Natalia Żaczek: Tytuł mistrzyni Europy zdobyła pani równo rok po koszmarnej kraksie na etapie kolarskim podczas zawodów w Hamburgu. Rok pełen niepewności, bólu i trudnych chwil. To wszystko już za panią?

Roksana Słupek: Zawsze boję się powiedzieć, że jakiś problem jest już za mną, bo często bywa tak, że przez chwilę jest już bardzo dobrze i wszystko nabiera takiego tempa, że zdrowie znowu się gubi. Ta granica, na której balansuje się w profesjonalnym sporcie, jest bardzo cienka. Nadal muszę uważać i ten strach o zdrowie będzie mi towarzyszył raczej już do końca mojej kariery pewnie tak jak wielu innym sportowcom. Jest to bardzo duży dyskomfort, ale muszę zaakceptować fakt, że nigdy nie będę mieć pewności, że jest ono pod kontrolą.

Przecież jeszcze dosłownie przed chwilą rozmawiałam z dyrektorem sportowym czy najbliższymi i mówiłam, że być może będę gotowa na mistrzostwa Europy w Elblągu, ale to było na zasadzie, że może wystartuję, a na pewno nie, że będę biła się o podium. Kilka miesięcy temu absolutnie nie przeszłoby mi to przez głowę. Czułam, jakbym żyła snem, o którym nawet nie śniłam.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Dowiedziała się pani w końcu, skąd brał się ból kolana?

Tak naprawdę do tej pory nie padła żadna diagnoza. Trzy dni przed planową operacją, podczas której lekarze mieli sprawdzić, co dzieje się w środku, nagle zaczęło się poprawiać. Znów pojawiła się wielka niepewność, bo z jednej strony operacja była umówiona i może warto było to w końcu jakoś porządnie rozwiązać, a z drugiej strony wiadomo, że zawsze zależy na tym, żeby nie było ingerencji chirurgicznej.

Ostatecznie operacji nie było. Teraz zdarza się, że wciąż czuję to kolano. Zwłaszcza, gdy na trasie jest kostka brukowa albo dużo zakrętów. Po zawodach w Elblągu pojawiło się minimalne spięcie i teraz pozostaje obserwować, czy zejdzie. Do tej pory wszystko szło dobrze: kolano odpoczywało i znów było w porządku.

W ryzykownych sytuacjach na trasie nadal pojawia się strach?

Ze startu na start odczuwam coraz większą różnicę w pozytywnym kierunku. Zwłaszcza po ostatnich wyścigach, gdzie było bardzo dużo niebezpiecznych sytuacji, byłam dumna, że się nie wycofałam, tylko walczyłam o pozycję. Nie mogę powiedzieć, że tego strachu nie ma w ogóle, bo zauważyłam nawet po moim pozycjonowaniu się w grupie, że jak tylko mogę, staram się nie być blisko barierek czy krawężników. Oczywiście nie zawsze mam na to wpływ. Gdzieś z tyłu głowy jest obrazek związany z tym, co się wydarzyło i myśl, że nie było w tym mojej winy. Chyba coraz lepiej udaje mi się jednak brać nad tym kontrolę.

Trudniejszy do udźwignięcia mentalnie był ten pierwszy start po przerwie, czy jednak powrót na zawody do Hamburga?

Zdecydowanie powrót do Hamburga, bo już wtedy wiedzieliśmy, że forma jest dosyć wysoka, więc pojawiły się oczekiwania wynikowe. Jeśli chodzi o sam wypadek, to jadąc tam, raczej go nie wspominałam. Nie było tak, że miałam w głowie tę kraksę. Myślałam raczej o tym, co muszę zrobić. Te myśli pojawiły się dopiero na starcie, gdy byłam już między tymi barierkami, z dynamiką wyścigu, gdy było pełno niebezpiecznych sytuacji. Na szczęście się z nimi zmierzyłam, choć muszę przyznać, że podczas jazdy rowerowej byłam dość wycofana i w tym aspekcie nie zaprezentowałam się na miarę swoich możliwości.

O tym, że udało się zmierzyć z dawnymi demonami chyba najlepiej świadczy fakt, że wyjechała pani z Niemiec z życiówką w serii zawodów MŚ.

Tak. Pasuje mi do tej sytuacji cytat, który kiedyś usłyszałam. Odwaga to nie jest brak strachu, tylko działanie pomimo niego. Tak było w Hamburgu. Bałam się, ale udało mi się z tym zmierzyć.

„Nie byłam sobą”. Polska mistrzyni wyrwała się z depresji

Ten ostatni rok to nie tylko zmagania ze zdrowiem fizycznym, ale też z problemami mentalnymi. Kiedy zapaliła się czerwona lampka, że nie tylko z ciałem coś jest nie tak, ale również w głowie dzieje się coraz gorzej?

Wiadomo, że takie rzeczy nie dzieją się z dnia na dzień, ale na pewno czerwoną lampką było to, że choć miałam dużo czasu, bo nie mogłam trenować, nie chciałam się z nikim widzieć ani rozmawiać. To pokazywało, że nie jestem sobą. Na co dzień jestem dość pracowitą osobą, więc gdy już problemem było nawet wstanie z kanapy, żeby zrobić ćwiczenia rehabilitacyjne, to wiedziałam, że jest źle. Zazwyczaj jestem bardzo systematyczna i uporządkowana, a tutaj miałam wrażenie, że po prostu się poddałam.

