Kwoty, jakie w ostatnim ćwierćwieczu Polska wydała na armię, przyprawiają o zawrót głowy: to przeszło 1,3 bln zł. Za tak gigantyczne pieniądze powinniśmy być potęgą wojskową. Niebo nad Polską powinno być szczelnie zamknięte dla rakiet wroga, granica morska i lądowa bezpieczne, a cybertarcza nie do przebicia. Nasze wojska lądowe powinny jeździć na najnowocześniejszych wozach bojowych, a Marynarka Wojenna dysponować flotą z prawdziwego zdarzenia.

Tymczasem rzeczywistość skrzypi i uwiera. Zamiast pełnej gotowości lotnictwa — które i tak prezentuje się najlepiej na tle innych rodzajów wojsk — w hangarach stoją uziemione myśliwce F-16, miesiącami czekające na podstawowe remonty czy części zamienne z USA. Podobnie wyliczenia dotyczące zakupu nowoczesnych F-35 obnażają bolesną prawdę: nikt realistycznie nie oszacował, ile rocznie będzie nas kosztować sama ich eksploatacja.

Nie jest tajemnicą, że system obrony przeciwlotniczej wciąż w pełni nie działa, a wozy bojowe w siłach lądowych to nadal skansen. — Borsuków, które tak pięknie prezentują się na defiladach, w jednostkach po prostu nie ma. Wojsko odebrało dotąd zaledwie około 20 sztuk — przyznaje jeden z dowódców.

Marynarka Wojenna, mająca chronić newralgiczną granicę północną, mimo szumnych zapowiedzi polityków o „głębokiej modernizacji”, nie wyszła ze stanu zapaści. Brakuje okrętów podwodnych i nowoczesnych jednostek nawodnych.

Kilka dni temu oglądaliśmy uroczyste wodowanie ORP Wicher — pierwszej z trzech fregat budowanych dla Marynarki Wojennej w polskiej stoczni. Było dużo podniosłych przemówień polityków i wojskowych, radości, zdjęć w mediach społecznościowych. Nie można jednak zapominać, że w Gdyni zademonstrowano na razie sam kadłub okrętu, bez uzbrojenia. W dodatku koszt programu „Miecznik” w ciągu kilku lat poszybował z 8 mld zł do 14 mld zł. Z kolei drony we flocie zaczęły pojawiać się jedynie w symbolicznych ilościach.

„Fronty Wojny”. Komandor Dura: Rosną koszty „Miecznika”, a wojsko jest bezradne na Bałtyku

Przeczytaj tekst Edyty Żemły i podsłuchaj podcastu „Fronty Wojny”

Kolejny problem to wojskowa ochrona zdrowia, która w ciągu ostatnich kilku dekad została zmieciona z powierzchni ziemi. Wicepremier, minister obrony Kosiniak-Kamysz postawił sobie za cel odbudowę medycznego zaplecza dla wojska, bez którego każda wojna jest przegrana — ale jak dotąd również w tej dziedzinie panuje chaos.

— Co myśmy właściwie przez te 25 lat robili z tak gigantycznymi pieniędzmi, skoro armia nie zbudowała podstawowych zdolności do obrony kraju? Wygląda na to, że te pieniądze po prostu przeżarliśmy — mówi doświadczony oficer liniowy. — Wszystko przez to, że u nas nikt nie ponosi konsekwencji za głupie zakupy i fatalne decyzje.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideoRozbuchany socjal

Pytanie o to, gdzie rozpłynęły się pieniądze na wojsko, jest tym bardziej zasadne, że na początku XXI w. politycy radykalnie zredukowali liczebność armii i zawiesili pobór. Dlaczego więc koszty utrzymania wojska nie zmalały, a wręcz urosły?

— Mamy armię małą, słabą, ale za to bardzo, bardzo drogą. To są nasze problemy — mówi bez ogródek oficer w stopniu pułkownika. Jego zdaniem najwięcej pieniędzy pożera rozbuchany socjal, który jest spuścizną jeszcze z poprzedniej epoki.

