociągnięty do odpowiedzialności. Rząd Netanjahu jak dotąd sprzeciwia się utworzeniu takiej komisji.
— Jeśli nie powstanie komisja śledcza, będzie to wisiało nad izraelskim społeczeństwem jak klątwa — mówi Eisenkot. Swoje ataki na Netanjahu kieruje spokojnie, niemal monotonnym tonem. Eisenkot jest krępy i sprawia wrażenie szefa kuchni, którego namówiono do jej opuszczenia, by przywitać entuzjastycznie przyjmującą jego kulinarne dzieła salę restauracyjną. Nie jest ani charyzmatycznym, ani utalentowanym mówcą na wzór Netanjahu. Emituje jednak coś, co może stać się najcenniejszą walutą w tych wyborach: wiarygodność. Podczas gdy Netanjahu dźwiga ciężar toczącego się procesu o korupcję, jego rywal jest powszechnie postrzegany jako człowiek o wyjątkowej uczciwości.
Emeryt Josef Binjamin z uwagą słucha przemówienia Eisenkota, obserwując go krytycznym okiem. Chce sam wyrobić sobie opinię o człowieku, który nagle stał się tematem rozmów w całym kraju. — Eisenkot to człowiek ludu, dobry człowiek — mówi Binjamin. — Netanjahu natomiast rządzi jak król. Nie jest już dobry dla Izraela i powinien ustąpić.
To nie przypadek, że Eisenkot wybrał Karmiel. Miasto to zamieszkuje głównie Izraelczycy o niskich i średnich dochodach i jest uważane za bastion partii Likud Netanjahu. W ciągu zaledwie kilku dni Eisenkot pojawia się tutaj, w północnym Izraelu, 15 razy.
To przejaw pewności siebie: chce przekonać do siebie wyborców premiera. W kilku ogólnokrajowych sondażach jego partia, Yashar! — to nazwa, którą można przetłumaczyć jako „Prosty!” lub „Szczery!” — wyprzedziła już Likud. Wśród ok. 300 osób zgromadzonych w miejskiej sali widowiskowej w Karmiel widać wiele siwych włosów, a także aparaty słuchowe i laski. Młode twarze są rzadkością.
Agam ma 15 lat i jest zbyt młoda, by głosować. Gdyby jednak mogła, jak twierdzi, oddałaby swój głos na Eisenkota.
— Jest bardzo skromny i wrażliwy. Widać, że rozmawia z ludźmi na ich poziomie. Naprawdę zależy mu na tym, co stanie się z tym krajem. Chce wprowadzić zmiany — i wierzę, że mu się to uda — tłumaczy. Uczennica mówi o 66-latku niemal z czułością córki.
Wystarczy odpowiednio długo słuchać Eisenkota, by rzeczywiście dostrzec w nim ojcowski urok. Emanuje doświadczeniem człowieka, który zaznał zarówno niezwykłego awansu, jak i głębokiej straty.
Eisenkot wywodzi się ze skromnych warunków. Jako syn żydowskich imigrantów z Maroka urodził się z dala od głównych miast Izraela, w Tyberiadzie, a dorastał w Ejlacie na południu kraju. W wojsku przeszedł drogę od zwykłego żołnierza piechoty w słynnej Brygadzie Golani do szefa sztabu Sił Obronnych Izraela — mianowanego przez Netanjahu, który sam wywodzi się z kręgów intelektualnych i elitarnych amerykańskich uniwersytetów. W jednej z reklam wyborczych Likud wyśmiewa nawet nie do końca doskonały angielski Eisenkota. Mimo to jego popularność wciąż rośnie.
To nie tylko historia awansu społecznego Eisenkota sprawia, że wielu Izraelczyków identyfikuje się z nim, ale także tragedia, która dotknęła jego rodzinę.
Siódmego grudnia 2023 r. syn Eisenkota, Gal Meir, brał udział w operacji mającej na celu odzyskanie ciał dwóch Izraelczyków, którzy 7 października zostali uprowadzeni do Strefy Gazy i zabici. Gdy żołnierz zbliżył się do otwartego wylotu tunelu, wybuchł ładunek wybuchowy.
Dwudziestopięciolatek został ciężko ranny i zmarł później w szpitalu.
