25 sierpnia 2004 r., lotnisko Domodiedowo. O godzinie 21.35 samolot Tu-154 startuje do Soczi, na pokładzie jest 46 osób. Godzinę później, o 22.30, z tego samego lotniska startuje Tu-134 do Wołgogradu, na pokładzie 43 pasażerów.

Godzinę i 20 minut po starcie pierwszy samolot wysyła sygnał SOS i natychmiast znika z radarów. Dziesięć sekund później znika także Tu-134. Po kolejnej godzinie staje się jasne, że doszło do ogromnej tragedii — ekipy ratownicze zostają skierowane w miejsca, gdzie najprawdopodobniej rozbiły się maszyny.

Czytaj więcej:Dotarliśmy do świadków tragedii w Czernichowie. Nie żyją kierowca betoniarki i rowerzystka

Wrak Tu-134 odnaleziono w pobliżu wsi Buczałki w obwodzie tulskim. Większość fragmentów Tu-154 znajdowała się w pobliżu wsi Głuboki w obwodzie rostowskim. Oba samoloty dosłownie zaczęły się rozpadać w powietrzu — ciała pasażerów, czarne skrzynki i części kadłuba były rozrzucone w promieniu wielu kilometrów. W drugim samolocie, wskutek eksplozji, błyskawicznie spadło ciśnienie w kabinie — rzędy foteli wraz z pasażerami wyrzuciło w powietrze. Tak znaleźli ich ratownicy — przymocowanych pasami do foteli, ale z ciężkimi obrażeniami i pękniętymi bębenkami usznymi. W wyniku gwałtownej zmiany ciśnienia ludzie jeszcze w kabinie krzyczeli z powodu silnego bólu uszu.

„Nie ma szans, by ktoś przeżył”

— O 6.15 rano wyszedłem nakarmić bydło. Zobaczyłem rozrzuconą kupę obornika, na której leżał fragment z trzema fotelami pasażerskimi. Na dwóch z nich siedzieli ludzie — kobieta około 35 lat, o blond włosach, a obok niej dziewczynka, może siedmioletnia, ubrana tylko w skarpetki i koszulkę. Miała złoty krzyżyk na szyi. Olja — zawołałem do żony — szybko dzwoń na policję, ludzie wypadli z samolotu! — relacjonował Jurij Bodrin, mieszkaniec wsi Krutaja Gorka.

Samolotami Tu-134 i Tu-154 dowodzili doświadczeni piloci: Michaił Guriew i Jurij Bajczkin. Jak później pokażą zapisy z kabin, do samego końca nie wiedzieli, co dokładnie wydarzyło się w środku maszyny, ale starali się skierować samoloty z dala od zabudowań mieszkalnych.

Jurij Bajczkin, lecąc w całkowitych ciemnościach, z niesprawnymi już instrumentami, do końca wierzył, że zdoła nabrać wysokości, jednak tuż przed uderzeniem w ziemię doznał udaru z powodu gwałtownego spadku ciśnienia w kabinie.

Czytaj więcej: Zuzanna i jej dzieci odeszli w ciszy. Śledczy ujawnili szczegóły tragedii w Chełmnie

Rodzinom ofiar, które tej tragicznej nocy zebrały się na lotnisku w Wołgogradzie, niemal od razu powiedziano: na 99 proc. była to akcja terrorystyczna. Nikt nie miał szans na przeżycie.

— Słyszałem już wersję, że rzekomo „wielcy szefowie” często wtrącają się w prowadzenie samolotu. Oświadczam więc: Jurij Konstantinowicz to bardzo doświadczony pilot, miał zaledwie 44 lata. Był pilotem pierwszej klasy. Stery trzymał nie przed laty, ale dosłownie kilka dni temu. Na tym locie załoga leciała także z inspektorem z Rostowa, który przeprowadzał rutynową kontrolę umiejętności pilota — poziom załogi jest regularnie sprawdzany. Ten lot odbywał się więc ze szczególnym zachowaniem środków ostrożności, według wszystkich zasad— mówił Jurij Dmitrijew, dyrektor generalny Międzynarodowego Portu Lotniczego Wołgograd, gdy o 7 rano wystąpił przed dziennikarzami.

Dwie godziny później śledczy opublikowali nazwiska domniemanych sprawczyń tragedii — Aminat Nagajewej i Sacity Dżebirchanowej. Ich ciała jako jedyne zostały rozerwane na strzępy, tylko ich siedzenia spłonęły całkowicie.