— Co to znaczy, że ktoś pracuje 15 lat i idzie na emeryturę? Proszę mi pokazać inny zawód, który cieszy się takim przywilejem. W dodatku żołnierz to zawód, w którym człowiek co miesiąc dostaje dodatek pieniężny za brak mieszkania, a na koniec służby jeszcze setki tysięcy złotych na mieszkanie. Kiedy natomiast z wojska odchodzi mąż i żona, to zarówno on, jak i ona na koniec służby dostają też mieszkaniówkę. Przecież żaden budżet tego nie wytrzyma. Albo niech mi ktoś pokaże studenta, któremu płacą za to, że idzie na studia? A przecież podchorążowie w szkołach wojskowych dostają pensje prawie tak wysokie, jak oficerowie w jednostkach. To wszystko wymaga głębokich zmian, ale kto się odważy? — pyta oficer będący już w rezerwie.

Wojna o szlify generalskie. Władysław Kosiniak-Kamysz postawił Pałac Prezydencki pod ścianą

Przeczytaj tekst Edyty Żemły i Jacka Harłukowicza

Władysław Kosiniak-Kamysz i Karol Nawrocki

Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że podobnych absurdalnych przykładów na niebywałą wręcz rozrzutność pieniędzy w wojsku jest cała masa. Wymieniają chociażby utrzymywanie kontyngentu wojskowego w Jordanii, za który Ministerstwo Obrony Narodowej płaci ciężkie pieniądze, mimo że trudno uzasadnić potrzebę utrzymywania tam polskich żołnierzy.

— Ta armia od lat nie miała dobrego gospodarza — mówi generał i wskazuje na kolejny problem. — Decyzje poprzedniego kierownictwa MON o budowie nowych jednostek wojskowych na wschodzie nie były poprzedzone rzetelnymi analizami. Wojsko rozlokowano w miejscowościach, które wylobbowali lokalni politycy u poprzedniego kierownictwa MON. Żołnierzy umieszczono w kontenerach. Tymczasem na zachodzie kraju infrastruktura wojskowa po prostu gnije. Są miejsca, gdzie koszary od 40 lat czekają na remont, kible wyglądają jak zdemolowane przez kibiców po meczu, a na ścianach stołówek rośnie grzyb. Nikt dotąd nie zrobił w wojsku porządnego audytu ani badań odpowiadających na pytanie, na jaką armię nas tak naprawdę stać.

Doktryna ekspedycyjna i demontaż obrony

Przez całe lata kierunek rozwoju armii wyznaczano na politycznych szczytach władzy bez głębszych analiz wojskowych i ich konsekwencji w przyszłości. Wystarczy wspomnieć, że gdy dwie dekady temu ówcześni politycy zdecydowali, że armia ma być mała, zawodowa i ekspedycyjna, sztabowcy wojskowi tak bardzo przywiązali się do tej idei, że zapomnieli o podstawowym zadaniu wojska: obronie granic własnego państwa. Po latach, mimo zakończenia misji zagranicznych, żołnierze nadal ćwiczyli obronę punktów kontrolnych, tzw. checkpointów, jakby znów mieli ruszyć do Afganistanu.

Próba defilady na warszawskiej Wisłostradzie w ramach przygotowań do Święta Wojska Polskiego

Piotr Nowak / PAP

Próba defilady na warszawskiej Wisłostradzie w ramach przygotowań do Święta Wojska Polskiego

— W ostatnich latach nikt nie przyjął założenia, że u nas może wybuchnąć wojna. Nikt nie szykował do niej żołnierzy — mówi pułkownik. — Przez to pogubiliśmy się, gdy pięć lat temu ruszyliśmy na granicę wschodnią. Logistyka i systemy zawiodły, żołnierzom brakowało podstawowego wyposażenia.

Emerytowany dowódca dodaje: — Zlikwidowaliśmy obronę cywilną, rozbroiliśmy bojową armię, a nawet nasz system dostaw ropy oparliśmy na jednej rurze z Gdańska do Płocka. Wszystko to teraz mozolnie trzeba odbudować.

Nowe technologie na papierze i brak amunicji

Nadal też nasi wojskowi nie widzą tego, co dzieje się za naszą wschodnią granicą. Niezwykle wstydliwym tematem jest podejście armii do nowych technologii. Powstał wprawdzie Inspektorat Wojsk Bezzałogowych z wysokimi etatami dla oficerów, ale nie przełożyło się to ani na dostawy dronów do jednostek, ani na wypracowanie procedur wdrożenia tego sprzętu do wojska.