W Strefie Gazy zginęło również dwóch bratanków Gadiego Eisenkota. Nie wykorzystuje on swojej straty jako tematu kampanii wyborczej, ale większość Izraelczyków doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaką ofiarę poniosła jego rodzina w walce z terroryzmem. Natomiast syn Netanjahu, Jair, pozostał na Florydzie, podczas gdy Izrael zmobilizował ok. 360 tys. rezerwistów w następstwie wydarzeń z 7 października.
Eisenkot uosabia obecnie żal Izraela po poległych synach i córkach — oraz nadzieję, że człowiek, którego zawodem była wojna, może być tym, który ją zakończy.

Dima Vazinovich / Middle East Images / Middle East Images via AFP / AFP
Były dowódca izraelskiej armii Gadi Eisenkot podczas pogrzebu swojego syna, starszego sierżanta Gal Meira Eisenkota, na cmentarzu w Herzlii, Izrael, 8 grudnia 2023 r.
Jego popularność odzwierciedla również pragnienie wielu Izraelczyków, by ponownie powierzyć kraj w ręce życzliwej postaci ojca, jaką niegdyś był Icchak Rabin. Rabin również pełnił funkcję szefa sztabu Sił Obronnych Izraela (IDF) przed wejściem do polityki, dowodząc izraelską armią podczas zwycięskiej wojny sześciodniowej. Aż do momentu zamachu na niego w 1995 r. był wielką nadzieją na pokój na Bliskim Wschodzie.
Czy Eisenkot ma to, czego potrzeba, by przejąć pałeczkę po Rabinie? Wielu wysoko odznaczonych byłych dowódców wojskowych próbowało tego przed nim. Według analizy przeprowadzonej przez Izraelski Instytut Demokracji około dwóch trzecich byłych szefów sztabu Sił Obronnych Izraela (IDF) wkroczyło później do polityki krajowej. Większości z nich się to nie udało. Ehud Barak został wprawdzie premierem, ale jego koalicja rozpadła się po zaledwie 20 miesiącach. Niedawno były szef sztabu IDF Benny Ganc, niegdyś niezwykle popularny, doświadczył załamania poparcia dla swojej partii i obecnie prawdopodobnie nie uda mu się ponownie dostać do Knesetu.
Wojsko i polityka ostatecznie funkcjonują według zupełnie innych zasad. Siły zbrojne są zhierarchizowane; polityka wymaga kompromisu — a zatem szczególnej umiejętności radzenia sobie z ludźmi. Są to umiejętności miękkie, których wojsko niekoniecznie uczy — mówi profesor Danny Orbach, historyk wojskowości z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie.
— W armii Ehud Barak — skrajny przykład nieudanego polityka z wojskowym doświadczeniem — mógł krzyczeć na swoich podwładnych, jeśli go nie słuchali. W polityce ludzie po prostu odwracają się plecami — mówi Orbach. Historyk uważa jednak Eisenkota za postać innego rodzaju. — Eisenkot jest bardzo sumienny i głęboko patriotyczny. Ma dobre intencje. Gdyby nie bagaż polityczny Netanjahu, mógłby być w stanie odbudować stosunki z UE oraz z niektórymi kręgami Partii Demokratycznej w Stanach Zjednoczonych — wyjaśnia. Bardziej sceptycznie podchodzi jednak do braku doświadczenia politycznego Eisenkota, który wszedł do parlamentu zaledwie cztery lata temu. Historyk wojskowości krytycznie ocenia również stanowiska, jakie Eisenkot zajmował jako członek gabinetu wojennego Netanjahu po 7 października.
— Gdyby to zależało od Eisenkota, uległby presji ze strony rodzin zakładników i zakończyłby wojnę — mówi Orbach. — Nie mielibyśmy teraz tych osiągnięć: 60 proc. Strefy Gazy pod naszą kontrolą oraz osłabionego i odizolowanego Hamasu.
Eisenkot i jego zespół wyborczy próbują przezwyciężyć tę krytykę, obiecując lepszą przyszłość.
Nawet dobór muzyki na jego wiecach wyborczych ma to na celu.
Z głośników rozbrzmiewa stara izraelska piosenka o pokoju.
„Wszystko będzie dobrze”.