Aminat Nagajewa miesiąc przed zamachem skończyła 30 lat. Urodziła się w czeczeńskiej wsi Kirow-Jur, w wielodzietnej rodzinie. Nie ukończyła szkoły, z trudem się podpisywała. Opiekowała się rodzeństwem i sprzedawała na targu. Dwa lata przed tym, jak Aminat weszła na pokład z ładunkiem wybuchowym, rosyjskie służby specjalne zatrzymały jej brata, podejrzewając go o związki z terrorystami.

Czytaj więcej: Tragiczny skok na bungee w Brazylii. Media dotarły do niepokojącego nagrania

Drugą zamachowczynią, która odpaliła ładunek w Tu-154, była 37-letnia Sacita Dżebirchanowa z rejonu Szalińskiego w Czeczenii. Nawet mieszkańcy jej rodzinnej wsi nie potrafili o niej powiedzieć nic konkretnego — niemal z nikim nie rozmawiała, jeździła do pracy w Groznym, po powrocie natychmiast zamykała się w domu. Gdy jej mąż, czeczeński bojownik, zaginął, całkowicie zerwała kontakty z ludźmi. A jednak, jak ustaliło śledztwo, zarówno Aminat, jak i Sacita niemal w tym samym czasie dołączyły do oddziału samobójczyń „Czarne wdowy”, utworzonego przez Szamila Basajewa.

Miesiąc po zamachu odpowiedzialność za śmierć pasażerów wziął na siebie właśnie ten polowy dowódca. Basajew oświadczył, że pierwotnym celem zamachowczyń nie było wysadzenie samolotów, lecz ich porwanie, żądając wymiany czeczeńskich bojowników na zakładników oraz wycofania wojsk federalnych z Groznego.

Co poszło nie tak?

Dżebirchanowa i Nagajewa, które sprzedawały ubrania na targu w Groznym, powiedziały rodzinom, że jadą do Baku po mundurki szkolne na 1 września. Na lotnisku Domodiedowo dwie kobiety ubrane na czarno od razu wzbudziły podejrzenia patrolujących policjantów, którzy skierowali je do funkcjonariusza antyterrorystycznego Michaiła Artamonowa. Ten jednak sprawdził jedynie dokumenty i nie przeprowadził kontroli osobistej.

Następnie kobiety przekupiły pracownika lotniska sprzedającego bilety, by wpuścił je na pokład mimo zamknięcia odprawy. Zapłaciły mu 170 dolarów i 2 000 rubli, co w pełni zadowoliło pewnego Armena Arutjuniana i zapewniło im wejście na pokład.

Sześć osób nie zdążyło na lot

Czeczenki miały przy sobie elementy ładunków — część przytwierdzoną do ciała taśmą, część ukrytą w bagażu podręcznym. Żaden ze strażników nie miał podejrzeń ani nie próbował sprawdzić ich bagażu. Zajęły miejsca i samoloty wystartowały.

Nieco przed godziną 23 kobiety poszły do toalety, gdzie złożyły bomby. Po powrocie na miejsca zdetonowały je. Jak ustalono podczas śledztwa, nie wszyscy z wykupionymi biletami wsiedli do Tu-154 — sześć osób spóźniło się przez korki i dzięki temu uniknęło śmierci.

Trzy osoby skazane

Za wybuchy w samolotach odpowiedzialność poniosły trzy osoby. Armen Arutjunian i Nikołaj Korenkow, którzy pomogli terrorystkom zdobyć bilety, zostali skazani na półtora roku więzienia. Michaił Artamonow, który nie przeszukał zamachowczyń, dostał siedem lat, lecz później karę skrócono o rok.

Rok po tych wydarzeniach, w miejscu katastrofy Tu-134 w obwodzie tulskim postawiono pomnik w formie rozłupanej kostki. Spoczywa na czarnym cokole z wyrytymi nazwiskami ofiar. W Wołgogradzie posadzono brzozową aleję ku pamięci załogi i pasażerów lotu Moskwa–Wołgograd. Załoga spoczęła we wspólnym grobie na centralnym cmentarzu miejskim.

Trzy lata później w miejscu upadku Tu-154 w obwodzie rostowskim pojawił się kolejny pomnik. Na potężnym kamieniu wygrawerowano cytat pisarki Ewy Hoffman dużą czcionką:

„Ci, którzy odeszli, nie odchodzą całkowicie, żyją dalej w naszej pamięci. Nierozwiązane zbrodnie nie rozpływają się w wieczności — pozostają tam, gdzie zostały popełnione, i ciążą nad społeczeństwem, które do nich dopuściło”.