— Dowódcy i decydenci nie rozumieją rewolucji technologicznej, która się wydarzyła w trakcie wojny w Ukrainie. Nie potrafią zrozumieć, że zakupu dronów nie można porównywać do zakupu czołgów. W bezzałogowcach ważniejsze niż kadłub są ich systemy i elastyczność zastosowania na polu walki. To są systemy, które muszą być narodowe. Powinniśmy inwestować w polskie firmy technologiczne, w naszą myśl techniczną, w badania, w naukowców. W przeciwnym razie przegramy tę wojnę — mówi inżynier specjalizujący się w budowie dronów.

Wojsko od dawna cierpi również na brak amunicji, a nasz przemysł zbrojeniowy nie ma podstawowych zdolności produkcyjnych. Od kilku lat politycy zapewniają opinię publiczną, że niebawem jak grzyby po deszczu zaczną powstawać fabryki amunicji, które częściowo mają zostać sfinansowane z programu SAFE.

Zagraniczne ośrodki alarmują w sprawie polskich umocnień na granicy z Rosją. Obejrzałem ją z ziemi. Jest jeszcze gorzej

— Moim zdaniem tych pieniędzy może zabraknąć. Aby zbudować suwerenne kompetencje do produkcji amunicji, potrzeba około 50 mld zł. Tymczasem nie mamy podstaw, choćby technologii wytwarzania prochu i nitrocelulozy. Skąd resort obrony ma na to wszystko wziąć środki? Kwoty budżetowe na wojsko mogą rzeczywiście przyprawiać o zawrót głowy, ale okazuje się, że to wciąż kropla w morzu potrzeb — mówi urzędnik resortu obrony.

Warto zaznaczyć, że gdyby wybuchła wojna, polskie zapasy amunicji wystarczyłyby nam zaledwie na kilka dni. — Jestem głęboko zaniepokojony. To wszystko sprawia, że w przypadku konfliktu po prostu nie damy rady — przyznaje doświadczony oficer sztabowy. — Co z tego, że kupujemy nowy sprzęt, skoro trafi on do służby dopiero za cztery czy pięć lat? W dodatku nie mamy do niego amunicji ani odpowiednich struktur dowódczych. Wojsko przypomina dzisiaj wielki, chaotyczny plac budowy.

Polityczna awantura zamiast strategii

Wojskowi zwracają również uwagę, że struktury dowodzenia armią są całkowicie niedostosowane do współczesnego pola walki. Ich zdaniem system wymaga natychmiastowych zmian. Nad nowymi rozwiązaniami pracuje zresztą specjalna komisja powołana przez Ministerstwo Obrony Narodowej, prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego oraz przedstawiciele wojska.

Karol Nawrocki i Władysław Kosiniak-Kamysz

PAP/Piotr Nowak

Karol Nawrocki i Władysław Kosiniak-Kamysz

Armia stała się jednak zakładnikiem sporu politycznego między ośrodkiem prezydenckim a resortem obrony. Tymczasem przyjęcie nowego systemu dowodzenia wymaga podpisu prezydenta. Oficerowie pytają więc, czego głowa państwa zażąda w zamian za akceptację zmian.

— Może będzie chciał mieć wpływ na obsadę stanowiska szefa Sztabu Generalnego — zastanawia się generał w rezerwie.

— Dziś polska armia jest świetnie przygotowana do defilady, ale czy do wojny? Tego nawet nie wiemy. Kiedy ostatnio realnie zmobilizowaliśmy brygadę i sprawdziliśmy jej gotowość? Pokazujemy nowoczesny sprzęt podczas świąt państwowych, ale większość żołnierzy w swoich jednostkach nigdy go nie widziała i jeszcze długo nie zobaczy — podsumowują z goryczą wojskowi.

Bez głębokich reform, rozliczenia minionego ćwierćwiecza i wyjęcia bezpieczeństwa państwa poza nawias partyjnych walk każde pieniądze, jakie wydamy na wojsko, to będą pieniądze wyrzucone w błoto.