W pani przypadku to nie pierwszy epizod depresji. Objawy były takie same?

Wyglądało to bardzo podobnie i pewnie dlatego byłam jeszcze bardziej wyczulona na to, że coś złego się dzieje. Myślę, że nawet dostrzegłam to szybciej niż za pierwszym razem. Nie chcę jednak wracać do tego tematu.

Jakie ważniejsze starty czekają panią jeszcze w tym roku?

Przede mną kolejne starty z serii mistrzostw świata, pewnie dwa albo trzy takie wyścigi. Na pewno bardzo ważny będzie finał serii, który odbędzie się we wrześniu.

To wszystko, co się teraz dzieje to droga do igrzysk olimpijskich w Los Angeles?

Dokładnie tak.

Historyczny wynik w Paryżu zwiększył apetyt?

Oczywiście, że tak, ale za tym idzie też presja. Podczas pierwszych igrzysk mogłam cieszyć się samym udziałem, a to 13. miejsce było wisienką na torcie, której nikt nie oczekiwał. Teraz pojadę tam już z dużo większym ciężarem, więc będę musiała się do tego przygotować. Oczywiście najpierw trzeba się zakwalifikować. Teraz wygląda to wszystko bardzo optymistycznie i bezproblemowo, ale wiem, jak ciężką dyscypliną jest triathlon, więc nie chcę przedwcześnie się cieszyć, tylko pozostaję skupiona.

Mówiła pani, że po igrzyskach w Paryżu pojawiło się trochę więcej myśli na temat dalszej przyszłości, życia po karierze. Z czego to wynikało?

Marzeniem chyba każdego sportowca są igrzyska olimpijskie. Nie jest łatwo się na nie zakwalifikować. Ja sama miałam klapki na oczach, musiałam oddać siebie w pełni. To nie tylko ładnie brzmi, ale dopiero po czasie widzę, że naprawdę w stu procentach skupiłam się na tym, by zrealizować ten cel. Moja głowa absolutnie nie dopuszczała żadnych innych potrzeb. Moi rówieśnicy prowadzili w tym czasie „normalne życie”, a ja dopiero po igrzyskach poczułam, że choćby chciałbym kupić mieszkanie, że mieć swoje miejsce na ziemi. Podczas przygotowań nie dopuszczałam innych potrzeb.

Czy na triathlonie da się zarobić? Mistrzyni Europy mówi wprost

Rywalizując na tak wysokim poziomie w triathlonie, można coś odłożyć na życie po karierze?

Myślę, że właściwie w każdej dyscyplinie czy też normalnych zawodach to zależy od człowieka i tego, jak zarządza swoimi środkami. Ja sama miałam szczęście, bo trafiłam na wiele osób, które chciało mi pomagać. Dostawałam wsparcie od Polskiego Związku Triathlonu. Potem pojawili się partnerzy, którzy zostali ze mną nawet w tych trudnych momentach, kiedy w ogóle nie startowałam, tak jak np. firma Enea.

Też dzięki temu, że z domu wyniosłam szacunek do pieniądza, udało mi się zaoszczędzić jakąś kwotę i już kupić to mieszkanie. Odpowiadając na pytanie, jeśli ktoś ma wokół siebie wsparcie i dobrze zarządza swoją karierą, to jak najbardziej się da.

Patrząc w trochę dalszą przyszłość, myśli pani o startach na dłuższych dystansach? Choćby w celach typowo finansowych.

Oczywiście, że o tym myślałam, ale nie zatapiam się w tych myślach na dłużej. Choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem już nastolatką i za kilka lat będę chciała założyć swoją rodzinę, to wartości olimpijskie są we mnie zdecydowanie silniejsze niż martwienie się o pieniądze. To właśnie to nadaje sens mojemu sportowemu życiu. Na razie zostaję zatem przy dystansie olimpijskim, ale kiedy zdecyduję się już na zakończenie kariery, to na chwilę przed tym spróbuję też długich dystansów.

Nie wiem, czy konkretnie po to, żeby to jakoś zmonetyzować, ale jeśli to by był efekt uboczny, to na pewno byłoby mi bardzo miło. Nie ma co ukrywać, że triathlon to nie jest sport, w którym zarabia się masę pieniędzy, więc zawsze się przydadzą.

Czyli te większe liczby działają na wyobraźnię?

Chyba przez to, że jestem profesjonalną zawodniczką, to imponuje mi bardziej ten krótszy dystans. Jestem w tym na co dzień i wiem, jak ciężko było mi dostać się na igrzyska czy osiągnąć dobry rezultat. Jednocześnie widzę, jak ktoś przechodzi z krótkiego dystansu i w pierwszym sezonie na tym długim od razu wygrywa kilka startów. Oni też mają z tego więcej zabawy, bo jest mniej presji, co oczywiście też jest ważne. Wyniki na dystansie długim przychodzą zdecydowanie szybciej, bo tam jest po prostu mniejszy poziom, mniejsza konkurencja, co jest normalne, bo od zawsze to konkurencje olimpijskie przyciągały większą uwagę.