Mowa oczywiście o tym, że wielu młodych i sprawnych ukraińskich mężczyzn, wcale nie nastawionych prorosyjsko, a wręcz przeciwnie, woli emigrację niż osobisty udział w wojnie w obronie niepodległości. W wojnie, w której duchowo są całkowicie po stronie swojego napadniętego kraju.
Cały świat się zmienił
Jeszcze jesienią 2022 r. na warszawskim AWF-ie przypadkiem trafiłem na towarzyski mecz dwóch drużyn amatorskich, złożonych z ukraińskich uchodźców. Kibicowało im sporo innych, również młodych i zdolnych do walki Ukraińców. Przyznam, że odczułem wtedy zażenowanie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Podobnie jak kilka tygodni później w restauracji, w której w większym gronie spotykałem się między innymi z dwojgiem rosyjskich emigrantów, znanych mi z okresu kierowania Instytutem Polskim w Moskwie. Ukraińskie towarzystwo z sąsiedniego stolika, usłyszawszy rosyjski, zaczęło dość agresywnie dopytywać się, kim jesteśmy i dlaczego rozmawiamy w tym języku. „Odpuścili”, dopiero kiedy dowiedzieli się, że w Rosji byłem polskim dyplomatą. OK, pomyślałem, mają prawo do swoich urazów i nawet do takiej reakcji. Ale… dlaczego nie widzą sprzeczności między takim swoim radykalnym zachowaniem a faktem, że są w dobrej warszawskiej knajpie, a nie na froncie…?
Nie rozumiałem tego, czego do dziś nie rozumie bardzo wielu Polaków, wychowanych w wizji, w której każdą prawdziwą wojnę utożsamia się z czymś w rodzaju drugiej wojny światowej. Czyli takiej, w której mobilizowano całe narody, a one, zwłaszcza jeśli uznawały wojnę za słuszną, uczestniczyły w niej masowo i bez sprzeciwu. I uznawały to za naturalne.
Uważały też, że pewnie tak było zawsze.
Tylko że to nieprawda. Wojny tego rodzaju, angażujące całe narody niemal bez reszty, są dziedzictwem XIX w. i, wcześniej, rewolucji francuskiej. Przedtem konflikty zbrojne toczyły przede wszystkim armie zaciężne, jeszcze wcześniej — średniowieczne, przede wszystkim rycerskie. Owszem, zawsze przymusowo wcielano do nich również i ludzi, którzy wcale nie marzyli o poświęceniu się wojaczce, ale nie miało to nawet w przybliżeniu zakresu takiego, jak w pierwszej czy drugiej wojnie światowej. Zdecydowana większość ludności kraju toczącego wojnę nie uczestniczyła w niej w zakresie innym niż płacenie danin — niezależnie od tego, jaki mieli do danej wojny stosunek.
Dziś, jak się wydaje, w pewnym stopniu ten model powraca. Powraca z różnych względów. Między innymi dlatego, że dziś ludzie znacznie bardziej niż kiedyś cenią swoje życie, i nie uznają za naturalne, że mieliby świadomie je narazić. Nawet w imię sprawy, którą uważają za najsłuszniejszą w świecie. To jest przypadek emigrantów ukraińskich i wielu Ukraińców pozostałych w kraju, ale zjawisko jest szersze (dotyczy też Rosjan). I absolutnie nic nie wskazuje, aby Polacy, w razie, gdyby przyszło co do czego, mieli reagować inaczej.
Ta cywilizacyjna zmiana może się nie podobać, można uznawać, iż jest przejawem etycznej degradacji, ale jest powszechna. Nie dotyczy Ukraińców ani wyłącznie, ani przede wszystkim.
Nikt więc nie ma moralnego prawa, aby w związku z tym nimi pogardzać. Chyba że jednocześnie pogardza całą ludzkością i samym sobą. Ale nawet wtedy uzewnętrznianie tej pogardy przede wszystkim wobec Ukraińców byłoby absurdalne.
Jakie zyski? Nie byłoby żadnych
Tyle o moralnej stronie propozycji i powszechnego dla niej poparcia. A strona polityczna, kwestia interesów Polski?
Tu zwróciłbym uwagę na dwa aspekty.
Po pierwsze — ekonomiczny. To, że Ukraińcy napędzają naszą gospodarkę, nie będąc zarazem w swojej masie przybyszami kłopotliwymi, a za to w sporej części perspektywicznie (drugie pokolenie) podatnymi na asymilację, jest przecież oczywiste dla każdego obserwatora, nieowładniętego przez fobie.
Po drugie — osobiście krytycznie (również na łamach Onetu) kilkakrotnie odnosiłem się do polityki rządzących Ukrainą wobec Polski. Jest jednak zarazem jasne, że jest to właśnie — polityka. Są to wyłącznie działania władzy, a nie emanacja szerszej postawy tamtejszej ludności, dla której konflikt z Polską jest czymś raczej abstrakcyjnym. Nawet jeśli sam fakt zaistnienia tego konfliktu i patriotyczna narracja rządzących skłaniają wielu Ukraińców do przyjęcia — ex post — postawy narodowej solidarności.
Piotr Skwieciński: milcząc w sprawie kultu UPA, znaleźliśmy się po tej samej stronie co Roosevelt i Churchill
Przeczytaj komentarz Piotra Skwiecińskiego

Gdyby natomiast Polska zaczęła realizować propozycję deportacyjną, uderzyłaby w zwykłych ludzi, i to na masową skalę. Uderzyłaby w sposób absolutnie nieszkodliwy dla oficjalnego Kijowa. Nie domaga się on od państw zachodnich (w tym od Polski) wydawania w jego ręce uchylających się od frontu emigrantów. I w żaden sposób nie byłby przecież przez nich ani przez ich bliskich za tę akcję winiony. Odwrotnie — zyskałby jeszcze jeden argument w oczach ludności przemawiający na rzecz jego strategii konfliktu z naszym krajem.
Co, spytajmy retorycznie, dobrego dla Polski miałoby wyniknąć ze zantagonizowania sporej części (może wręcz większości) ludności dużego kraju sąsiedzkiego? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. I sądzę, że nie zna jej również autor deportacyjnej propozycji.